[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 8 (68) / 2000
15 maja 2000
W numerze:
  • Festiwal - tak, otwarcie - nie
  • Długi "łykend" w Kabarecie
  • Mrufka przerywa milczenie
  • Atomowe krasnale
  • Refleksje czarnobylskie
  • Do Unii, marsz!
  • Wy mi tu, mysza, nie utrudniajcie
  • Nasi koledzy z Los Alamos palą się

Epidemia miłości w Świerku

W zeszłym tygodniu wirus  'I love you'  dotarł do Świerka. Z dyrekcji IPJ paskudztwo to zostało rozesłane po kierownikach Zakładów. Co będzie dalej - zobaczymy. Na wszelki wypadek podejrzane przesyłki należy niszczyć przed przeczytaniem. Ostatnia instrukcja nie dotyczy oczywiście NEUTRONÓW.


Festiwal - tak, dni otwarte - nie

Jak dowiadują się NEUTRONY - udział środowiska atomistyki we wrześniowym Festiwalu Nauki będzie ograniczony do seminariów i wystaw na Hożej. Odbędą się tam wykłady, między innymi doc. Andrzeja Strupczewskiego i doc. Natalii Golnik. Nie przewiduje się natomiast organizowania dni otwartych w Świerku. Zwyciężył pogląd, że do udziału w tej imprezie należy się solidnie przygotować. Czasy 'gospodarskiej' improwizacji już minęły, trzeba zastosować sprawdzone recepty profesjonalistów od informacji, reklamy i tworzenia wizerunku firm.

Udział w tegorocznej imprezie popularyzującej naukę ma być przymiarką do festiwalu przyszłorocznego. Nie jest wykluczone przyłączenie warszawskiego festiwalu do ogólnoeuropejskiego odpowiednika tej imprezy. Stąd w niedługiej przyszłości nie można wykluczyć odwiedzin zainteresowanych wycieczek nie tylko z Wólki Mlądzkiej, ale i z Europy.

MAR


Oskarżenia i kalumnie

Gdy piszemy te słowa, właśnie mija najdłuższy weekend w Europie. Los, który zawsze był łaskaw dla świętujących 1 Maja i tym razem zesłał piękną pogodę, na czym skorzystali ci, co świętują 3 Maja. Z powodu nagromadzenia świąt działalność Polskiego Kabaretu Politycznego w ostatnim czasie nieco przygasła i nie ma właściwie o czym pisać, chyba że o niesłychanym sukcesie Ruchu Społecznego AWS. Ruch ten, po długich perturbacjach wywołanych przez pozostałych partnerów z Akcji Wyborczej Solidarność, którym zamarzyło się wysadzenie z siodła swojego Przewodniczącego za pomocą tak zwanych prawyborów, wyłonił wreszcie kandydata na prezydenta. Głosowanie było jawne i jednomyślne, ponieważ ewentualny kontrkandydat taktycznie opuścił salę na czas głosowania. Starym działaczom wiadomej partii łza się musiała zakręcić w oku, gdy zobaczyli w telewizji, jak wszyscy uczestnicy spotkania wstali z miejsc i gromkimi owacjami (kiedyś mówiło się burnymi apłodismentami) uczcili wybór pretendenta do Pałacu Namiestnikowskiego.

Nowo wykreowany kandydat nie ma niestety szczęścia do cytatów i porównań. Kiedyś, jak nasi Czytelnicy może pamiętają, przytoczył słynne powiedzenie Marka Twaina, tyle że coś mu się pomyliło i cytat wyszedł bez sensu. Tym razem porównał swoją nadchodzącą kampanię wyborczą do ataku husarii pod Kircholmem. Zaraz odezwali się rozmaici eksperci, którzy zwrócili uwagę na to, że wbrew obiegowym opiniom, obecnym w świadomości społecznej głównie dzięki Sienkiewiczowi, husaria była w istocie nieprzydatna na polu walki ze względu na brak możliwości wykonywania najprostszych manewrów. Mogła jedynie pędzić na oślep do przodu, niezależnie od tego, co się działo na polu bitwy. Czyżby tak miała wyglądać kampania wyborcza Przewodniczącego? Poza tym na każdego towarzysza (z góry się zastrzegamy, że słowo towarzysz ma tu inny sens, niż ten, w jakim użył je wódz Samoobrony, za co jest obecnie ciągany po sądach) pancernego przypadało trzech pocztowych, co się bardzo źle kojarzy z tym, że AWS składa się z potężnego Ruchu Społecznego i trzech partyjek, dawniej zwanych kanapowymi, dla których poparcie wyborców nigdy nie przekraczało progu wyborczego.

Kampania prezydencka zapowiada się ciekawie, tym bardziej że w szranki ma zamiar wstąpić były prezydent, który już teraz atakuje zaciekle obecnie rządzącą koalicję. Wyobrażamy sobie, co będzie wygadywać, gdy zacznie się prawdziwa walka wyborcza. Kandydatowi RS AWS radzimy, aby zatrudnił na czas kampanii specjalistów w zakresie literatury i historii i ściśle stosował się do ich wskazówek przy porównaniach i cytatach. Pełna poświęceń działalność związkowa i polityczna, a także praca nad doktoratem nauk technicznych, musiały być bardzo absorbujące i naszemu bohaterowi nie starczyło już czasu na studiowanie literatury i historii.

JAM


Z życia mrufek (Formicae nuclearis)

Z okazji trzylecia NEUTRONÓW otrzymałem wiele e-maili i telefonów z pytaniami, dlaczego już dawno nic nie pisałem do NEUTRONÓW. Powód jest prozaiczny. Postanowiłem trochę dorobić do pensji i załatwiłem sobie dodatkową pracę na mieście. Udało mi się otrzymać stanowisko eksperta w jednej z agend ofiarnie pracujących nad dostosowaniem Polski do standardów Unijnych. Jak się bowiem okazuje, już w tej chwili płyną do kraju spore pieniądze na ten cel i trzeba się tylko umiejętnie 'dostosować', aby skierować choć cienki strumyczek 'kasy' do własnej kieszeni. Moja agenda zajmuje się dostosowaniem polskich nazwisk do ww. standardów. Że zadanie nie jest łatwe, pokażę na przykładzie własnego nazwiska. Po pierwsze pojawia się problem, do jakiego języka Unii nazwisko Mrufka dostosowywać. Czy ma to być niemieckie Mrufcka, czy Mruffke. Czy raczej należy kierować się na stylizację francuską - Mruvqueaux lub Mruffquou. To jednak tylko wierzchołek góry lodowej, ponieważ tak by mogło brzmieć nazwisko Mrufka, gdyby zgodzić się na dostosowanie na płaszczyźnie onomatopeicznej. Można jednak wyjść od niemieckiego 'die Ameise' czyli mrówka, tylko że wtedy proste tłumaczenie nie oddaje plebejskiego charakteru polskiej 'Mrufki'. W takim razie należałoby do rdzenia Ameise, uzupełnionego o koniunktyw -n- dodać przyrostek aposterioratywny -dorff lub -bauer, co dałoby dobrze brzmiące po niemiecku Ameisendorff lub Ameisenbauer. Jak widać, problemów z dostosowaniem naszych nazwisk do Unijnych standardów jest co niemiara, pracujemy więc w naszej agendzie w pocie czoła, na razie tylko nad opracowaniem ogólnych wytycznych dostosowawczo-unifikacyjnych, co powinno potrwać kilka lat - czyli tyle, ile mam do emerytury - po czym przystąpimy do opracowania wytycznych szczegółowych dla poszczególnych typów nazwisk. Dzięki pracy w w/w agendzie dosyć często bywam w tzw. kołach zbliżonych do dobrze poinformowanych. Ostatnio sporo się mówi o tym, że pan Przewodniczący Miller dał na mszę w intencji zwycięstwa AWS w następnych wyborach parlamentarnych, co komentatorzy tłumaczą jako paniczną reakcję na kolejne krzepiące informacje o stanie naszej gospodarki. Prócz tego uwadze komentatorów nie uszło czasowe zniknięcie ze sceny politycznej wicepremiera Balcerowicza w okresie 25.04 - 08.05 br. Wg informacji z wiarygodnych źródeł Wicepremier przebywał w ściśle strzeżonym forcie K. w jednym z krajów NATO, ponieważ z analiz UOP wynikało, że w kraju może dojść do zamieszek, kiedy rozwścieczeni PIT-owcy przypomną sobie deklaracje prof. Balcerowicza na temat uproszczenia zeznań podatkowych.

Jeśli chodzi o PIT-y to jeden ze znajomych JAM-a twierdzi, że np. w RPA podatnik informuje tamtejszy Urząd Skarbowy o swych dochodach, opłatach obowiązkowych i darowiznach na cele szlachetne. Podatek wyliczają mu specjaliści, którzy umieją to robić. Nikt nie musi zbolałym głosem litować się nad nieporadnym intelektualnie społeczeństwem, które sobie nie radzi z PIT-ami i robi błędy przysparzając pracy dzielnym urzędnikom. Ciekawe, że nikt jeszcze nie wpadł u nas na pomysł piątej reformy - tym razem PIT-owej idącej w kierunku takim jak w RPA. Warto w tym kontekście zauważyć, że Urząd Skarbowy i tak musi przeliczyć wszystkie PIT-y, jeśli chce sprawdzić, czy nie został oszukany.

Na koniec dwa dowcipy z życia mrówek.

  • Dowcip opowiadany przez Jego Magnificencję, rektora jednej z uczelni warszawskich, jako przypowieść o historii Polski:
    Słonia oblazły mrówki, ociera się więc o drzewo, zdmuchuje je trąbą, tarza się w piachu. Już właściwie pozbył się intruzów, ale jedna mrówka resztkami sił trzyma mu się na czole pomiędzy oczami, skąd nie może jej usunąć. Zrzucone przez słonia na ziemię niedobitki mrówek wołają z dołu: "Kazik, skręć kark skubanemu! Skręć mu kark!"
  • Dowcip - komentarz do niektórych aspektów znakomitej, jak wiadomo z 'oficjalnych źródeł', sytuacji gospodarczej kraju:
    Wchodzi mrówka do sklepu. "Poproszę 2 centymetry nici". "Zapakować?" - pyta ekspedientka. "Nie, powieszę się na miejscu".

Jan Mrufka

Jak widać Jan Mrufka zamierza zainicjować nowy nurt dowcipów - zastępujących tradycyjne "przychodzi baba do lekarza". Skoro już jesteśmy przy tym robactwie, to przychodzi mrówka do apteki: "Poproszę o aspirynę." "Zapakować?" "Nie, poturlam".

MAR


Atomowe krasnoludki, czyli w tym szaleństwie jest metoda

Niebywała zajadłość, z jaką GAZETA WYBORCZA potraktowała wywołaną przez swoich nieodpowiedzialnych redaktorów sprawę, która jest znana Czytelnikom NEUTRONÓW, każe potraktować ją w kategoriach szekspirowskiego szaleństwa. Konsekwentnym następnym pytaniem, jakie trzeba sobie postawić jest: "Czy w tym szaleństwie jest metoda"? Postaram się zwięźle, na podstawie ostatnich enuncjacji GW udowodnić że jest. Ponieważ wchodzimy w strefę efektów psychicznych, pozwalam sobie obraną przez GW metodę nazwać jak jednostkę chorobową (wybaczcie lekarze) "wrogą ignorancją", chyba że PT. Redaktorzy NEUTRONÓW znajdą termin lepszy.

Czternastą rocznicę awarii czarnobylskiej uczcił w numerze GW, datowanym 27 kwietnia 2000, niejaki Marcin Wojciechowski artykułem, którego ostatni akapit zawiera zdanie: "W glebie zalega jednak ok. 2 mln m sześciennych związków radioaktywnych". To już jest to, co Szwejk-Haszek nazywali bałwanieniem się do kwadratu. Czyżby p. W. nie było wiadomym, że wszelkie gleby na świecie są skażone i to grubo więcej i bardziej trwale niż gleba czarnobylska, tyle że uranem z jego pochodnymi (Ra, Rn) z superfosfatu? Ech, to chyba przekracza wykształcenie tego dziennikarza. Z prostszych rzeczy: czy nie wbijano jemu w gimnazjum, co to jest milion jako liczba? Kiedyś zakładano, że dziennikarz piszący o nauce będzie miał podstawowe wykształcenie wyższe w dziedzinie, o której pisze, a później zrobi jeszcze studium dziennikarskie. W utworze p. W. nie widać śladu ani jednego ani drugiego. Nie ma miejsca w Neutronach na rozbiór merytoryczny całego artykułu. Polecam nauczycielom szkół średnich taką analizę jako temat pouczającej zabawy. Mimo to, w moim rankingu głupot GW, p. W. nie przebił tego, co jego kolega redakcyjny napisał w Magazynie GW na X rocznicę awarii w relacji z płatnej wycieczki turystycznej do Czarnobyla, gdzie, jak raportował, czuł tam w ustach dziwny smak promieniowania.

W przedziwnym świecie dezinformacji nukleonicznej GW występuje też p. Małgorzata Załoga, która umieściła fotografię zlewki laboratoryjnej przyciemnionej promieniowaniem (banalna chemia radiacyjna szkła) z nonsensowną informacją, że promieniowanie niszczy nawet szkło, a niektóre bakterie to przetrzymują. Wykazała tu różnego rodzaje ignorancje - jedna z nich dotknęła mnie osobiście. Mutanty radiodurans przedstawiła jako coś nadzwyczajnego, a przecież nawet w mojej książce wydrukowanej 20 lat temu ("Sterylizacja Radiacyjna") opisałem to dokładnie, informując jednocześnie że radioduransy są istotnie trochę bardziej odporne na promieniowanie niż inne drobnoustroje, ale po dostatecznej dawce i tak ulegają inaktywacji. Poza tym, nie są patogenne i są bardzo słabowite - byle co je zabija, nawet temperatura zupy, nie mówiąc o herbacie.

Metoda którą nazwałem "wrogą ignorancją" rozciąga się na wszelkie dziedziny, nawet historyczne, nukleoniki znienawidzonej przez GW. Recenzent filmowo-telewizyjny, Artur Domosławski, w recenzji znakomitego skądinąd cyklu "Historia zimnej wojny" broni Rosenbergów, którzy "mimo braku niezbitych dowodów (jak pisze p. A. D.) zasiedli na krześle elektrycznym". Otóż nie można pisać takich nonsensów Anno Domini 2000. W czasie samego procesu istotnie Amerykanie nie mogli podać pełnych dowodów, bo groziło to ujawnieniem wywiadu elektronicznego, natomiast w ostatnim dziesięcioleciu pełnych dowodów winy dostarczyli sami Rosjanie ujawniając prawdę o Rosenbergach z archiwów ich służb specjalnych. W ogóle p. A. D. ma jakieś podejrzane źródła o sprawie Rosenbergów, skoro pisze o niejakim Jerome Franku, który rzekomo sądził w procesie. Wiadomo przecież, że sędzią, który orzekł karę śmierci był Irving Kaufman. Nawiasem mówiąc, Żyd orzekał o winie dwojga Żydów, co dało powód różnym rozważaniom o braku solidarności tej społeczności. Kto zna książkę "Śmierć Miasta" Władysława Szpilmana (nawiasem - był ukrywany aż do Powstanina Warszawskiego dwa piętra nad naszym mieszkaniem) nie jest to niczym dziwnym. Ale zostawiając na boku moje ulubione dywagacje, doradzam nadredaktorowi Michnikowi, by zakupił przynajmniej "The Encyclopedia of Espionage" (633 strony, Random House, New York 1997, wznowienie 1998 za 13 USD) i polecił umieścić na biurkach swoich redaktorów. Encyklopedię tę polecam, bo rzetelnie traktuje m.in. sprawę Enigmy, nie mówiąc o Rosenbergach.

Przerywam na tym omawianie syndromu "wrogiej ingorancji", by nie nadużywać cierpliwości pp. Redaktorów NEUTRONÓW . Dodam tylko dla pokrzepienia serc uczciwych dziennikarzy, że można pisać i mówić rzetelnie o Czarnobylu, jak to zrobiono w dn. 30 kwietnia 2000 "7 Dni Świat", w pr. 2 TVP, która nie idzie na szczęście w ślady TVP1 która działa na ogół jak GW w sprawach nukleonicznych, co dokładnie opisałem w PTJ. Rzetelnie postąpił też konsultant polskiego tekstu (nazwisko powiedziano niewyraźnie i dlatego nie mogę go pochwalić) do serialu "Stulecie lotnictwa" w najświeższym odcinku "Angels of Mercy" (Ratownictwo lotnicze), wspominającym Czarnobyl. Dobre zdjęcia, akceptowalny komentarz.

Co zrobić z GW? Jest duża liczba osób które z uwagi na inne rzeczy bojkotuje tę gazetę. To nonsens, to tylko robienie przyjemności właśnie gazecie i robienie z niej męczennicy. Ja nie zrobię GW tej przyjemności i będę w czasie drogi do Instytutu, poświęcanej lekturze, nadal zwracał uwagę na objawy wrogiej ignorancji. Zresztą, żeby nie wprowadzać GW w niezasłużoną dumę, nie mogę pozbawiać się informacji, których nie daje inna gazeta, np. kto umarł. Tak już jest, że ludzie głosują za taką gazetą, tak jak w czasie wojny kupowali Nowy Kurier Warszawski dla nekrologów i drobnych ogłoszeń.

Zbigniew Paweł Zagórski


Czternasta rocznica Czarnobyla

Pamiętam dokładnie jak to było z Czarnobylem w Szwajcarii. Pierwszy dzień, czy dwa, coraz bardziej niepokojące wiadomości agencyjne, a potem szwajcarski system ochrony radiacyjnej "złapał" pierwsze wysokie wartości i zaczęło się! Utworzono sztab kryzysowy, nasz instytut EIR stał się centrum pomiarowym i właściwie skończyła się normalna praca. Wszyscy, co wiedzieli co to jest dozymetr zostali odkomenderowani do pomiarów, na dużym trawniku pośrodku terenu instytutu namalowano duże koło gdzie co chwila zaczęły lądować ogłuszająco klekoczące helikoptery przywożące z całej Szwajcarii stosy sałaty i warzyw, skrzynie kubeczków z jogurtami i jajkami oraz bańki i kartony z mlekiem. Z każdego transportu brano niewielką próbkę do pomiarów, a na trawniku rosła sterta gnijących w słońcu produktów. Tak było jakiś tydzień i potem fala histerii opadła. Jeszcze histeryczniej było w Niemczech: w Hesji Joschka Fischer będący podówczas miejscowym ministrem ochrony środowiska nakazał mycie szlauchem wszystkich samochodów wjeżdżających ze wschodu. Robili to tacy faceci we wręcz astronautycznych kombinezonach.

W tym właśnie czasie znajomy mój odkomenderowany z HSV czyli helweckiego odpowiednika CLORu do pomiarów skażeń otrzymał z Berna i to od jednego z tzw. "7 mędrców" czyli bundesrata małą skrzynkę z jajkami wraz z dwoma listami. W pierwszym pan minister prosi EIR o dokładne zbadanie załączonych jajek, drugi zaś stanowił załącznik do tych właśnie jaj. List był napisany przez pewną starszą panią z kantonu St. Gallen i zaadresowany do rzeczonego ministra. Pani owa nazywa całą sprawę z Czarnobylem wielkim świństwem, jak to być może, ona całe lata zawsze głosowała na partię pana ministra, a teraz coś takiego! Ona jest emerytką, ma ogródek i kurnik i ograniczone środki, je własne jarzyny i jajka, a teraz dowiaduje się, że nie może jeść zwłaszcza jajek, więc wysyła te bezużyteczne jaja panu ministrowi i żąda, by ten nareszcie zrobił z tym wszystkim porządek!

Minister jak to minister wysłał wszystko do zbadania do EIR z poleceniem dokładnego zbadania jaj i rychłą odpowiedź. Znajomy mój zrobił to natychmiast i wyniki analizy przesłał do Berna. Zawierało ono m.in. stwierdzenie, że według obowiązującego w Szwajcarii "Strahlenschutz-verordnung" nie zaleca się jeść owych jajek więcej niż 100 dziennie.

Tak więc nie było znowu tak wielkiego zagrożenia: owszem, w Thurgau i Mendrisiotto obowiązywał przez kilka lat zakaz zbierania grzybów, wywalono tam jakieś kozie serki i to wszystko. Ale tak się złożyło, że w końcu maja owego pamiętnego roku 1986 przyjechała do nas w odwiedziny moja szwagierka z Warszawy i przywiozła tak przez nas pożądany zwykły biały ser - jesteśmy wprawdzie krajem serów, ale zwykłego twarogu i białego sera w Helwecji nie uświadczysz. Ser miał metkę z mleczarni w Ciechanowie z datą produkcji bodaj 12 maja. Z ciężkim sercem zaniosłem 20 deko do pomiarowców, jeszcze musiałem im na mapie pokazywać gdzie Ciechanów leży, no i co? I nic! Ser miał po prostu tło.

Niezbadane są drogi radioaktywności!

Jacek Arkuszewski, Ennetbaden


Jak najszybciej do Unii

Polska obok kilku innych krajów byłego bloku wschodniego jest najpoważniejszym kandydatem na nowego członka Unii Europejskiej. Wstąpienie do niej leży w żywotnym interesie kraju. Dzięki integracji z innymi krajami piętnastki i perspektywie korzystania z potężnych dotacji unijnych Polska ma szansę w skończonym czasie doszlusować do Europy. Obecnie musi wszelkie reformy przeprowadzać na własny koszt, co, jak widać na przykładzie służby zdrowia, ma dla kraju fatalne skutki.

A więc: Jak najszybciej do Unii!! To nie jest jednak takie proste. Jest bowiem na Zachodzie sporo przeciwników przyjęcia Polski do Unii. Na przykład, część pracodawców niemieckich, wśród których wielu jest takich, co pragną przesunięcia terminu w daleką przyszłość, na rok 2006 albo jeszcze później. Byłoby to dla nas fatalne, odsunięcie bowiem terminu wstąpienia miałoby nieobliczalne skutki dla gospodarki polskiej. Również gospodarki innych krajów Unii, przede wszystkim Niemiec, nie skorzystałyby z tego. Niemcy są, jak wiemy, najpoważniejszym partnerem gospodarczym Polski, ale i Polska, nie zapominajmy, jest poważnym partnerem dla Niemiec. Rozwój obu tych państw jest bezpośrednio zależny od terminu włączenia Polski do Unii. Dobrze, że kanclerz Schroeder w porę to zauważył i potwierdził w Gnieźnie wolę zaangażowania się Niemiec w proces jak najszybszej integracji Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej z Unia Europejską. Ten dla Polski przyjazny gest nie przysporzy mu zapewne popularności we własnym kraju, gdzie przeciwnicy rozszerzenia Unii stanowią niestety dość silne lobby.

Właśnie przed kilkoma dniami wróciłem do Niemiec po dwutygodniowym pobycie w Polsce. W podróży do kraju towarzyszył mi rodowity Niemiec, który zachwycony był nie tylko pięknem i bogactwem Warszawy, ale również postępami, jakie Polska poczyniła przez ostatnie kilka lat na polu gospodarczym. Na dodatek zachwycony był doskonałym smakiem polskiego piwa i mnogością jego gatunków. Dość wysoka zawartość alkoholu w tym trunku, w porównaniu z piwem niemieckim, nie stanowiła dla niego większego problemu. Zalicza się również do tych, którzy nie gardzą żubrówką czy też wyśmienitą siwuchą.

Krytykował on jednak brak w Polsce autostrad oraz odpowiednich obwodnic w dużych miastach. Mieliśmy bowiem wątpliwą przyjemność przejeżdżania w ciągu dnia przez Poznań. Zbulwersowany był skandalicznymi jak na początek XXI wieku korkami na granicy polsko-niemieckiej. Daleki był jednak od obwiniania strony polskiej. Jak słusznie zauważył, problemy związane z rozbudową dróg i te na przejściach granicznych mogą być tylko wtedy skutecznie rozwiązane, jeśli Polska niezwłocznie wstąpi do Unii i otrzyma wreszcie dotacje na budowę dróg. Problem granic i niekończących się korków, sięgających czasami i pięćdziesięciu kilometrów, powodowanych przez samochody ciężarowe, czekające na odprawę celną, skończy się, gdy tylko zniknie granica miedzy oboma krajami, która obecnie służy już tylko opóźnianiu rozwoju gospodarczego Polski i utrudnianiu współpracy gospodarczej z Niemcami, a dla ludzi przejeżdżających przez nią jest zwykłym koszmarem.

Marek Mika


Mysza, nie utrudniajcie!

Widziałem kiedyś taki rysunek satyryczny:
Tłusty, zadowolony z siebie i życia kot siedzi przy stole z serwetką pod brodą i z nożem i widelcem w łapach. Przed nim na talerzu wije się i podskakuje skrępowana sznurkiem, przerażona mysz. Kot mówi groźnie do myszy: "Wy mi tu, mysza, nie utrudniajcie!"

Przypomniałem to sobie czytając w Neutronach z dnia 17 marca b.r. wywiad z profesorem Z. Sujkowskim, a w szczególności jego punkt widzenia na sprawę sporu płacowego ze Związkami Zawodowymi. Można by tu się spodziewać merytorycznej odpowiedzi na postulaty Związków dotyczące zasad podziału środków na wynagrodzenia oraz uzgodnienia trybu negocjacji spraw związanych z regulaminami dotyczącymi wynagrodzeń, premii i nagród, a w szczególności na jeden z głównych postulatów - rekompensatę obniżenia realnych dochodów pracowników IPJ w latach 1996 - 1999. Zamiast konkretnych argumentów i odpowiedzi jest przydługie omówienie historii sporu i dyrektorskich racji (tylko!) oraz ogólne narzekania na Związki, że utrudniają radosną działalność dyrekcji.

Na temat spadku płac znalazło się tam jedno stwierdzenie, nieco kuriozalnie brzmiące dla pracowników Instytutu, że "W latach do 1998 ruch płac rekompensował inflację"(!). Jest to wyraźna manipulacja statystyką. Być może zdanie to jest statystycznie prawdziwe w odniesieniu do porównania średnich płac za styczeń 1997 i grudzień 1998 (zwłaszcza, jak się uśredni płace w administracji i zakładach naukowych!), ale starannie zapomina się tu o smutnym fakcie, że spadku dochodów wywołanego przez decyzję Dyrektora o odebraniu pracownikom premii właśnie w styczniu 1997r nic dotąd, nawet w części, nie zrekompensowało. Nie ma też ani słowa o tym, czy i jakie działania Dyrekcja podejmuje, żeby zapobiec dalszej pauperyzacji dużej części pracowników IPJ.

Manager, który nie wykazuje troski o swoich pracowników i do tego potrafi współpracować tylko z ludźmi, którzy na jego pytanie "Ile jest dwa razy dwa?" odpowiadają "A ile Pan sobie życzy, Panie Dyrektorze?", nie zasługuje na swoje stanowisko, co więcej, nie zasługuje nawet na miano managera. Zwłaszcza, że tyle jest teraz kursów zarządzania, że nadrobienie oczywistych braków w wykształceniu nie powinno sprawiać trudności.

W trakcie trwania sporu ze Związkami Dyrektor podejmuje jednak pewne, dość charakterystyczne, konkretne działania - wydaje zakaz organizowania zebrań związkowych w godzinach pracy. Zważywszy wybraną chwilę, można to uznać za czystą złośliwość.

W tym samym numerze Neutronów znalazły się też dwa moje felietony: jeden zawierał konkretne propozycje zmian w układzie zbiorowym, a drugi dotyczył proponowanych przez dyrekcję zasad przyznawania nagród, a przy okazji podawał statystykę podziału nagród przyznanych w ostatnich kilku latach (przypomnijmy krótko: 70% nagród za prace administracyjne i 30% za prace merytoryczne). Także i w tym wypadku w "odpowiedzi" Dyrektora zabrakło jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji, a zwłaszcza:

  • ustosunkowania się do propozycji istotnych zmian w obowiązującym Układzie Zbiorowym,
  • uzasadnienia dotychczasowego podział nagród - czy rzeczywiście praca administracji jest o tyle lepsza i wartościowsza, niż działalność zakładów naukowych.

Zamiast tego Dyrektor jak zwykle (to już staje się nudne!) zarzuca mi kłamstwa, insynuacje i przeinaczenia (w ilości 13 sztuk - jak miło, że tak starannie je policzył). Widocznie brak sensownych argumentów nie pozwala mu na nic innego. Do tego dorzuca kolejną porcję niewybrednych złośliwości. Przy tym zażenowanie i niesmak budzi poniewieranie pamięci profesora Sołtana poprzez użycie cytatu o wątpliwej autentyczności do doraźnych, wręcz przeciwnych do szlachetnych, celów. Niestety nie miałem okazji poznać profesora Sołtana - wtedy byłem jeszcze w szkole. Był podobno znakomitym organizatorem i do tego umiał sprawnie kierować ludźmi. Wielka to szkoda, że niektórzy Jego uczniowie tak niewiele nauczyli się od Niego, przynajmniej w tych dziedzinach.

Rozmowy Związków z Dyrekcją IPJ trwają. Pocieszające jest, że dzięki ogromnej cierpliwości i wytrwałości przedstawicieli Związków Zawodowych oraz zaangażowaniu i rzetelnej pomocy związkowego eksperta, pana Edwarda Krauzego, są już pierwsze pozytywne rezultaty. Jednakże droga do pełnej normalizacji sytuacji w Instytucie jest jeszcze długa i wyboista.

A na zakończenie pouczający cytat, tym razem autentyczny, z modlitwy św. Tomasza z Akwinu, który polecam wszystkim ku uwadze:

"... Panie, Ty wiesz lepiej, aniżeli ja sam, że się starzeję i pewnego dnia będę stary. [...] Użycz mi chwalebnego uczucia, że czasem mogę się mylić. Zachowaj mnie miłym dla ludzi, choć z niektórymi z nich doprawdy trudno wytrzymać. Nie chcę być świętym, ale zgryźliwi starcy to jeden ze szczytów osiągnięć szatana."

R. Kaczarowski


Listy z Los Alamos

Naszych kolegów po fachu z Los Alamos spotkało nieszczęście, palą się ich domy, a może się spalić również i Laboratarium. Wprawdzie ostatnio wiatr zmienił kierunek i sytuacja się poprawiła, ale niebezpieczeństwo wciąż jeszcze nie minęło. Zamieszczamy dwa listy, opisujące pożar, które wysłał do Internetu Kenneth A. Van Riper, pracownik Los Alamos National Laboratory.

Friday, 12 May 2000, 16:30:42

I live in White Rock. The order to evacuate was given early Thursday am. So far there has been no danger to White Rock. There was some fire along Pajarito Road south of the low level nuclear waste handling areas (TA 54), which can only be a few miles from my house near the WR end of Pajarito Road. The fire is burning in the Western sections of LANL property and towards the east in Los Alamos Canyon. The eastern portion of the fire is advancing into Santa Clara reservation. The extent is about 30,000 acres. Downtown LA, Barranca Mesa, and North Mesa have been spared (so far). The high winds of Wednesday and Thursday that caused the rapid spread of the fire have subsided. Secretary of Interior Babbit and Congressfolks Udall and Wilson just held a press conference and promised the Federal government would do everything it can to compensate people. Predictions are Los Alamos townsite residents will not be able to return home until another week; they say it should be sooner for White Rock. It's likely LANL will be closed for another week.
 
Sunday, 14 May 2000 19:46:21
 
The evacuation of White Rock was lifted 3 PM on Sunday. This message is sent from my house in WR. Fires are still burning on LANL property; most are contained or nearly so. Return of residents to Los Alamos town site awaits:
1) Making sure no smoldering fires remain,
2) Clearing streets of power lines debris,
3) Availability of utility workers to light gas pilot lights in residences.
LANL officials will decide on reopening on a site-by-site basis. The northern branch of the fire is advancing into Santa Clara reservation towards Abiqui. Numerous Senators and Congressfolks have been here to assure that the federal government is responsible and no one will suffer financially. The suport for immediate needs from people and companies in New Mexico has been overwhelming. What anyone can do to help as far as the intangibles will depend on the needs of the individuals who have been affected. Some forgiveness in paper deadlines and the such would be appreciated.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.
Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony