|
NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka
Atomistyki w Świerku
Nr 1 (61) / 2000 17 stycznia 2000
W numerze:
- Atomy bez pluskwy
- NUKLEONIKA w panteonie filadelfijskim
- "Oskarżenia i kalumnie" do kwadratu
- Gdyby kózka nie biegała
- Czachor kontra Andrzejewski, Rabiński kontra Czachor
- Andrzejewski robi za motorniczego
- NEUTRONY staczają się na pozycje skatologiczne
- Pluskwa w zupie firmowej :-)
Mamy nadzieję, że Czytelnicy NEUTRONÓW po przyjęciu aspiryny,
alkaprimu, dużych ilości soku z kiszonych ogórków i innych płynów
(stosowanych wewnętrznie) oraz okładów z lodu (zewnętrznie) zwalczyli już
problem wejścia w rok 2000. Pierwszy numer w nowym wspaniałym roku jest
niestety pełen oskarżeń i kalumnii, ale mamy nadzieję, że da się go
czytać. Wszystkim, którzy przesłali nam życzenia zamiast kalumni, cała
Redakcja serdecznie dziękuje.
Czytelników, których konta przeniesiono z CONVEX-a na HP, prosimy
prosimy o przysłanie nam aktualnych adresów poczty elektronicznej. W
przeciwnym razie w pewnym momencie mogą przestać otrzymywać nasze pisemko.
Pluskwa w atomach się nie zalęgła
Po zmianie daty na 1 stycznia 2000 nie zanotowano jakichkolwiek
incydentów zagrażających bezpieczeństwu instalacji jądrowych. W Japonii
(ponad 50 energetycznych reaktorów jądrowych) kilka sekund po rozpoczęciu
nowego roku odnotowano nieprawidłowe odczyty systemów monitorowania
poziomu promieniowania na zewnątrz elektrowni jądrowej Ishikawa. Włączył
się też alarm dźwiękowy w elektrowni Onagawa (należącej do Tohoku Electric
Power Co) sygnalizując rzekomą awarię układu pomiaru temperatury wody
morskiej, używanej do chłodzenia obiegu wtórnego reaktora. W elektrowni
jądrowej Fukushima (Tokyo Electric Power Co) zegar systemu monitorującego
poziom prętów sterujących przeskoczył na datę 6 lutego 2036 roku (sic!). W
USA w siedmiu elektrowniach zanotowano drobne incydenty związane z
pluskwą milenijną w pomocniczych systemach komputerowych:
ewidencji wchodzących na teren, zapisu danych eksploatacyjnych i
przeliczania danych meteorologicznych. [UI News Briefing 00.01-1]
Jak widać w obiektach jądrowych pluskwa sporadycznie dosięgła
tylko zewnętrzne systemy ewidencjonujące parametry eksploatacyjne oraz
układy zbierające dane meteorologiczne z otoczenia. Pierwsze to domena
gryzipiórków, drugie - zielonych. Jak widać biurokracja i ekologia nie
były na atak zwierzątka przygotowane.
MAR
NUKLEONIKA w panteonie
Z największą satysfakcją informujemy, że NUKLEONIKA (http://www.isinet.com/) jest już pismem
z listy filadelfijskiej. Atomiści do piór (czyli edytorów), płodźcie
publikacje dla KBN-u!
Replika Czytelnika na "Oskarżenia i kalumnie" (16/1999)
Wywołał Pan wilka z lasu Szanowny Panie Redaktorze JAM! Na szczęście
nie wszyscy nudzą się w Instytutach na terenie Świerka. My pracownicy
Służby Technicznej IPJ nie nudzimy się wcale. Świadczymy usługi,
zapewniamy dostawy energii elektrycznej, ciepła, wody i chcielibyśmy żeby
faktury, które wystawiamy za to Instytutowi Energii Atomowej, zamieniały
się na szeleszczące papierki zwane ostatnio nie złotymi polskimi ale
jakimś PLN. A tu co? Nic!!! Nic w Świerkowej trawie nie szeleści!
Wiemy, że dla wsparcia inicjatyw, o których Pan wspomniał, Dyrekcja IPJ
przystała na czasowe podkreślam czasowe, zmniejszanie fakturowanych
kwot umownych licząc na to, że IEA upora się ze swoimi problemami
finansowymi. Zaniechano nawet wyłączeń prądu, ciepła i wody dla IEA (o
czym była wielokrotnie mowa). Pod jednym wszakże warunkiem. Mianowicie
takim, że te niższe kwoty będą, płacone na bieżąco. I znów pytam: I co? I
nic! Okazuje się, że ustalenia, uzgodnienia, przyrzeczenia i rzekomo dobra
wola nic nie znaczą. A jeśli już znaczą, to tyle ze dług stale się
powiększa (plotka głosi, że wynosi on ok. 1.4 mln zł).
My pracownicy Służby Technicznej IPJ żyjemy i funkcjonujemy wyłącznie z
umów zawartych między innymi z Pańskim, Panie Redaktorze instytutem. Taki
stan nie może trwać długo. Niech Pan nie będzie "ostrożnym optymistą".
Scena i sztuka jest wprawdzie ta sama, ale nam się kojarzy wyłącznie z
chochołem. Tak to widzimy, a recenzje piszą nie tylko krytycy, również i
publiczność. I kto wie, czy jest sens czekać aż zgasną światła, zapadnie
kurtyna i co Pan wtedy zrobi Panie Redaktorze. Zanudzi się Pan na śmierć.
Nazwisko Autora znane Redakcji
OSKARŻENIA I KALUMNIE
Czytelnicy NEUTRONÓW sporo się już naczytali o sukcesach sportowych,
które w biegach osiągnął w swojej kategorii wiekowej Janusz Mika.
Wszystkim to już na pewno serdecznie obrzydło, dlatego też z
zainteresowaniem i, jak sądzimy z przyjemnością, przeczytają o tym, że
sportowy bohater Redakcji NEUTRONÓW złamał nogę, oczywiście w biegu. Na
jego usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, iż noga ugrzęzła mu w pułapce
ukrytej pod śniegiem, ale warto też dodać, że gdyby zachowywal się tak,
jak to przystoi starszemu panu i poruszał się z godnością, jaka powinna
cechować zwyczajnych profesorów, to zapewne nic mu by się nie stało.
Innymi słowy, gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała.
Teraz nasz Redaktor jest unieruchomiony i całymi dniami przesiaduje w
miękkim fotelu skazany na czytanie prasy i książek albo oglądanie
telewizji. Bardzo mu współczujemy, bo w dzisiejszych czasach niewiele się
miłych rzeczy dzieje w Polsce i na świecie. Są, co prawda, wyjątki takie,
jak choćby niebywały sukces pana Jerzego Owsiaka i jego Wielkiej Orkiestry
Swiątecznej Pomocy. Nawet hierarchia kościelna, po wielu latach
wybrzydzania i odsądzania organizatora całej akcji od czci i wiary,
wyraziła w końcu poparcie, a jeden z biskupów ofiarował nawet na licytację
swój pamiątkowy różaniec. W innych dziedzinach niestety nie wiedzie się
nam najlepiej. Siatkarze walczący o wyjazd do Sydney, prowadząc w czwartym
secie 23:17 stracili 7 punktow pod rząd i przegrali seta i cały mecz. Może
to i lepiej, zaoszczędzi się trochę pieniedzy, bowiem drużyna siatkówki to
wraz z trenerami i osobami towarzyszącymi prawie 20 osób. Siedemdziesięciu
paru posłów AWS podjęło próbę obalenia rządu, zgłaszając wotum nieufności
w stosunku do jednego z ministrów, wygląda na to bowiem, że minister jest
tylko pretekstem, a część zbuntownych posłów dąży do zmiany kierownictwa
AWS i Premiera. Inni się przestraszyli i będą głosować przeciw swojemu
własnemu wnioskowi. Całe to zamieszanie byłoby może nawet zabawne, gdyby
nie to, że chodzi o sprawy najważniejsze, bo o pieniądze z prywatyzacji,
od których zależy rozwój gospodarczy Polski. Gruchnęła też wieść, że
odwołany Prezes ZUS-u ma zostać Dyrektorem Totalizatora, bo tam jak na
razie nie ma deficytu. Jego kwalifikacje pozytywnie ocenił najważniejszy
polityk w państwie czyli Przewodniczący AWS. Na szczęście nagłośnienie
sprawy w mediach odniosło skutek i Minister Skarbu (jeszcze nieodwołany)
odstąpił od projektownych zmian w Totolotku.
Niewiele też poprawił humor Januszowi Mice list do Redakcji przysłany
przez przedstawiciela Służby Technicznej IPJ. Okazuje się, że pracownicy
tej Służby, choć nie nudzą się, tak jak pracownicy naukowi Instytutów w
Świerku, to cierpią z powodu faktur, które IPJ wystawia Instytutowi
Energii Atomowej, a które nie zamieniają się w szeleszczące papierki. Ale
wkrótce, według Kasandry z dawnego ZOIT-u, pracownicy IEA skończą swój
chocholi taniec, zgaśnie światło, zapadnie kurtyna i zapanuje
wszechobejmująca śmiertelna nuda. Wynika z tego, że gdy skończy się
zwolnienie lekarskie, Janusz Mika nie będzie już miał do czego wracać.
Dzielni służbiści techniczni z IPJ dopną wreszcie swego i zamkną Instytut
Energii Atomowej, chyba że Dyrekcja IPJ nie okaże się tak krwiożercza i
pozwoli dotrwać IEA do 21. stulecia.
JAM
Poniżej 49.99% winy Andrzejewskiego
Drogi Krzysztofie,
W systemie JOW może być oczywiście jeszcze gorzej niż przewiduje
czarnowidz redakcyjny w numerze 18/99 NEUTRONÓW: że "więcej niż 49.99%
wyborców nie będzie miało swej reprezentacji w parlamencie". Może się
bowiem zdarzyć, że wyborcy zostaną w domach, do urn pójdą sami tylko
kandydaci, na przykład po jednym w każdym z 460 okręgów wyborczych i sami
się wybiorą; w takim przypadku, i przy takim sprytnym rozumowaniu, ok. 28
mln Polaków, prawie 100%, nie miałoby w systemie JOW swych reprezentantów
w Sejmie. Statystycznie jest to natomiast równie mało prawdopodobne jak
to, że krew uderzy człowiekowi do nóg, a w mózgu zostanie głównie woda. To
się nie zdarza, przynajmniej w wyborach. Tu liczby są znane, wystarczy
popatrzeć na doświadczenia Włoch.
W systemie JOW frekwencja wyborcza jest wysoka. Przewagę uzyskują z
reguły dwaj kandydaci. Często są to kandydaci reprezentujący 2 partie
polityczne, partie uważane za mocne, bo wyborcy chcą, by ich głosy miały
realny wpływ na wynik wyborów. W ten sposób system JOW praktycznie
eliminuje rozdrobnienie polityczne parlamentu, bez żadnych sztuczek sytemu
proporcjonalnego (czytaj partyjnego), w rodzaju progów wyborczych.
Różnice w wynikach wyborczych między tymi dwoma "przodownikami" są
często niewielkie, co zmusza zaangażowane osoby do stałego zabiegania o
przychylność wyborców, bo za parę lat będą przecież nowe wybory.
Stojąc przed koniecznością uzyskania poparcia w małym okręgu wyborczym,
nawet silne partie muszą szukać kandydatów znanych tu z rozumu, osobistej
przyzwoitości, energii. A więc tak wybrany Sejm byłby lepszy niż obecny,
"proporcjonalny", gdzie w wielu przypadkach do tego, by się znaleźć na
liście wyborczej, wystarczała spolegliwość kandydata wobec prezydium
jednej z partii.
W tej fundamentalnej dla naszego Kraju sprawie liczyć się musi
praktyka. Nie żartobliwe pomysły teoretyczne na sprowadzanie rozumnych
zasad do absurdu, przez ich aplikacje do egzotycznych sytuacji krańcowych.
Andrzej Czachor
Uwaga czarnowidza redakcyjnegoW artykule Krzysztofa (NEUTRONY
18/1999) znalazł się następujący fragment:
"Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której 49.99%
społeczeństwa nie ma swej reprezentacji w parlamencie w wyniku
minimalnych zwycięstw kandydatów jednej partii we wszystkich
jednomandatowych okręgach wyborczych."
Do powyższego dodałem swój komentarz:
"W przypadku stosowania jednomandatowych okręgów wyborczych
można sobie wyobrazić sytuację, drogi Krzysztofie, w której znacznie
więcej niż 49.99% społeczeństwa nie będzie miało swej reprezentacji w
parlamencie. Wystarczy by pozostali byli bardziej podzieleni niż
wygrywający."
Jak więc widać prof. Czachor mojemu koledze redakcyjnemu przywala
za nie jego grzechy.
Oczywiście miałem na myśli typową dla jednomandatowości sytuację, w
której jedynymi liczącymi się są dwaj kandydaci. Nie jest ważne jak
niewielkie mają poparcie, wystarczy by było ono większe niż pozostałych.
Wyobraźmy sobie, że (może się tak złożyć) jednym z kandydatów jest
marzący o posadzie cysorza, przyuczony do zawodu chłopek-roztropek,
który przez następną kadencję będzie kompromitował swój okręg (gminę,
powiat, województwo, ...) na arenie związku gmin lub międzynarodowej.
Poglądy tego elekta są mieszaniną tego, co mu w jedno ucho wsączy osobisty
kierowca, a w drugie znany z niekonwencjonalnych poglądów
politycznych spowiednik. Poglądy sączone w jedno ucho spływają mu w
lewą nogawkę, a w drugie - w prawą. Synalek kandydata powoduje po pijaku
jeden wypadek po drugim, mimo iż sądownie zakazano mu prowadzenia
pojazdów. Drugim kandydatem w wyborach jest bliżej nikomu nieznany drobny
biznesman z dżungli peruwiańskiej, uznany swego czasu przez komisję
poborową za umysłowo niezrównoważonego (co zresztą daje się nieuzbrojonym
okiem zauważyć). Niezależnie informacje sugerują, że w ramach pożycia
rodzinnego bija swą żonę Indiankę i swoje dzieci z niej zrodzone. Program
wyborczy to absurdalne obietnice bez pokrycia. Jawnie zaś nim manipulują
zza jego pleców ci, którzy niedawno decydowali czy dać mu paszport, czy
też nie (jeśli nie poszedłby na współpracę). Żeby było zabawniej obaj ci
liderzy zmagań w systemie jednomandatowej demokracji mają w odpowiednich
archiwach dość niejednoznaczne teczki.
Kogo wybrać? Ja szczerze przyznaję, iż żaden z nich nie jest moim
kandydatem. Któryś z tych przodowników na pewno jednak wygra
choćby go popierało tylko 10% wyborców. Jeśli policzyć wszystkich
nieusatysfakcjonowanych wyborem między tymi panami, to
"można sobie wyobrazić sytuację", drogi panie Andrzeju, "w
której znacznie więcej niż 49.99% społeczeństwa nie będzie miało swej
reprezentacji w parlamencie. Wystarczy by pozostali byli bardziej
podzieleni niż wygrywający."
Dokładnie to napisałem (bez jakichkolwiek skrótów). Ja piszę o ideowym
podziale elektoratu (wszelkie badania opinii publicznej wykazują, że żadne
ugrupowanie nie ma poparcia większości społeczeństwa) a wmawia mi się
sugerowanie absencji 28 milionów.
Pozostawiam bez komentarza egzotyczne insynuacje, jakobym sprytnie
sugerował, że w demokracji jednomandatowej mógłby nikt - od Chicago, przez
Wólkę Mlądzką do Tobolska - nie odwiedzić punktów wyborczych. Pół roku
temu wytykałem tego typu chorobliwe przypuszczenia członkom Komisji
Wyborczej RN IPJ w instrukcji ich autorstwa.
Rewolucyjnym stwierdzeniem w powyższym liście jest uwaga, że "często są
to kandydaci reprezentujący 2 partie polityczne." Przecież jednomandatowa
ordynacja ma podobno wyeliminować uwikłanie w partyjne układy!
Nasi Czytelnicy zapewnie nic by nie mieli przeciw uwolnieniu łamów
NEUTRONÓW od pseudopolemik, wynikających z nieuważnego czytania tekstu.
Marek Rabiński
PS. W systemie jednomandatowym frekwencja podobno jest wysoka (każdy
rozpaczliwie stara się poprzeć za wszelką cenę kandydata, którego wybór
będzie w jego mniemaniu mniejszym złem). Różnice w wynikach są
niewielkie i przypadkowe, co zmusza kandydatów do ciągłego obiecywania
wyborcom gruszek na wierzbie. Wypada jednak zauważyć, że jeszcze wyższą
frekwencję ma system irański - głosowanie jest obowiązkowe a każdy przed
wrzuceniem głosu do urny musi pokazać go komisji wyborczej (dla
sprawdzenia czy karta została prawidłowo wypełniona).
Zawsze twierdziłem, że żadna skrajność wyborcza nie jest dobra.
Rzetelnym kompromisem jest system, który stara się pogodzić zalety
reprezentacji względnie proporcjonalnej (ale z progami eliminującymi
partie kanapowe) z zagwarantowaniem możliwości stworzenia większościowej
koalicji z nie więcej niż trzech ugrupowań. Jeśli chodzi o szczegóły - to
dla mnie specjalistą od niuansów algorytmów tego typu ordynacji był zawsze
Bogumił Bartolik. Trzeba bowiem wiedzieć, że w ramach ogólnej formuły
proporcjonalno-większościowej jest znanych co najmniej kilka szczegółowych
technik podziału mandatów.
Andrzejewski etatowym 'chłopcem do bicia'?
27 grudnia 1999 15:11
Szanowny Panie Krzysztofie Andrzejewski!
Z przyjemnością czytam NEUTRONY, ale sądzę, że w szeregu przypadkach
informacje winny być bardziej pewne i nie wywoływać kontrowersji. Jeśli
piszemy "Uwadze decydentów polecamy" jest to szczególnie ważne. Jest
faktem, że od szeregu lat na badania wydajemy w Polsce mniej niż 0,5% PKB,
ale w tym przypadku sprawa dotyczy wydatków z budżetu państwa, a nie
ogółem. Tutaj szacuje się wydatki na ok. 0,7%. Oznacza to bardzo
niewielkie finansowanie badań i rozwoju przez gospodarkę, a nie tylko
przez przemysł. Wskaźnik wydatków na badania i rozwój z budżetu na
poziomie 0,5% lub niższy ma bardzo wiele państw i tylko nieliczne stać na
więcej. Podstawowy problem leży w wysokości PKB, a więc dotyczy poziomu
gospodarki i jej celowego ukierunkowania na rozwój.
Druga sprawa to podział tych funduszy. Podobnie jak w St. Zjednoczonych
tak i w innych państwach rozwiniętych gros pieniędzy jest przeznaczanych
na badania stosowane i rozwój, stymulujących rozwój i konkurencyjność
gospodarki. W naszym przypadku mówi się o badaniach podstawowych i
stosowanych, dzieląc biedę i pieniądze z budżetu w równy sposób (bez
popierania badań ukierunkowanych na rozwój gospodarki). Również
Ministerstwo Gospodarki i inne organizacje gospodarcze nie potrafią
dostatecznie silnie oddziałowywać na dysponentów pieniędzy by je bardziej
efektywnie lokować.
Pozostaję z poważaniem
Edmund Weiss
Od pozwanego:
Zawsze nas bardzo cieszą reakcje Czytelników i dziękujemy za powyższą.
Wszelako, jak mawia red. Wołek, w tym przypadku mamy do czynienia z tzw.
syndromem motorniczego. Otóż w latach wczesnego Gomułki w Warszawie
notorycznie spóźniały się obwieszone "winogronami" tramwaje i autobusy.
Wściekli pasażerowie, którym udało się dostać do środka prezentowali swoje
stanowisko na ten temat Bogu ducha winnemu konduktorowi, w formie mniej
lub bardziej niewybrednej. Wrażliwi konduktorzy padali jak muchy, a
odporni wysłuchiwali narzekań ze stoickim spokojem. Otóż informacje na
temat procentu PKB przeznaczanego w USA na badania dostarczył nam doc. R.
Kaczarowski, który zresztą starał się uniknąć mielizn interpretacyjnych i
nie tłumaczył amerykańskiego terminu GDP. W sumie i tak było wiadomo, o co
chodzi. Mnie się dostało, bo jestem pierwszy na liście redakcyjnej. Jak
mnie diabli wezmą, to zmienię nazwisko na nazwisko mojej babci - Wyderski.
Natomiast korzystając z okazji chciałbym polecić p.t. Czytelnikom artykuł
"Interes nauki" red. Bożeny Kastory w numerze 50/99 Wprost-u z dnia
12.12.1999.
Z wyrazami szacunku
Krzysztof Andrzejewski
Od reszty Redakcji:
Krzysztof jednak nie powinien zmieniać nazwiska. Mamy redaktora
odpowiedzialnego oraz technicznego, a do kompletu brakuje nam 'pierwszego'
(alfabetycznie).
Fri, 31 Dec 1999 00:59:20 -0200 (EDT)
W sprawie eNeRDowskiego sedesu
Wybaczcie powrót do marginalnej - a co gorsza sedesowej - kwestii. W
18-tym numerze NEUTRONÓW zatrzymałem się na tym przypisku redakcji:
Kiedyś w eNeRDowskim hotelu w Dreźnie przestudiowałem
wielojęzyczne napisy w łazience. [...] Po rosyjsku, bułgarsku i rumuńsku
zwrócono się zaś do gości w dość zdecydowanym tonie, aby zużyty papier
toaletowy wyrzucali do sedesu a nie do kosza na śmieci. To dziwne
zachowanie kulturowe turystów [...] wynika o z szeroko zakrojonej w tych
krajach akcji zbierania cennego dla gospodarki surowca wtórnego - w celu
dalszego przerobienia go na produkty z tak zwanej makulatury technicznej
(papieru pakowego, itp.).
Gdy przed paru wiekami jeździłem do Rumunii i Bułgarii zdumiewało i
niesmaczyło mnie składanie papieru toaletowego do specjalnych koszyków.
Dziś już jestem przyzwyczajony do tego systemu, bo żyję w kraju, który
stosuje ten system nawet w dość wytwornych hotelach i restauracjach.
Przyczyna jest chyba ta sama co i w Południowej Europie - średnica rur
kanalizacyjnych, na ogół między 80 i 100 mm. A więc zmiana zwyczajów
higienicznych to prosta sprawa - kompletna wymiana kanalizacji w całym
kraju (na szerszą) i odczekanie pokolenia czy dwóch na przyjęcie się
nowinki. Co do wykonalności technicznej takiego projektu to przypomina mi
się - zasłyszane i nie sprawdzane, no bo niby jak - że do niedawna
przynajmniej wrocławska sieć kanalizacyjna w niektórych kawałkach składała
się z rur drewnianych, ułożonych jeszcze za czasów napoleońskich. Innymi
słowy: postęp kroczący w rytmie 2,5% miesięcznie (mierzony obniżką cen czy
powiększaniem się pojemności HD) rejestrowany w informatyce raczej rzadko
ma tak energiczne manifestacje w innych dziedzinach.
Tiaaa, sedes to nie komputer.
Andrzej Solecki
Od pozwanego:
Lepiej nie myśleć, przed jakimi problemami staniemy niedługo.
Zjednoczona Unia to też zunifikowane sedesy.
Ale i tak nie jest najgorzej - w niektórych górzystych krajach
muzułmańskich (np. Afganistanie) używa się do tych celów kamiennych
otoczaków. Po jednej stronie skrzynia z czystymi, po drugiej z użytymi.
Lepiej nie pomylić pojemników. O wrzucaniu do sedesu nie ma oczywiście
mowy. W innych krajach, np. Turcji, po lewej stronie otworu pod kucającym
jest tylko kranik z wodą. Kucający zaś ma własną rękę. W tej sytuacji
lewa musi wystarczyć - prawa jest do jedzenia. Jest to rozwiązanie
idealne, ponieważ nic się nie może zatkać. Co innego w buddyjskich
klasztorach Chin, gdzie w użyciu były pręty bambusowe.
MAR
Zupa Dnia a'la MICROSOFT
(Historyjka podsłuchana przez naszego człowieka w komputerowni banku)
- Kelner!
- Dzień dobry. Jestem Bill i będę pańskim kelnerem do spraw
technicznych. W czym problem?
- W mojej zupie jest mucha!
- Proszę spróbować jeszcze raz, może następnym razem nie będzie muchy.
- Nie, jest tam dalej.
- Może to z powodu sposobu jedzenia zupy? Proszę spróbować widelcem.
- Nawet jak używam widelca, w zupie dalej jest mucha.
- Może zupa nie jest kompatybilna z talerzem? Jakiego talerza pan
używa?
- Talerza DO ZUPY!
- Hm, to powinno działać. Może to problem z konfiguracją? Jak ten
talerz został ustawiony?
- Przyniósł go pan na tacy. Co to ma wspólnego z muchą w mojej zupie?
- Czy pamięta pan, co pan robił przed zauważeniem muchy w zupie?
- Usiadłem i zamówiłem Zupę Dnia!
- Czy myślał Pan o zrobieniu upgrade-u zupy do najnowszej wersji Zupy
Dnia?
- Macie codziennie więcej niż jedną Zupę Dnia?
- Tak, Zupa Dnia jest zmieniana co godzinę.
- Więc jaka jest teraz Zupa Dnia?
- Aktualną Zupą Dnia jest zupa pomidorowa.
- Dobrze. Proszę więc mi przynieść zupę pomidorową i rachunek. Śpieszę
się.
Kelner odchodzi i powraca z nowym talerzem zupy i rachunkiem.
- Proszę. Zupa Dnia i rachunek.
- To jest zupa ziemniaczana.
- Tak, zupa pomidorowa nie jest jeszcze gotowa.
- Jestem głodny, zjem już wszystko.
Kelner odchodzi.
- Kelner!
- Dzień dobry. Jestem Bill i będę pańskim kelnerem do spraw
technicznych. W czym problem?
- W mojej zupie jest karaluch! ...
Rachunek:
- Zupa Dnia $ 5.00
- Upgrade do najnowszej Zupy Dnia $2.50
- Dostęp do wsparcia technicznego $10.00
- Razem $17.50
Robak w zupie jest dostarczany nieodpłatnie.
Restauracja zapewnia, że pracuje nad usunięciem tego problemu w
następnych wersjach Zupy Dnia.
REDAKCJA: Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl Janusz Mika: mika@waw.pdi.net Marek A. Rabiński:
rabinski@ipj.gov.pl
Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o
przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków
Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.
Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony
|