[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 10 (70) / 2000
26 czerwca 2000

W numerze:
  • Nauka 2000 w KBN - wystąpienie prof. Z. Sujkowskiego
  • Rada Naukowa IEA - uchwała nieuchwalająca niczego nowego
  • Echa post scriptum MAR-a do bomby z plasteliny:
    - Oskarżenia i kalumnie
    - A w Krakowie nie ma myszy...
    - Bomba w NEUTRONACH
    - Wężykiem, panowie, wężykiem!
  • Bomba jako sytuacja awaryjna
  • Co Mrufka podsłuchał w autobusie
  • Zieloni koalicjanci w Niemczech walczą z atomem
  • Echa opadu z ŻYCIA WARSZAWY
  • NEUTRONY periodykiem o zasięgu globalnym!

Konferencja w KBN: NAUKA 2000

Tezy wystąpienia w dyskusji na konferencji NAUKA 2000, organizowanej przez KBN w dniach 15-16 czerwca br. Do wglądu w sekretariacie dyrektora są też teksty referatów głównych prof. A. Wiszniewskiego, ministra nauki, oraz dr J. K. Frąckowiaka, podsekretarza stanu w KBN.

1. Funkcja edukacyjna nauki w instytutach pozauczelnianych.
Pan minister Frąckowiak na pierwszym miejscu wśród kluczowych zadań nauki w Polsce wymienił funkcje edukacyjne. Chcę się odnieść do tego z punktu widzenia spełniania tych funkcji przez instytuty pozauczelniane.

Tezy:

  • Istnieje pilna potrzeba utworzenia w Polsce Instytutów Studiów Zaawansowanych, potrzeba nowego ustawodawstwa w tej sprawie. Wiele instytutów PAN i niektóre jednostki badawczo-rozwojowe powinny uzyskać status takich instytutów, status wyróżniony. Instytuty te winny działać w sprzężeniu z uczelniami, stanowić zaplecze naukowo-techniczne tych uczelni m.in. poprzez operowanie wielkimi urządzeniami badawczymi, winny też prowadzić "Continuous Education" na różnych poziomach i dla różnych odbiorców. O tej potrzebie mówił w swym wystąpieniu profesor Truszczyński.
  • Największe marnotrawstwo, jakie ma aktualnie miejsce w nauce polskiej, to marnotrawstwo kadrowe, to, że wielu mistrzów, o których mówił prof. Wiszniewski, nie ma uczniów, nie ma reprodukcji prostej. Zjawisko to jest szczególnie ostre w instytutach pozauczelnianych. Sprzężone z uczelniami Instytuty Studiów Zaawansowanych mogłyby złagodzić to zagrożenie.
  • Instytuty pozauczelniane już teraz winny mieć specjalne środki przyznawane przez KBN na prowadzenie Studiów Doktoranckich (głównie na stypendia dla doktorantów). Mówimy o tym od dawna. Słyszę, że istnieją trudności proceduralne. Mam nadzieję, że nowa ustawa o KBN wyeliminuje te trudności.

2. Ocena instytutów
Teza: W ocenie instytutów, a w każdym razie przy przekładaniu tej oceny na finansowanie, brane winno być pod uwagę zaplecze techniczne, istnienie którego jest kluczowe dla działania niektórych działów nauki. Obecny system parametryczny grozi zaniedbaniem tego zaplecza, bo zaplecze to jest obciążeniem w algorytmie kategoryzacji i instytuty redukują personel techniczny. Musimy zadbać o to by dobre zespoły mogły się podejmować dużych ambitnych zadań.

3. Udział w projektach międzynarodowych, zwłaszcza w V ramowym Programie UE.
Rozmaite przesłanki historyczne sprawiły, że badania poznawcze, podstawowe, są w Polsce znacznie lepiej rozwinięte niż badania ukierunkowane na określony cel utylitarny, tzw. badania stosowane. Z tym się wiążą też znacząco lepiej rozwinięte kontakty międzynarodowe wypracowane przez zespoły prowadzące badania podstawowe. Nie umiemy dyskontować tych kontaktów, tego wysokiego poziomu badań podstawowych, w staraniach o granty międzynarodowe na cele stosowane. V Program Ramowy zdecydowanie preferuje te cele a jednocześnie wymaga, by wnioski były składane przez kilka instytucji z różnych krajów.
Sadzę, że ta polska specyfika wysokiego poziomu badań podstawowych, na ogół słabego poziomu prac utylitarnych (z chwalebnymi wyjątkami oczywiście), winna być wzięta pod uwagę przez naszych negocjatorów przy przygotowaniach do VI programu UE. Nauczmy się dyskontować to, co mamy dobrego.

Ziemowid Sujkowski


Rada Naukowa IEA

Ostatnie przed wakacjami posiedzenie Rady Naukowej IEA odbyło się w dniu 7.06.2000. Można je podzielić na trzy części tematyczne:
- sprawy bieżące,
- informacje Dyrektora,
- sprawa łączenia IEA i IPJ.

Sprawy bieżące obejmowały: wręczenie dr hab. Z. Woźnickiemu nominacji na docenta w IEA, wręczenie nagrody Dyrektora IEA doc. dr hab. L. Dąbrowskiemu, podjęcie uchwały o nadaniu stopnia doktora mgr inż. R. Mikołajczak, wytypowanie najlepszych prac doktorskich i powołanie mgr inż. G. Krzysztoszka na stanowisko Zastępcy Dyrektora IEA ds. Reaktorów.

Informacje Dyrektora zaczęły się optymistycznym akcentem - przyznaniem przez KBN pieniędzy na neutronową terapię nowotworów mózgu (BNCT). Padła też informacja o sukcesie roboczego seminarium w Mądralinie nt. składowania wypalonego paliwa, o możliwości dalszej współpracy w dziedzinie szkoleń z MAEA i o kłopotach z uwolnieniem IEA od problemów z dawnymi mieszkaniami zakładowymi w Aninie. Na dobrej drodze jest też sprawa umorzenia przez Ministerstwo Finansów tzw. "dużego długu" w wysokości 29 milionów złotych.

W sprawie łączenia instytutów najpierw zabrał głos dyr. Szpilowski z PAA, który poinformował zebranych o naradzie w KBN na temat restrukturyzacji JBR-ów. Prezes PAA proponuje utworzenie dwóch Państwowych Instytutów Badawczych z podległych sobie JBR-ów. IFJ przechodzi do PAN, w związku z czym IPJ, IEA, IFPiLM (plus ewentualnie Laboratorium Ciężkich Jonów UW) tworzyłyby jeden PIB, zaś IChTJ i CLOR drugi. W ten sposób zapoczątkowana została rutynowa już dyskusja - czekać na PIB-y czy łączyć się, niestety przez włączenie, z IPJ. Prof. Chmielewski nawoływał, aby podjąć ryzyko, tzn. zdecydować się na jeden z wariantów i rozpocząć stosowne dla wybranego scenariusza działania. Sformułował to jako nieszczęście biznesmena w gospodarce rynkowej, który nie może równocześnie chcieć i nie chcieć, tylko musi się na coś zdecydować. Po dłuższej dyskusji, w której padły wszystkie dobrze już znane pytania i wątpliwości, zebrani doszli do wniosku, że mają za mało informacji, aby ustosunkować się do sprawy i podjęli kompromisową uchwałę o następującej treści:

"Rada Naukowa Instytutu Energii Atomowej opowiada się za utworzeniem w Świerku jednego instytutu naukowego, przez łączenie IEA w całości z IPJ z zachowaniem układu partnerskiego".

Do następnego posiedzenia Rady konieczne będzie opracowanie konkretnych scenariuszy łączenia i omówienie ich z Dyrekcją IPJ.

Krzysztof Andrzejewski

PS: Rada Naukowa IPJ poszła znacznie dalej niż Rada Naukowa IEA i wręcz odmówiła podjęcia jakiejkolwiek wiążącej uchwały.


Oskarżenia i kalumnie

W ostatnim numerze naszego pisma ukazał się artykuł o bombie z plasteliny, którą podłożyli dwaj młodzi dowcipnisie. O tej bombie pisała cala prasa, nic więc dziwnego, że NEUTRONY, piórem czy może raczej palcem jednego z Redaktorów o pseudonimie MAR, też się zajęły tym tematem. Przy tej okazji wspomniał MAR o prawdziwej bombie, którą, jego zdaniem, stanowią negocjacje pomiędzy Dyrekcją IPJ a Związkami Zawodowymi. Można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście kontrowersje w tej sprawie, o której zresztą wiele było mowy w poprzednich numerach NEUTRONÓW, zasługują na miano bomby. Naszym skromnym zdaniem, jest to zwyczajny spór między Dyrekcją a Związkami Zawodowymi, jakich wiele w warunkach demokracji, a wynika on z tego, że każda ze stron patrzy na sprawę wynagradzania pracowników z innego punktu widzenia. Można powiedzieć, że ten konflikt postaw jest potrzebny, bo stwarza szansę kompromisu.

Niestety, jak wynika z tekstów, które dotychczas ukazały się w NEUTRONACH, spór ma charakter emocjonalny, co oczywiście utrudnia osiągnięcie kompromisu. Na domiar złego NEUTRONY dolały oliwy do ognia, sugerując, że Związki Zawodowe występują w imieniu 'pracujących inaczej' i chcą z IPJ uczynić 'zakład pracy chronionej'. Wypadło to trochę niefortunnie, ale na usprawiedliwienie MAR-a trzeba stwierdzić, że Redakcja nie uważa NEUTRONÓW za pismo całkiem serio i nie sądzi, że zamieszczane w nich dowcipy powinny być brane zbyt poważnie. Niestety tekst MAR-a został przedstawiony na posiedzeniu Rady Naukowej IPJ, a cały ten żartobliwy akapit znajdzie się w protokóle. Jest to niby ogromny zaszczyt dla skromnej Redakcji NEUTRONÓW. Przypomnijmy sobie, że jeszcze nie tak dawno rozmaite żarty, jakie od czasu do czasu pojawiały się w NEUTRONACH na temat IPJ, spotykały się zwykle z milczeniem. Z drugiej jednak strony nie jest dobrze, jeśli w dyskusji na forum Rady Naukowej używa się dowcipów, a nie rzeczowych argumentów. W ten sposób Rada zaczyna niebezpiecznie przypominać nasz Sejm i inne fora, na których nasi wspaniali politycy przerzucają się niewybrednymi epitetami. Wiemy, że przypisywanie uczonym zachowań typowych dla polskich polityków jest obraźliwe, ale prosimy o wybaczenie. Piszemy o tym wszystkim powodowani troską i dalecy jesteśmy od chęci dokuczenia komukolwiek.

JAM


A w Krakowie nie ma myszy...

Szanowny Panie MAR!

Bardzo oburzył mnie i napełnił niesmakiem Pana komentarz dotyczących negocjacji Związków Zawodowych IPJ z Dyrekcją. Tym którzy nie czytali NEUTRONÓW 00-09 przypominam Pana tekst:

"... Dyrektor chce nagradzać za efektywną pracę dla Instytutu, związki zaś opowiadają się za ośrodkiem pracy chronionej dla 'pracujących inaczej'."

Widzę, że padł Pan ofiarą złośliwej propagandy rozsiewanej z kręgów dyrekcji, że wszystkiemu złu w Instytucie winne są Związki Zawodowe, które w szczególności uniemożliwiły wypłacenie nagród zasłużonym naukowcom (patrz też artykuły w NEUTRONACH "Płace, premie i nagrody w IPJ", "Światełko w tunelu" i "Mysza, nie utrudniajcie"). Chciałbym Panu przypomnieć wyjątki z polemiki na ten temat na IV posiedzeniu Rady Naukowej IPJ (a zainteresowanym polecam lekturę całości protokółu z posiedzenia - to są materiały jawne!). Dyrektor IPJ między innymi żalił się, że "...Niestety, proszę Państwa, mamy dziś taką sytuację stworzoną przez ustawodawcę, że przy złej woli Związki Zawodowe mogą sparaliżować pracę każdej instytucji.", natomiast profesor A. Budzanowski, Dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie miał inne zdanie (cytuję według protokółu z posiedzenia Rady):

"W związku z wystąpieniem Pana Profesora Sujkowskiego chciałbym poinformować o dwóch sprawach. [.....] W sprawie nagradzania - w IFJ sprawa jest uregulowana w porozumieniu płacowym, w którym wydzielono pulę "nagród dyrektora". Wnioski o nagrodę mogą składać również Związki Zawodowe. Nagradzane są zarówno wartościowe osiągnięcia naukowe, jak i np. doraźne prace techniczne i administracyjne na rzecz Instytutu. Układ taki funkcjonuje bezkolizyjnie od trzech lat." [podkreślenie R.K.]

Nasze instytutowe Związki usiłują między innymi wynegocjować właśnie Układ Zbiorowy na wzór Układu tak sprawnie działającego w IFJ w Krakowie. Imputowanie im chronienia "pracujących inaczej" jest niczym nie usprawiedliwioną złośliwością. Proponuję trochę krytycyzmu, który powinien być cechą dobrego naukowca, w wysłuchiwaniu publicznych i pantoflowych wiadomości z kręgów dyrekcyjnych.

A w związku z nagrodami Dyrekcji - czy nie chciałby Pan poznać uzasadnienia faktu wynikającego z analizy Biuletynów IPJ za ostatnie trzy lata (1/97 - 4/99), że około 70% nagród dyrekcji przyznano osobom z pionu administracji albo za prace w gruncie rzeczy administracyjne (niektóre nazwiska powtarzają się na tych listach wielokrotnie). Jeszcze bardziej interesujące byłoby poznanie proporcji wysokości tychże nagród do wysokości nagród za osiągnięcia naukowe i naukowo-techniczne. Niestety tej "tajemnicy", sprzecznej z obowiązującymi zasadami (bo to jest gospodarka funduszami publicznymi, czyli pieniędzmi podatnika!!!), Dyrekcja IPJ broni z zajadłością godnej lepszej sprawy.

R. Kaczarowski


Świerk, dnia 06.19.2000r.

Bomba w NEUTRONACH

Redaktor Neutronów podpisujący się MAR pozwolił sobie w poprzednim numerze Neutronów Nr 9 (69/2000) w artykule pt. "Bomba ze Świerka w Świerku" na niewybredny dowcip. Napisał: "Poprzedniego dnia zakończył się jeden z etapów negocjacji Dyrekcja IPJ - związki zawodowe. Rozbrojenia bomby na tym polu nie możemy potwierdzić. Dyrektor chce nagradzać za efektywną pracę dla Instytutu, związki zaś opowiadają się za ośrodkiem pracy chronionej dla 'pracujących inaczej'."

Trzeba przyznać, że w jednym króciutkim zdaniu udało mu się jednocześnie: zafałszować istotę sporu, obrazić pracowników macierzystego Instytutu i zdezawuować wysiłki związków zawodowych. Ponieważ jako aktywny redaktor NEUTRONÓW nie może nie znać rzeczywistego stanu rzeczy musiał w chwili słabości ulec słodkiej pokusie zabłyśnięcia zjadliwym sformułowaniem i ... przeholował. Przypuszczam tak, ponieważ znam i szanuję redaktora MAR i nie pasuje ta jego wypowiedź do stylu i treści głoszonych przez niego dotychczas poglądów.

Dobre obyczaje zabraniają dyskutowania z podobnymi prowokacyjnymi sformułowaniami. Jednak skandal, który wywołała wypowiedź redaktora MAR (wymiana opinii na ostatnim posiedzeniu Rady Naukowej IPJ) zwiększył znakomicie zainteresowanie lekturą NEUTRONÓW. Wykorzystam więc tę okazję, aby przypomnieć starym i uzmysłowić nowym czytelnikom NEUTRONÓW, że istota sporu pomiędzy związkami zawodowymi i Dyrektorem IPJ nie polega na tym czy nagradzać za efektywną pracę, czy nie. Najlepszym dowodem jest kwotowa lista nagród Dyrektora IPJ za działalność w roku 1999 (po raz pierwszy jawna!). Proszę do niej zajrzeć. Problem polega na tym, że w IPJ nie ma dotychczas oficjalnie obowiązujących: podziału funduszu płac, regulaminu premii i regulaminu nagród. Jest to rzecz niespotykana w środowisku naukowym. Do marca br. Dyrektor IPJ ignorował wystąpienia domagające się gwarantowanych prawem uzgodnień w powyższych sprawach. Obecne negocjacje tego właśnie dotyczą i chociaż są trudne posuwają się do przodu. Zostały już podpisane dwa porozumienia. Strona związkowa postuluje docelowo wprowadzenie sprawdzonych rozwiązań przyjętych przez Instytut Fizyki Jądrowej w Krakowie w ich Układzie Zbiorowym Pracy i rekomendowanych oficjalnie przez prof. A. Budzanowskiego na forum Rady Naukowej IPJ podczas jej posiedzenia w lutym br.

Stanisław Gębalski


Wężykiem, panowie, wężykiem!

W kilkadziesiąt sekund (sic!) od rozesłania ostatniego numeru NEUTRONÓW zadzwonił wzburzony Czytelnik, który co prawda jeszcze nie czytał tekstu (sic!!), ale już wtedy lepiej od autora wiedział, co piszący miał zamiar powiedzieć i przeciw komu ten cały spisek jest wymierzony. Termin 'wchodzenie bez wazeliny w odbyt [to nasz eufemizm] Dyrekcji' był najłagodniejszym ze zwrotów użytych przez respondenta w dalszej wymianie zdań.

Reakcje czytelników nigdy do końca nie są przewidywalne. Pragmatyka (dział semantyki zajmujący się relacjami między systemami znakowymi a interpretującym je odbiorcą) zna klasyczny przykład psychoanalitycznego rysunku freudowskiego, w którym jedni dostrzegają młodą kobietę, inni staruszkę. Jeszcze inni mogą dostrzec w nim pułapkę na myszy. W szczególności odczytywanie znaczeń żartów zawsze wystawia na próbę zdolności interpretacji semantycznej pewną część odbiorców. Im bardziej skondensowany żart, a podtekst bardziej 'crazy' lub 'sophisticated' - tym bardziej niektórym pod górkę. Jakiś czas temu PRZEKRÓJ w numerze z 1 kwietnia zawiadomił swoich czytelników, że hejnał mariacki ma być grany na skrzypcach. Trudno w to uwierzyć, ale część z nich zaczęła organizować w Krakowie oficjalne akcje protestacyjne! Z powyżej przytoczonych listów do Redakcji NEUTRONÓW można wywnioskować, że nie tylko w Galicji nie brakuje do głębi zaniepokojonych obrońców słusznej sprawy.

Wzbudzające takie emocje sformułowanie, użyte w omawianym wyimku, jest jednym z dosadnych określeń naszego ośrodka - funkcjonujących już od ponad roku w naszej społeczności. Swego czasu kilku dawnych partyzantów podziemia świerkowego próbowało podczas porannej kawy znaleźć najtrafniejszy termin oddający zwięźle stan organizacyjno-naukowy i kierunki rozwoju naszego ośrodka. Spośród określeń typu 'ubezpieczalnia społeczna dla naukowych sierot po socjalizmie', 'rezerwat pracy twórczej' czy 'ośrodek pracy chronionej', ten ostatni zyskał największą popularność. Moim zaś zdaniem termin 'hospicjum' jeszcze lepiej oddaje obecne stadium. Oczywiście żadne z powyższych określeń nie ma jakiegokolwiek odniesienia do stanu zaangażowania któregokolwiek z paru związków w negocjacje z którąkolwiek z paru dyrekcji. Dopatrywanie się też w nich spisku kota Jinksa przeciw myszce Pixi zakrawa na lekką paranoję. Jeśli zaś ktokolwiek mógł wziąć termin 'pracujący inaczej' do siebie osobiście - świadczy to raczej o jego niskiej samoocenie zawodowej, ewentualnie aktualności ludowej mądrości o nożycach.

Kilka zarzutów wytoczonych wobec mnie jest, najdelikatniej mówiąc, co najmniej chybionych.

Po pierwsze, niemożliwa jest merytoryczna dyskusja z ludźmi, którzy nie są w stanie nawet dopuścić myśli, że to, czego się dopatrzyli, nie jest tym, co zostało przedstawione. Kiedy wskazałem palcem kilku z Czytelników, którzy bez jakichkolwiek wątpliwości odczytali właściwy podtekst tego fragmentu - mój wzburzony respondent nie zadał sobie trudu skonfrontowania własnej nadinterpretacji z ich odczytaniem tego samego fragmentu.

Po drugie, to nie ja rozpowszechniałem wyrwane z kontekstu dwa zdania bez poinformowania przygodnych odbiorców, że pochodzą z pisemka słynącego ze specyficznego i nie dla wszystkich zrozumiałego poczucia humoru. Ci, których tym rzekomo prowokacyjnym sformułowaniem nakarmiono, w większości nigdy dotychczas nie mieli NEUTRONÓW w ręku. Kiedy zaś je wzięli - włos im się zjeżył. Jakiś tam JAM atakuje jedynie słusznego wieszcza, który napisał poemat ku czci jedynie słusznego autorytetu narodowego. Pewnie żadnych skojarzeń z wazeliniarskim poematem Brzechwy nikt się nie dopatrzył. Tuż dalej jakiś Iwan Murawiej opowiada niezrozumiałe dowcipy o elefancie i ciężko pracujących robotnikach kolektywu mrowiska. To nie ja wprowadziłem tych przypadkowych ludzi w błąd sugerując, że omawiany wyimek jest jednoznaczną semantycznie politgramotą dla bezmózgowców z postnuklearnego kombinatu za Wólką Mlądzką; nie zaś subtelną zabawą intelektualną z pracownikiem jednego ze znanych kiedyś na świecie centrów atomistyki, który bez obrażania się na resztę świata potrafi znieść drwiny z samego siebie i z mizerii sytuacji, w jakiej się obraca. Zaś próbkę sformułowanych bez niedomówień programów dla związkowców można podziwiać od niedawna na ich tablicach ogłoszeń. Program prezydencki kandydata daje się streścić następująco - "Cel Bruksela, odłamkowym ładuj!".

Wreszcie szermowanie argumentami o sprzeniewierzeniu się ideałom. Tak się składa, że wśród Czytelników NEUTRONÓW jest paru z tych, którym nikt nie zarzuci, iż po nieodpowiedniej stronie walczyli. Mam zamiar zwrócić się do tych osób z pytaniem, jak oni odczytali mój tekst i oczywiście poinformuję Czytelników o wynikach tej ankiety.

Życzliwi koledzy z Redakcji zaproponowali mi, abym zaznaczał śmieszkami ;-) co bardziej skomplikowane interpretacyjnie fragmenty moich tekstów. Muszę zmartwić Czytelników, ale nie będzie wersji NEUTRONÓW z sitcomem, czyli nagranymi w odpowiednim miejscu salwami śmiechu lub okrzykami oburzenia. Co prawda technicznie możliwe jest kolorowanie fragmentów wymierzonych w podstawy jedynie słusznego etosu na czerwono, w dyrekcję na żółto a w Myszejdos na niebiesko. Czy jednak taka wersja, na poziomie mydlanej rozrywki telewizyjnej, nie uwłaczałaby poczuciu humoru znakomitej większości naszych Czytelników? Tym, mam nadzieję nielicznym, którzy mają kłopoty ze stwierdzeniem 'co autor MAR chciał przez to powiedzieć?' proponuję aby moje teksty, zarówno podpisane pełnym nazwiskiem jak i inicjałami, jeszcze przed przeczytaniem zaznaczali wężykiem - zgodnie z zaleceniem majstra Jana Kobuszewskiego.

Znany jest w naszym środowisku przypadek naukowca, który próbował wytłumaczyć pewnemu żurnaliście sens terminu 'Loss of Coolant Accident'. Postanowił odwołać się do jego znajomości podstawowych praw fizyki oraz do jego poczucia humoru. Wydawało mu się, że już dzieci w szkole podstawowej powinny rozumieć, dlaczego mieszkańcy Australii nie spadają z globusa. Nieświadomie stał się jednak ojcem określenia 'chiński syndrom'. Ja zaś stałem się ojcem terminu medialnego 'ośrodek pracy chronionej dla pracujących inaczej'. Cóż, z każdym owocem ojcostwa wypada się pogodzić, nawet tym spłodzonym nieświadomie.

Marek Andrzej Rabiński (MAR)

PS. Stan wzburzenia moich interlokutorów przypomniał mi prorocze słowa Jonasza Kofty o nadejściu czasów, gdy 'młodzi gniewni' staną się 'starymi wk..wionymi'. Tę ostatnią dygresję należy oczywiście podkreślić wężykiem podwójnym.


Na kanwie "bomby"

Redakcja NEUTRONÓW w osobie Marka Rabińskiego zwróciła się do mnie z prośbą o komentarz dotyczący sprawy "bomby w Świerku". Powodem było to, iż od kilku ładnych już lat nasza grupa zajmuje się komputerowymi systemami wspomagania decyzji w sytuacjach kryzysowych. Niemniej jednak, przyznaję że miałem wątpliwości czy powinienem wypowiadać się w tej kwestii. Primo - wprawdzie zajmujemy się zarządzaniem w sytuacjach kryzysowych, ale dotyczy to głównie przypadków związanych z uwolnieniem niebezpiecznych substancji do atmosfery. Secundo - nie znam szczegółów wydarzenia, a owego dnia w ogóle nie byłem w Świerku. Tertio - ze wstydem przyznaję, iż nie czytam NEUTRONÓW, więc nie znam nawet charakteru zamieszczanych tam artykułów. Postanowiłem przeto na kanwie "bomby" wygłosić jedynie komentarz z kilkoma ogólnymi uwagami.

Sprawa dotyczy szeroko pojętego bezpieczeństwa w Ośrodku Świerk. Nie chodzi tu tylko o fizyczną ochronę obiektów, ale również o bezpieczną eksploatację urządzeń jądrowych. W takich sytuacjach trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy: jaki poziom bezpieczeństwa chcemy osiągnąć oraz jak go zrealizować. Proces budowania odpowiedniego systemu jest przy tym zwykle iteracyjny - w trakcie szczegółowej analizy może się okazać, że z pewnych elementów trzeba będzie zrezygnować (np. z braku środków) lub też przeciwnie, że można będzie wprowadzić nowe. Jednakże zawsze istnieje pewien zasadniczy rdzeń, który musi być bezwzględnie wykonany. Poważny problem pojawia się wtedy, gdy przy jego realizacji występują trudności. Należy także dodać że ryzyka sytuacji zagrożenia nie da się uniknąć w ogóle, natomiast trzeba być świadomym jego istnienia.

Kolejna rzecz, to wykonanie bardzo rzetelnej analizy, którą w dużej mierze można określić mianem "szukania dziur". Przypomina to trochę pracę administratora sieci komputerowej, który jest tym lepszy im więcej dziur w systemie potrafi załatać i im więcej możliwych ataków hackera przewidzieć. Tego typu działalność jest również często związana z oszacowaniem stopnia ryzyka poważnych awarii instalacji procesowych (np. chemicznych czy jądrowych). Potrzebny jest tu częstokroć trochę inny sposób myślenia - celem jest bowiem znalezienie słabych punktów a nie wykazanie że istniejący system jest sprawny. To tak samo, jak powodem testowania programu komputerowego powinna być chęć znalezienia błędu a nie udowodnienie jego poprawności.

Finalnym efektem analizy jest stworzenie odpowiednich procedur postępowania w sytuacjach awaryjnych. Nie od rzeczy będzie tu dodać, że im więcej jesteśmy w stanie przewidzieć, tym większe mamy szanse w czasie realnego zagrożenia.

I "last but no least" to ćwiczenia. Być może jest to nawet najważniejszy element. Bez odpowiedniego treningu działania w sytuacji kryzysowej przypominają zwykle chaos. Treningi pozwalają bowiem nie tylko sprawdzić i opanować procedury oraz wyćwiczyć odpowiednie reakcje, które niejednokrotnie winny być przecież automatyczne, ale dodatkowo wspomagają ów proces "szukania dziur".

Jak wygląda realizacja tych elementów w Świerku? Nie czuję się w pełni kompetentny by odpowiedzieć na to pytanie. Jeżeli jednak uwzględnić fakt iż Polska jest już w NATO i zmierza do Unii Europejskiej ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami w postaci konieczności dostosowania standardów i obowiązującego prawa, to wydaje się, że na tym polu sporo pozostaje do zrobienia. A do tego potrzebne będzie skupienie sił i środków, i to nie tylko w samym Świerku.

Proszę mi wybaczyć jeśli Czytelnicy poczują się zawiedzeni tymi paroma generalnymi uwagami, ale tym którzy spodziewali się prostych odpowiedzi na pytania w rodzaju "kto zawinił?" chciałbym powiedzieć, że dla mnie ważniejsze jest myślenie konstruktywne, którego celem jest rozwiązanie problemu, w przeciwieństwie do raczej bezpłodnych prób szukania winnych.

Sławomir Potempski, IEA B1


Wiadomości autobusowe

Ostatnio w autobusach powiało optymizmem. Ktoś przyniósł wiadomość, że PAA zamierza zakupić samochód służbowy za 120 000 złotych. Warto zauważyć, że siermiężna "Toyota Avensis" z klimatyzacją kosztuje 59 900 zł. Jeśli tak, to znaczy, że ranga naszego resortu rośnie i w niedalekim czasie oczekiwać należy zwiększenia nakładów na atomistykę. Będzie wtedy można spełnić marzenie kadry świerkowej o wychowaniu następnego pokolenia uczonych, którzy zagospodarują nasz dorobek.

Uporczywie utrzymuje się pogłoska, że Microsoft zostanie jednak podzielony na dwa mniejsze giganty. Bill Gates poddał się, kiedy sąd zagroził mu, że w wypadku odmowy przyjęcia werdyktu o podziale skaże go na zredagowanie stu-stronicowego dokumentu prawniczego w edytorze WORD 2000.

Jan Mrufka


Na złość tatulowi niech mi uszy zmarzną (dosłownie)

Tylko tak można określić to, co się dzieje od momentu objęcia władzy przez socjaldemokratów i partię Zielonych, jeśli chodzi o energię atomową. W programie przedwyborczym, szczególnie u Zielonych, mowa była o jak najszybszym odejściu przez Niemcy od tego źródła energii elektrycznej. Zieloni już od ponad dwudziestu lat zwalczają bez pardonu przemysł atomowy. Katastrofa czarnobylska umocniła ich w przekonaniu, że tego wynalazku rodem z piekła należy jak najszybciej się pozbyć. Zieloni najchętniej pozbyliby się również wielu innych rzeczy lub przynajmniej ograniczyliby ich ilość. Głównie chodzi tu o pojazdy mechaniczne i związane z tym autostrady. Najlepiej to uczynić podwyższając cenę paliwa do 5 marek. Już raz padło takie żądanie i tylko dzięki szybkiemu dementi ze strony ówczesnego kandydata na kanclerza Schroedera ta "propozycja" nie doprowadziła to do przegranej w wyborach. Wiadomo bowiem, że każda dyskusja na temat podwyżki cen benzyny działa na przeciętnego Niemca jak płachta na byka, a sama podwyżka jak boleśnie wbity w plecy sztylet. Lotniska też są solą w oku Zielonych. Przez całe lata protestowali przeciwko budowie nowych i rozbudowie starych portów lotniczych. Sławne były walki o tak zwany "Startbahn West" na lotnisku frankfurckim. Ale to już dawne czasy i nikt z obecnych polityków z partii Zielonych nie pamięta już, jak sam uczestniczył w siedzącej blokadzie przed placem budowy tego niezbędnego, jak się później okazało, pasa startowego.

Wróćmy jednak do energii atomowej. Powyłączać wszystkie elektrownie atomowe, zaprzestać budowy nowych i to wszystko w ramach jednej kadencji. Tak w skrócie wygląda utopijny program Zielonych. W jakimś sensie mają oni rację. Wątpliwe jest bowiem, czy uda im się wygrać następne wybory lub przynajmniej być zaproszonym do uczestnictwa w koalicji. Partia wolnych demokratów FDP zyskuje bowiem coraz większe poparcie w społeczeństwie, o czym świadczy ogromny sukces w ostatnich wyborach w Północnej Nadrenii-Westfalii. Niewiele brakowało, a ich czołowy kandydat Juergen Moellemann, który był przez pewien czas ministrem gospodarki w rządzie Kohla, uczestniczyłby w pertraktacjach koalicyjnych razem z SPD. Zielonym jednak udało się jakoś ubłagać socjaldemokratów, by ich nie odsuwali od wspólnego rządzenia. Likwidacja istniejących reaktorów musiałaby więc nastąpić jak najszybciej, za trzy lata nie będzie to już możliwe. Problem polega jednak na tym, że koncerny energetyczne godzą się na terminy sięgające 30-35 lat. W przeciwnym razie grożą procesami o miliardowe odszkodowania. Tak więc jak na razie nie grozi nam wyłączenie żadnej z elektrowni atomowych. Jest to jednak słaba pociecha, jeśli wziąć pod uwagę to, że klimat wokół przemysłu jądrowego jest tak wrogi, że ta dziedzina wiedzy nie rozwija się w Niemczech tak jak powinna. Czołowi specjaliści emigrują, nowych się nie kształci tylu, ilu się powinno kształcić. Niemcy były zawsze w czołówce światowej w tej dziedzinie nauki. Już niedługo stracą tę pozycję. Jest natomiast pobożnym życzeniem to, że inne kraje biorąc przykład z Niemiec powyłączają swoje elektrownie jądrowe. Wręcz przeciwnie, będą musiały ich coraz więcej budować, by móc Niemcom sprzedawać energię elektryczną, której im będzie brakować. Pytanie tylko, jaki standard będą reprezentować elektrownie budowane w Rosji, na Ukrainie, w Iraku, czy w Iranie. Niemcy przestaną być tymi fachowcami, których prosi się o radę czy pomoc. Przestaną mieć wpływ na tworzenie i utrzymywanie wysokich standardów w tej dziedzinie energetyki.

W Niemczech tylko około 5% energii elektrycznej uzyskiwane jest za pomocą wiatru i słońca. Mimo olbrzymich inwestycji w tej dziedzinie nie udało się na razie zwiększyć tego udziału. Co zwiększono, to ilość spalanego węgla, gazu i ropy naftowej, a tym samym produkcję dwutlenku węgla, który odpowiedzialny jest za efekt cieplarniany. Skądś w końcu trzeba czerpać prąd przede wszystkim dla silnego przemysłu w Republice Federalnej. Na razie w Niemczech nie odczuwa się skutków podwyższenia się temperatury atmosfery, tak więc Zieloni mogą spać spokojnie, im się nic nie dzieje. Co z tego, że cała niemal Ameryka Łacińska cierpiała na skutek działania El Ninio. Co z tego, że Bangladesz tonie co roku w powodziach. Co z tego, że w Stanach Zjednoczonych stale szaleją huragany i tornada. Tego typu katastrofy ekologiczne są niestety tylko początkiem globalnej katastrofy, do jakiej zmierza ludzkość. Zieloni nie chcą tego zrozumieć i wolą żyć w swoim wyimaginowanym świecie, w którym jedynym zagrożeniem jest energia atomowa. Oskarżam Zielonych o demagogię i wykorzystywanie naturalnych lęków ludzi przed czymś niezrozumiałym dla własnych celów politycznych. Ich kampania antyatomowa doprowadziła do zamknięcia najnowocześniejszej elektrowni atomowej świata w Muelheim Kaehrlich na skutek drobnego uchybienia formalnego wynikłego podczas procedury dopuszczenia do pracy. Znalazł się sędzia, który wydał skazujący wyrok. Utrzymanie teraz tej elektrowni w należytym stanie kosztuje milion marek dziennie. W przeciwnym razie obiekt ten zamieniłby się szybko w najdroższą na świecie ruinę. Kto za to płaci? Oczywiście w efekcie tak zwany podatnik.

Istnieje jeszcze problem odpadów z elektrowni jądrowych i zużytych elementów paliwowych. Zieloni oraz inne organizacje ekologiczne, jak osławione Greenpeace, jak do tej pory, skutecznie uniemożliwiają rozwiązanie tego problemu. Przechowywanie odpadów przy elektrowniach było przez dłuższy czas niedozwolone, ich przewożenie do zakładów zajmujących się ich ponownym uzdatnianiem torpedowane. Wiemy przecież, co się zawsze dzieje przy okazji transportu odpadów. Jak dotychczas nie znaleziono również odpowiedniego miejsca na ostateczne składowanie. Problem odpadów radioaktywnych jest w Niemczech kwadraturą koła, której nie da się rozwiązać, dopóki Zieloni mają w tej sprawie coś do powiedzenia.

Społeczeństwo niemieckie jest na każdym kroku ogłupiane. 50 milionów obywateli czytuje Bild-Zeitung, najgłupszą gazetę w Niemczech. Telewizja raczy widzów sitcomami zza oceanu, holenderskim programem "Big Brother", dennymi talk-showami. "Milionerzy" jawią się tu jako szczyt rozrywki intelektualnej. Politycy - przeciwnicy energii atomowej wmawiają otumanionym ludziom, że zwiększona zachorowalność na różnego rodzaju nowotwory (jeśli jest to w ogóle prawdą) jest wynikiem promieniowania jądrowego. Nic więc dziwnego, że przeciętny człowiek, który nie potrafi odróżnić prawdy od fałszu, wierzy zapewnieniom, że bez energii atomowej ludziom będzie żyć się lepiej. Gdyby nie te atomy, nie byłoby przecież ani Hiroszimy ani Czarnobylu, świat byłby lepszy i bezpieczniejszy.

Marek Mika

PS. Wiadomość z ostatniej chwili. Przedstawiciele największych koncernów energetycznych uzyskali z rządem kompromis co do zamkniętej elektrowni w Muehlheim Kaehrlich. Ma bowiem nastąpić ostateczna likwidacja tej siłowni. W zamian za to inne obiekty będą mogły dłużej pracować, ich żywot zostanie przedłużony o kilka lat. Jest więc nadzieja, że niemiecki przemysł atomowy przeżyje i również w przyszłości będzie zaopatrywał Niemcy w energię elektryczną.


List do Redakcji

Warszawa, dnia 19.06.2000r

W związku z publikacjami p. Joanny Krupy w "Życiu Warszawy" (piątek 16.06 br oraz sobota-niedziela 17-18 czerwca) chcę oświadczyć co następuje:

  • Sprawa podwyższonej dawki promieniowania, jaką otrzymali mieszkańcy Ziemi (nie tylko Polacy!) w latach 1961-1963 nie jest żadnym odkryciem "Życia Warszawy". Jest to fakt powszechnie znany. UNSCEAR przypomniał tę sprawę, aby porównać dawki otrzymana z promieniowania pochodzącego od wybuchów z dawkami od promieniowania uwolnionego na skutek awarii czarnobylskiej. W rozmowie z red. J. Krupą potwierdziłem, że znana jest mi sprawa, a także, że podane przez UNSCEAR dawki są niskie, porównywalne z dawkami od tzw tła naturalnego. Zbędna jest już uwaga, że autorka rzekomego ujawnienia sensacji nie wspomniała ani słowem, że naszą rozmowę zamierza wykorzystać w publikacji.
  • Fakt większego niż "czarnobylskie" napromieniowania mieszkańców Ziemi spowodowanego wybuchami jądrowymi nic nie oznacza, bo dawki otrzymane przez ludzi w latach 60. są niewielkie i nikt nigdy nie udowodni, że miały jakieś znaczenie dla zdrowia lub życia. Zresztą nigdzie na świecie nie zrobiono żadnej sensacji z raportu UNSCEAR-u. "Życie Warszawy" gra na analfabetyźmie społeczeństwa.
    Jest skrajną nieodpowiedzialnością straszenie ludzi 'śmiertelnym' promieniowaniem, które jest przecież także życiodajne i ratuje ludzkie życie. Jak większość zjawisk, np. ogień, promieniowanie tylko o wielkiej intensywności, jeśli oddziałuje bezpośrednio na człowieka, może być szkodliwe. Istnieją metody, przyrządy, osłony, które odpowiednio użyte potrafią chronić ludzi przed nadmiernym narażeniem.
  • Oskarżam "Życie Warszawy" o tworzenie radiofobii metodą manipulowania cytatami. Dlaczego nie opublikowano po prostu komunikatu prasowego UNSCEAR-u, który przesłałem do redakcji. Dlaczego mówi się (ŻW z dnia 17-18 czerwca) o 'czarnych statystykach", a nie podaje się listy czynników rakotwórczych (nikotyna, chemia i setki innych). Skąd żniwo kilku milionów ofiar Czarnobyla, jeśli właśnie UNSCEAR nie doliczył się nawet setek ofiar śmiertelnych, a tysiące podają jedynie mało wiarygodne źródła ukraińskie i białoruskie?
    Z raportu UNSCEAR "Życie Warszawy" wybrało tylko rzekomo sensacyjne dane o wysokim poziomie promieniowania w latach 60. zatajając inne informacje, bo nie pasowały do założenia o straszliwym - rzekomym - zagrożeniu.
    Dlaczego Autorka cytuje jakieś nieoficjalne dane z Białegostoku, a nie zapytała o opinię wybitnych naukowców: prof. J. Naumana, prof. Zb. Jaworowskiego i innych.
    Dużo pytań, ale dlatego, że w rankingu bzdur, jakie na temat promieniowania ostatnio napisano, "Życie Warszawy" mogłoby się ubiegać o zaszczytne pierwszeństwo.

Dr Stanisław Latek
Dyrektor Departamentu Szkolenia i Informacji Społecznej
Państwowa Agencja Atomistyki


Pani Krupa - historia choroby

19 czerwca 2000

Szanowny Panie Dyrektorze!

Nawiązując do Pana uwag na temat wyczynów "Życia Warszawy", muszę poinformować Pana o długotrwałych a bezskutecznych zmaganiach naszego Działu na polu wyedukowania jednej z dziennikarek w/w gazety.

Po ukazaniu się kłamliwego artykułu o Czarnobylu (26 kwietnia 2000), podpisanego Joanna Krupa z Czarnobyla (dosłownie tak) kilka osób ze Świerka postanowiło zareagować. Zatelefonowałam do redakcji, proponując autorce artykuliku kilka informacji, uściśleń i sprostowań. Odpowiedzią było rzucenie słuchawki. Nie wytrzymałam i napisałam kilka słów na ten temat do redaktora naczelnego, załączając, w celach edukacyjnych, kilka wydawnictw (m.in. "składanek" PAA) oraz tabele danych o opadach radioaktywnych beta z lat 1955-1998, opublikowane m.in. w Rocznikach Statystycznych z lat 1997 i 1998. Kilka dni temu p. Krupa zatelefonowała z zapytaniem o źródło tych danych - w odpowiedzi odesłałam do CLOR i do PAA, licząc w naiwności swojej na dobrą wolę w/w osoby - co z tego wynikło, sam Pan widzi.

Bardzo mi przykro, że przez moje naiwne przekonanie o możliwości przekazania minimum wiedzy dziennikarce "Życia Warszawy", Pan osobiście i PAA narażeni zostaliście na taki 'pasztet'. Zazwyczaj osoby proszące nas o informacje wykorzystują uczciwie materiały, które im przekazujemy. Jeszcze raz przepraszam za zamieszanie, do którego, jak się okazuje, pośrednio się przyczyniłam.

Ewa Droste
IPJ - Dział Szkolenia i Doradztwa


Kto nas czyta

Od naszego ulubionego polemisty, pana docenta dra hab. Rościsława Kaczarowskiego, otrzymaliśmy list, który mile połechtał nasze 'ega' (tak chyba powinna brzmieć liczba mnoga od 'ego'). Oto wyjątki z listu:

"Ku pokrzepieniu serc i dla podtrzymania w Panach zapału do dalszej pracy uprzejmie donoszę, że w okresie od początku tego roku do dziś (9 czerwiec) strony NEUTRONÓW były czytane 4056 razy (!!!), w tym 2811 razy z Polski, a reszta z zagranicy lub niezidentyfikowanych web-sitów podających tylko numery TCP-IP. Połączenia realizowane były z 574 komputerów, z niektórych z nich wielokrotnie. Dla sceptyków od razu zaznaczam, ze automatyczne przeglądarki sieciowe stanowią tylko nieznaczną część tych połączeń."

Bardzo się cieszymy z tego, że nasze pisemko wydawane pod Wólką Mlądzką stało się stałym elementem cyberprzestrzeni. Tak oto potwierdza się teoria globalnej wioski Mc Luhana.

Redakcja


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony