[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 6 (66) / 2000
23 marca 2000
W numerze:
  • A może by tak festiwal nukleoniki?
  • Echo pisku atomowych krasnali z Gazety Wyborczej
  • Fachowcy do ministerstw!
  • Duży brat Holender obserwuje Niemców
  • Nie będzie Hindus-programista pluł Niemcowi w twarz
  • Profesor Chmielewski złotym inżynierem
  • Jajami w Puszczę
  • Na kempingu złodzieje hulają

Festiwal Nauki

W dniach 15-24 września zostanie zorganizowany IV Festiwal Nauki - Warszawa 2000. Jak dowiadują się NEUTRONY - szereg instytucji związanych ze środowiskiem atomistyki poważnie rozważa swój udział w tej imprezie. Są więc podstawy do tego, aby nukleonika wreszcie dała się poznać na zewnątrz jako spójna dyscyplina naukowa, a nie luźny zbiór skłóconych instytucików.


Nie bardzo śmieszne krasnoludki atomowe

W przeddzień posiedzenia Rady Ministrów poświęconego założeniom polityki energetycznej Polski do roku 2020 w "Gazecie Wyborczej" ukazał się reportaż p.t. "Krasnoludki atomowe".

Tekst jest zadziwiający. Stosując zasady swoistej politycznej poprawności wyznawane przez GW (nasze poglądy są prawdziwe i obiektywne, a kto sądzi inaczej jest wrogiem wolności i tolerancji) autor reportażu obficie cytuje - niby dla równowagi - opinie (i nie tylko opinie) prof. Jerzego Niewodniczańskiego, prof. Andrzeja Hrynkiewicza oraz dr Jerzego Jaśkowskiego i "zawodowego" ekologa Stanisława Zubka, który między innymi protestował przeciwko budowie tamy na Dunajcu uznawanej obecnie za zbawienną, chroniącą przed powodziami.

Oczywiście, każdy mówić może to co myśli, ale powinna być jakaś tama przed kłamstwem, jakaś granica tolerancji. Ktoś określił "Gazetę Wyborczą" jako wyznającą agresywną neutralność i nie uznającą wartości. Otóż po przeczytaniu przytoczonych przez autora reportażu słów dr. J. Jaśkowskiego, że atomiści "atomowe śmiecie trzymają w zardzewiałych beczkach pod gołym niebem w centrum miasta", że w starych fortach "w centrum miasta składowane jest wypalone paliwo z reaktorów ze Świerku" oraz, że "promieniowanie tam jest takie, że strach przejść koło fortów" - muszę przyznać, że opinie recenzentów "Gazety" są słuszne.

Tego samego dnia, kiedy ukazały się owe "Krasnoludki atomowe" list do GW wysłał za pośrednictwem niżej podpisanego Prezes Agencji. Kilka dni później, a więc w czasie przewidzianym na odpowiedź przez Prawo prasowe - nadeszła odpowiedź zastępcy sekretarza redakcji. Co można do tego jeszcze dodać?

Pismo komputerowe NEUTRONY w nr 4/2000 przytaczając wspomniane listy - i dodatkowo - list dyrektora ZDUOP Włodzimierza Tomczaka, na który GW nie odpowiedziała - komentuje piórem JAMa całą tę sprawę dłuższym felietonem. Przytoczmy końcowy fragment tego komentarza.

"Być może z prawnego punktu widzenia ma Pan Sekretarz rację i nie dałoby się wygrać z nim w sądzie, ale wydaje nam się, że zwyczajna ludzka przyzwoitość nakazuje, aby umożliwić sprostowanie kłamstwa komuś, o kim lub o kierowanej przez niego instytucji napisało się coś niezgodnego z prawdą. Za dobrze znamy obyczaje naszych wspaniałych dziennikarzy w ich nadzwyczajnych gazetach, aby wymagać od autora artykułu sprawdzania informacji w nim zamieszczonych, ale nie możemy zrozumieć postawy Pana Sekretarza zamykającego łamy swojego pisma przed osobami, które z racji pełnionych funkcji mają obowiązek informować opinię publiczną o prawdziwych zagrożeniach związanych z promieniowaniem, a jednocześnie przeciwdziałać wprowadzaniu tej opinii w błąd i wywoływaniu w ten sposób niepotrzebnych napięć społecznych. Zastanawiamy się, ile jest w tym postępowaniu zwykłej arogancji, a ile nieświadomości jej skutków".

Stanisław Latek

Od Redakcji:

Tekst powyższy ukaże się w 1. tegorocznym numerze kwartalnika "Postępy Techniki Jądrowej". Dzięki uprzejmości Pana Dyrektora Stanisława Latka z PAA nasi Czytelnicy mają okazję zapoznać się z nim jeszcze przed jego publikacją w prawdziwym czasopiśmie. Bardzo też się cieszymy, że nasz komentarz w tej sprawie będzie cytowany w prasie wielkonakładowej. Mamy nadzieję, że Czytelnicy nam wybaczą to, że się trochę powtarzamy, ale nie możemy zmieniać nadsylanych nam tekstów.


Oskarżenia i kalumnie

Prawie od początku swoich rządow obecny Premier był stale krytykowany za brak zdecydowania przy podejmowaniu decyzji. Pamiętamy, ile czasu potrzebował, aby pozbyć się z rządu ministra, który brakiem kompetencji spowodował stratę kilkudziesięciu milionów dolarów, jakie mieliśmy otrzymać z Unii Europejskiej, i zdymisjonować prezesa ważnego urzędu, który spowodował całkowitą niemal zapaść finansową kierownej przez siebie instytucji. W ostatnim czasie w naszego Premiera wstąpił nowy duch i przed wyjazdem za granicę już prawie na lotnisku wymienił jednego ministra na drugiego w resorcie łączności i mianował Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W zasadzie wszyscy powinniśmy się cieszyć z tego, że wreszcie mamy energicznego premiera, niestety Polaków trudno jest zadowolić i w całym kraju odezwały głosy oburzenia.

Co do ministra łączności, to nie widzimy specjalnego problemu. Obaj ministrowie są z tej samej partii, której działacze razdko odznaczają się zaletami intelektu, co zbytnio rzucałyby się w oczy. Tą sprawą więc, pamiętając stare przysłowie o Pacu i pałacu, możemy się nie przejmować. Z kulturą i dziedzictwem jest już trochę inaczej. W tym wypadku mianowanie na stanowisko ministra polityka, który nigdy w życiu nie miał nic wspólnego z kulturą, budzi wątpliwości, szczególnie wśród ludzi z tą kulturą związanych. Jeden z bardzo znanych aktorów i reżyserów powiedział: "Pracuję już w swoim zawodzie trzydzieści lat i nigdy o tym panu nie słyszałem. Proszę to traktować jako moją opinię w tej sprawie".

Politycy z obozu nowego ministra, podobnie jak Premier, żadnych wątpliwości jednak nie mają. Ich zdaniem do kierowania nie są potrzebni fachowcy i uważają oni, że wszystko jest w porządku, jeśli najwyższy urząd w państwie piastuje absolwent szkoły zawodowej, wicepremierem jest mechanik samochodowy, prezesem ZUS nauczyciel języka polskiego, natomiast prezesem PZU lekarz, a dla równowagi dyrektorem jednego ze szpitali stolarz. Niestety nie wszyscy w Polsce podzielają te poglądy, a szczególnie to dotyczy ludzi związanych z kulturą lub nauką.

W dziedzinie zarządzania nauką zawsze istniał problem, czy dyrektorem instytutu powinien być sławny uczony czy sprawny administrator. Oczywiście ideałem jest sprawny administracyjnie sławny uczony. Takie wypadki się zdarzają czy może raczej zdarzały. Starsi wiekiem Czytelnicy NEUTRONÓW pamiętają zapewne Profesorów Pieńkowskiego i Sołtana z Warszawy oraz Niewodniczańskiego z Krakowa. Ale co robić, gdy na podorędziu nie ma uczonych tego formatu?

Mój przyjaciel uważa, że z dwojga złego lepiej jest mieć na wysokim stanowisku administracyjnym w nauce wybitnego uczonego, nawet jeśli jego talent do kierowania jest niewielki. Zawsze jest szansa, że z czasem się czegoś nauczy albo wykorzysta talenty współpracowników. Człowiek bez naukowych kwalifikacji, który usiłuje kierować nauką, ma niewielkie szanse, aby zdobyć sobie autorytet w środowisku, które zazdrośnie strzeże swoich przywilejów związanych ze stopniami i tytułami naukowymi. Broniąc się przed ostracyzmem stopniowo usuwa on ze swojego otoczenia tych, co mogą zagrozić jego pozycji, i otacza się ludźmi coraz głupszymi. W ten sposób stopniowo powoduje upadek instytucji, którą zarządza.

W kulturze jest chyba podobnie. Może nowy minister to jakiś geniusz polityczny i administracyjny, ale artyści różnej maści będą zawsze traktować go z lepiej lub gorzej ukrywaną pogardą. Źle to wróży naszej nieszczęsnej kulturze usychającej z braku środków finansowych i zalewanej potokiem północno- i południowoamerykańskiej szmiry.

JAM

PS: W dniu 17 marca Gazeta Wyborcza opublikowała list Pana Profesora Niewodniczańskiego, który wcześniej został w tak bezkompromisowy sposób odrzucony przez Zastępcę Sekretarza Redakcji, Pana Dariusza Fedora. Ciekawi jesteśmy, co skłoniło Redakcję naszej ulubionej gazety do tak radykalnej zmiany stanowiska. Czyżby miały w tym jakiś udział NEUTRONY? Jeśli tak, to świadczyłoby to o niebywałej potędze prasy, nawet tej elektronicznej o skromnym lokalnym zasięgu. Okazuje się, że jak w homeopatii patologie prasowe można zwalczać jedynie metodą: simila similibus curantur.


Big Brother is watching you

George Orwell prawdopodobnie przekręciłby się w grobie, gdyby wiedział, czym raczy widzów prywatny kanał niemieckiej telewizji satelitarnej RTL 2. Widzowie polscy mogą również oglądać nowy program, pod warunkiem, że mają dostęp do telewizji satelitarnej i odznaczają się odpowiednią dozą głupoty. W Niemczech pierwszego marca 2000 roku aż trzy miliony widzów obejrzało pierwszy odcinek programu "Big Brother". Jest to coś w rodzaju dokumentalnego serialu. Kilkoro młodych ludzi obojga płci będzie przebywać przez kilkanaście tygodni w zamkniętym pomieszczeniu. Będą oni filmowani przez 24 godziny na dobę za pomocą kilkudziesięciu kamer, które są tak ustawione, że ich uwadze nie może ujść żaden szczegół. Widzowie zaś oglądają codziennie na ekranach swoich telewizorów, co ci młodzi ludzie akurat porabiają. Co pewien czas widzowie decydują, oczywiście systemem audio-tele, który to z tych królików doświadczalnych już im się nie podoba i w związku z czym ma spakować manatki i opuścić całe towarzystwo. Głosują dopóty, dopóki na polu walki zostanie tylko jedna osoba, która otrzymuje wysoką nagrodę. Chyba tylko dzięki tej nagrodzie udało się zebrać tylu ochotników do tego ponurego spektaklu, który wydaje mi się niezbitym dowodem na ostateczny upadek zachodniej kultury medialnej. Czegóż to ludzie nie robią dla pieniędzy? Ja nie oglądałem pierwszego odcinka i z pewnością nie obejrzę żadnego następnego, czytałem za to książke pod tytułem "Rok 1984". Wydaje się, że ci, którzy oglądają ten serial, albo nigdy nie czytali tego dzieła albo nic z niego nie zrozumieli. Na szczęście odpowiednie gremium w Niemczech odpowiedzialne za to, co może, a co nie może, być pokazywane w telewizji niemieckiej, wyraziło poważne zastrzeżenia co do tego serialu. Zarzuca mu się występowanie przeciwko godności ludzkiej i w związku z tym najprawdopodobniej audycja ta zostanie zdjęta z anteny, co w najmniejszym stopniu nie oznacza, że w Niemczech działa cenzura, choć taki argument wysuwają zwolennicy tej serii, którą zaimportowano do Niemiec z Holandii. Wyprodukowana została ona przez holenderską firmę Endemol słynną z wyjątkowo głupawych audycji takich, jak, na przykład, teleturniej, na końcu którego dochodzi do zaślubin zwycięzców ponadludzkich zmagań, a który prowadzony jest czy też był przez słodko-głupią prezenterkę Lindę de Mol. Ja osobiście uważam, że każdy powinien robić to, co umie najlepiej, a Holendrzy powinni ograniczyć się do produkcji sera żółtego marki Gouda lub Leerdamer, wszystko inne jakoś im się mniej udaje.

Marek Mika

Od Redakcji:

Zgadzamy się z naszym korespondentem. Żaden rozumny człowiek nie powinien oglądać tego serialu, a tym bardziej w nim występować. Być może Holendrom udaje się tylko ser, u nas zwany holenderskim, ale w słowach autora wyczuwamy jednak pewną niechęć do tego narodu. Podobno Niemcy mają żal do Holendrów o to, że ci jeżdżąc na wakacje do krajów południowych przez Niemcy, wożą ze sobą zapasy żywności, a sypiają w ciągniętych za samochodem przyczepach. W ten sposób korzystając z bezpłatnych autostrad nie przynoszą żadnych zyskow wlaścicielom przydrożnych restauracji i hoteli.

Do Redakcji:

Ja osobiscie nie czuję niechęci do Holendrów, choć wielu Niemców ją odczuwa. Oni faktycznie nie przynoszą jako turyści Niemcom żadnych zysków. Nie bez kozery "NL" na numerach rejestracyjnych tłumaczy się w Niemczech jako "Nur Limonade". Oni faktycznie jadąc na wakacje do Włoch czy Francji na niemieckich stacjach benzynowych kupują wyłącznie coca-colę lub fantę, czasem kilka litrów paliwa. Ja nie lubię jedynie ich zbyt pretensjonalnych i często po prostu nudnych audycji telewizyjnych. "Big Brother" przekracza na dodatek pewne normy moralne i obyczajowe panujące dotychczas w Niemczech.

Wiadomość z ostatniej chwili: Dwa inne kanały telewizji satelitarnej SAT 1 i TM 3 planują już w najbliższej przyszlości podobne seriale.

Marek Mika


Historia lubi się powtarzać

Przed kilkudziesięciu laty Niemcy, oczywiście ci zachodni, doszli do wniosku, że brak im rąk do pracy. Dotyczyło to oczywiście mało atrakcyjnych i niezbyt dobrze opłacanych zawodów. Do Niemiec zaczęły napływać tysiące tak zwanych gastarbeiterów z takich krajów jak Turcja czy Portugalia. Po latach zaczęli oni sprowadzać swoje rodziny i obecnie przyszło na świat już drugie pokolenie potomków gastarbeiterów.

Jest wśród nich olbrzymi procent bezrobotnych, co tłumaczy się ich niskim poziomem wykształcenia oraz słabą znajomościa niemieckiego. Wynika to z faktu, że żyli oni zawsze w gettach, uczęszczali do marnych szkół i uczyli się, jeżeli w ogóle się uczyli, mało atrakcyjnych zawodów. Obecnie stanowią oni, szczególnie Turcy, poważny problem społeczny. Nikt nie wie, co z tymi ludźmi robić. Integracja się nie udaje, odesłanie zaś do byłej ojczyzny nie wchodzi w grę. Nawet młodocianych przestępców pochodzenia tureckiego nie można odesłać do Turcji. Na razie udało się wyekspediować jednego, najgorszego, który popełnił jako nieletni aż 62 przestępstwa. Na szczęście nie miał obywatelstwa niemieckiego, bo wówczas musiałby spędzić kilka lat swojego życia w niemieckim więzieniu.

Jeszcze przed paru laty wywózką śmieci w Republice Federalnej zajmowali się wyłącznie cudzoziemcy, obecnie jest ona w rękach Niemców, nawet jeśli są to Niemcy z Kazachstanu. Ze społecznego, kulturowego i zawodowego punktu widzenia jest z nimi taki sam problem jak innymi cudzoziemcami. Nie integrują się, żyją w gettach, uczęszczają do marnych szkół, przede wszystkich ze względu na słabą znajomośc języka niemieckiego, mimo milionów wydawanych przez rząd federalny na kursy językowe dla przesiedleńców ze wschodu.

W Niemczech znowu brak rąk do pracy, a raczej palców do stukania na klawiaturach komputerów, ale tak, aby coś pożytecznego z tego wynikało. Kanclerz Schroeder rzucił propozycję ściągnięcia do kraju 20 tysięcy informatyków, głównie z Indii, ale również z innych krajów. Rząd zamierza już wkrótce udzielić tym ludziom pozwolenia na pracę i pobyt na 5 lat. Ma być wprowadzone coś w rodzaju amerykańskiej zielonej karty. Jest to bardzo przykre dla Niemców, bo, jak się wydaje, przespali oni kilkanście lat i nie wykształcili w tym czasie odpowiedniej kadry komputerowców. Jeżeli w Niemczech kształci się tyle samo archeologów co informatyków, to oznacza to, że system edukacyjny jest chory. Może polscy spacjaliści od reformowania edukacji pomogliby zachodniemu sąsiadowi w uporaniu się z tym problemem. W Niemczech rozgorzała dyskusja na temat przyczyn tego stanu rzeczy. Niektórzy uważają, że w dalszym ciągu zbyt wysokie opłaty telefoniczne blokują swobodny dostęp do internetu, a przez to rozwój branży komputerowej. To prawda, do niedawna Telekom miał monopol na telefonię i ustalał ceny wedlug własnego widzimisię. W USA już od wielu lat nie ma takiego monopolu i rozmowy miejscowe są albo bardzo tanie albo wręcz nie kosztują nic.

Wydaje się, że Niemcy będą zmuszeni ściągnąć komputerowców z Indii, ale oczywiście bez rodzin, bo w przeciwnym wypadku za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat w Nieczech pojawią się tysiące bezrobotnych Hindusów, kiedy to będzie już dość rodzimych informatyków, którzy na razie mają jednak dopiero po dwa-trzy lata. Widziałem już migawki z przedszkoli z zainstalowanym dostępem do Internetu. Należy pogratulować, Niemcy są na dobrej drodze.

Marek Mika

PS. Wiadomość z ostatniej chwili. Hinduscy informatycy nie pala się do wyjazdu do Niemiec. Powodów jest wiele: Marne pensje, pobyt ograniczony do pięciu lat, znana na całym świecie biurokracja niemiecka. Urzędy dla cudzoziemców w Niemczech są "popularne" na całym świecie, słaba znajomość angielskiego wśród Niemców jest powszechnie znana. Hindusi nie mówią w większości po niemiecku i mają małą ochotę uczyć się tego trudnego i niezbyt lubianego języka. Wydaje się, że będą musieli Niemcy uatrakcyjnić swoją ofertę, w przeciwnym razie nikt do Niemiec nie przyjedzie.


Profesor Chmielewski "Złotym Inżynierem"

Czytelnicy Przeglądu Technicznego w tegorocznej edycji plebiscytu na "Złotego Inżyniera `99" ten zaszczytny tytuł w kategorii "High-tech" przyznali profesorowi Andrzejowi Chmielewskiemu zastępcy dyrektora ds. naukowych Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej w Warszawie. Jest to wyróżnienie tym bardziej cenne, że przyznawane przez jeden z najstarszych na świecie periodyków inżynierskich (starszym jest tylko wydawnictwo brytyjskie). Uroczystość wręczenia statuetek odbyła się w zabytkowym gmachu Polskiego Towarzystwa Technicznego, który obchodzić będzie niebawem 100 lecie powstania. Dokładnie sto lat temu bowiem został zakupiony plac w Warszawie na którym w rekordowym nawet jak na dzisiejsze warunki czasie, dwóch lat zakończono w 1905 roku budowę obecnej siedziby NOT-u. Odbierając statuetkę profesor Chmielewski podkreślił że jest to wyróżnienie dla całego środowiska naukowego zajmującego się wdrażaniem do polskiej gospodarki najlepszych rozwiązań technik jądrowych. Warto przypomnieć, że w roku 1999 obchodziliśmy skromny jubileusz 100 lecia opublikowania przez Marię i Skłodowską Curie i jej męża Piotra pierwszej w świecie pracy naukowej w dziedzinie chemii radiacyjnej. Te badania zostały w następnych latach rozwinięte, powstały urządzenia akcelaratorowe a wiązka szybkich elektronów stała się popularnym narzędziem stosowanym do modyfikacji właściwości fizycznych, chemicznych i biologicznych materiałów. Zasługą profesora Chmielewskiego jest, że Instytut Chemii i Techniki Jądrowej jest obecnie przodującym na świecie ośrodkiem naukowym w dziedzinie techniki akceleratorowej. Na skalę przemysłową promieniowanie jonizujące a wiązkę elektonów w szczególności stosuje się w naszym kraju do sterylizacji radiacyjnej wyrobów medycznych, przeszczepów, farmaceutyków i kosmetyków, higienizacji wyrobów spożywczych, oczyszczania gazów spalinowych, obróbki tworzyw sztucznych itp. Uruchamiana właśnie w Elektrociepłowni Pomorzany stacja jednoczesnego usuwania tlenków siarki i azotu będzie największą, najbardziej nowoczesną na świecie instalacją tego typu. Serdecznie gratulujemy Panu Profesorowi tego wyróżnienia i życzymy dalszych sukcesów naukowych, organizacyjnych i dydaktycznych.

Wojciech Głuszewski

Od Redakcji:

Ta wiadomość cieszy nas szczególnie, ponieważ wszyscy jesteśmy członkami PTN, którego Prezesem jest Profesor Chmielewski. Serdecznie gratulujemy Laureatowi.


Jajami w ministra

Kilka dni temu mieszkańcy gmin wokół Puszczy Białowieskiej obrzucili jajami ministra ochrony środowiska, gdy ten przedstawił projekt powiększenia chronionego obszaru parku. Gdzie byli Zieloni? Dlaczego nie osłonili ministra własnymi ciałami - projekt jest przecież wybitnie proekologiczny.

Okazuje się, że poszerzenie parku narodowego wzbudza emocje nie mniejsze niż lokalizacja elektrowni jądrowej.

MAR


Dewastacja kempingu

Kilka tygodni temu należący do instytucji świerkowskich ośrodek domków kempingowych nad Świdrem został zdewastowany. Wandale powybijali w każdym domku boczne okna, przez które dostali się do wnętrza, po czym powykręcali wszystkie okucia budowlane z aluminium - klamki, a nawet szyldziki zakrywające dziurki od kluczy. Złodziei pewnie można by bez większego trudu ustalić, bo ile to wysiłku przeprowadzić wywiad w okolicznych punktach skupu metali kolorowych. Relacja szkód poniesionych przez Świerk w stosunku do mizernych zysków dewastantów jest szokująco niekorzystna dla poszkodowanych właścicieli domków. Problem w tym, że żaden z poszkodowanych instytutów nie zgłosił na policji faktu dewastacji.

Przy okazji tego wydarzenia powraca sprawa sensownego zagospodarowania tej części naszego wspólnego majątku. Aż prosi się wydzierżawić ośrodek na holel dla turystów zza Lublina. Jeden portier-recepcjonista mógłby zapewnić stały nadzór nad całym kompleksem. Chętni do złożenia odpowiednich ofert podobno już od dawna są. Wystarczy tylko przygotować warunki konkursu i podać numery kont, na które ajent ma regularnie wpłacać opłaty za dzierżawę.

MAR


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl
Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.
Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony