[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 11 (71) / 2000
24 lipca 2000

W numerze:
  • Redaktorowi odkręcili śruby
  • Ze świata atomówek
  • Nie ma sezonu ogórkowego w PKP
  • Czasem rozsądek zwycięża, nawet w bankach
  • Katalog analfabetów na stronie IPJ-u
  • Arystokrata oddaje mocz na wystawie
  • Dowód na egzotermiczność piekła

Z ostatniej chwili

Miło jest nam donieść, że naszemu koledze redakcyjnemu odkręcili śruby z nogi.


Ze świata

Brazylia: 14 lipca ruszył drugi blok elektrowni atomowej ANGRA. Jest to PWR o mocy 1229 MWe konstrukcji Siemensa. Budowa trwała 19 lat (po drodze był kryzys), finansowało ją konsorcjum niemiecko-brazylijskie. Blok zostanie podłączony do sieci we wrześniu b.r.

Czechy: w reaktorze Temelin-1 zakończono załadunek paliwa mimo protestów i demonstracji, które kończyły się aresztowaniem aktywistów antynuklearnych.


Oskarżenia i kalumnie

W teatrach warszawskich trwa sezon ogórkowy, co oznacza, że prawie wszystkie są zamknięte, a panie artystki i panowie artyści, utrudzeni występami w teatrze, filmie, a przede wszystkim w reklamach, przebywają na zasłużonym wypoczynku. Pogoda, jak zwykle w lipcu, jest fatalna i życie byłoby prawdziwie nieznośne, gdyby nie występy na scenie publicznej nieocenionego Polskiego Kabaretu Politycznego.

Zaczęła się już kampania wyborcza kandydatów na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Kandydaci, jacy są, każdy widzi, a ich publiczne wystąpienia są w pełni zgodne z przewidywaniami. Jeden z kandydatów chwali się reformami i zapowiada ostateczne zwycięstwo solidarnościowej husarii nad postkomunistyczną czernią. Inny, jak to wojskowy, zapowiada rządy silnej ręki. Dwóch następnych obiecuje uzdrowić polskie rolnictwo. Jeszcze inny, który w dobie kolorowej telewizji widzi wszystko na czarno lub na biało, protestuje przeciwko uczestnictwu swojego rywala w pielgrzymce do Rzymu, zarzucając mu wzniecanie nastrojów antysemickich w społeczeństwie. Kandydat o największym poparciu, czyli urzędujący Prezydent, zachowuje się w miarę spokojnie, choć przeciwnicy mają dla niego dwa podarunki.

Pierwszy to zestaw pytań na temat homoseksualistów, przygotowany przez jednego z posłów, który domaga się, aby każdy z kandydatów publicznie określił swój stosunek do tej kategorii obywateli naszego kraju. W tej kwestii przepytywany był przewodniczący komitetu wyborczego obecnego Prezydenta przez dociekliwą dziennikarkę, ale okazało się, że do studia przyszedł niezbyt dobrze przygotowany i na pytanie, czy Prezydent jest za dopuszczeniem adopcji dzieci przez pary homoseksualne, nie umiał udzielić jasnej odpowiedzi. Z jednej strony nie chciał chyba przekroczyć granic "poprawności politycznej", a z drugiej strony bał się narazić tym, którzy uważają, że najlepszy sposób na problemy z lesbijkami i gejami jest ten zastosowany w Sodomie. A tymczasem sprawa jest chyba całkiem jasna. Niezależnie od tego, jaki jest prywatny stosunek polityka do kwestii praw homoseksualistów, musi on brać pod uwagę uwarunkowania społeczne. W Polsce A.D. 2000 nie ma możliwości na to, aby dziecko wychowywane przez parę lesbijek lub gejów mogło być zaakceptowane przez inne dzieci w szkole lub na podwórku. Nie wszystko, co jest słuszne, może być zrealizowane w praktyce.

Drugi podarunek, jaki czeka na Prezydenta, to ustawa uwłaszczeniowa. Każdy rozsądny człowiek zdaje sobie sprawę z tego, ze ustawa jest całkowicie pozbawiona sensu, jest niesprawiedliwa i groźna nie tylko dla finansów Państwa, ale również dla obdarowanych i ich sąsiadów. Prowadzić będzie do upadku spółdzielni, które obecnie lepiej lub gorzej dbają o wspólną własność i zajmują się remontami domów (nie mieszkań) i infrastrukturą. Jak ma to robić niezorganizowana grupa "właścicieli" pojedynczych mieszkań, jest słodką tajemnicą autorów ustawy i naszych wspaniałych parlamentarzystów w ich, zwykle pustych, ławach poselskich. Pani Prezes NBP oraz znany ekspert w dziedzinie ekonomii, jednodniowy kandydat na premiera, uznali, że ustawa będzie mieć szkodliwe skutki makro- i mikroekonomiczne. Nie wierzy specjalistom Przewodniczący jednej z partii wchodzących w skład AWS. W wywiadzie radiowym przyznał jednak, że ustawa jest w części dotyczącej bonów uwłaszczeniowych niewykonalna. Tylko w Polskim Kabarecie Politycznym są aktorzy (przepraszamy, politycy), którzy otwarcie przyznają się do głosowania w Sejmie za ustawą, której nie da się wprowadzić w życie. Zabawa w rządzenie Polską nadal trwa, a nam nie pozostaje nic innego, jak mieć nadzieję, że ostatnie osiągnięcia polskich ustawodawców pozostaną jedynie ponurym żartem, a ustawę zdecyduje się zawetować prezydent lub odrzuci ją Trybunał Konstytucyjny.

JAM


Od Redakcji

Najwyraźniej JAM zbyt rzadko ogląda telewizję i nie zauważył innych ciekawych numerów w PKP. Jeden z kandydatów przyrzeka renty sierotom po PGR-ach, a drugi partyzantom podziemia. Jak widać, każdy z nich troszczy się o ofiary własnych formacji ideologicznych. Inny chce kary chłosty dla nieletnich, może by jeszcze karę śmierci przez publiczne spalenie na stosie wprowadzić. Jeszcze jeden z kandydatów, którego ugrupowanie zawsze stało na straży prywatnej własności wiejskiej, nagle zadeklarował się jako zwolennik gospodarki uspołecznionej. Przy czym nie mamy znowu uwłaszczać tych co mają, ale znowu dopłacać do tych co już uwłaszczeni - tyle, że wyjść na swoje nie potrafią.

Chcielibyśmy też zwrócić uwagę na dramatyczne odejście ze sceny politycznej ministra edukacji, który uczył się w szkole jeszcze przed reformą i ma trudności z liczeniem powyżej miliona. Import z Krakowa się nie udał, obecnie próbujemy Gdańsk.


Krótsze numery

Kiedy przed trzema laty zaczynaliśmy wydawać NEUTRONY temat długości numerów kont bankowych przez jakiś czas gościł na naszych łamach. Miło jest nam powiadomić Czytelników, że w ramach przygotowań do wejścia do Unii szykuje się kolejna reforma - numery mają być skrócone do połowy. Czasem, jak widać, zdrowy rozsądek zwycięża.

Żal nam tylko klientów banków, czyli nas, którzy najpierw zapłacili za wydłużanie, a teraz zapłacą za skracanie - najprawdopodobniej tym samym osobom.


Analfabeci w Instytucie

Tytuł wydaje się być czystym absurdem, nawet po wyjaśnieniu, że chodzi o nowy problem społeczny z przełomu XX i XXI wieku - analfabetyzm komputerowy. Jakim cudem analfabeci mogliby się utrzymać w instytucie naukowym? No cóż, cuda się zdarzają, więc rozpatrzmy teoretycznie taką możliwość - co tacy osobnicy mogą zrobić w zakładach, gdzie z dnia na dzień otacza ich coraz więcej coraz bardziej skomplikowanych, groźnych i nieprzyjaznych komputerów? Czy nie ma już absolutnie żadnego ratunku przed pójściem na spokojną emeryturę? Znana metoda "ucieczki do przodu" tu nie poskutkuje, ale, jak to w życiu - jest jeszcze jedno niespodziewane wyjście: "ucieczka w górę", i to możliwie jak najwyżej i jak najdalej od konieczności nauczenia się czegoś nowego...

Do takich filozoficznych rozważań zmobilizowało mnie niedawne spotkanie z Młodym, (dawno już) byłym pracownikiem IPJ i bohaterem felietoniku "Co mówią młodzi" w NEUTRONACH sprzed ponad dwu lat. Wysiadł z takiej gabloty, że oko mi zbielało (nie będę reklamował marki, i tak jest już zbyt rozreklamowana) i radośnie mnie powitał:

  • "Cześć! Co u pana słychać, ciągle w tym nieszczęsnym instytucie?"
  • "Ano tak, jakoś tam ciągnę... "
  • "No wie pan, szczerze współczuję. Nie lepiej by było w jakimś banku lub przynajmniej w prywatnej firmie? Niedawno z czystego sentymentu zachciało mi się dowiedzieć, co u was słychać. Telefony pozmieniane, więc pomyślałem, że przecież każdy porządny instytut ma swoją stronę WWW w Internecie. Taka strona to zwykle elegancka wizytówka, gdzie można się pochwalić swoimi osiągnięciami, a internetowi goście mogą znaleźć komplet rzetelnych informacji o instytucie i prowadzonych tam pracach, pełny spis publikacji, telefony, a często także dobre strony popularno-naukowe dla młodzieży i nie tylko. Co prawda o stronie IPJ nikt nie słyszał, ale na logikę spróbowałem www.ipj.gov.pl i uwierzy pan, że zgadłem?! Niestety już strona tytułowa była beznadziejna, nieciekawa grafika, brudno mysie kolory, ale no cóż, pomyślałem sobie, wielcy naukowcy niekoniecznie muszą mieć choć odrobinę dobrego gustu, więc postanowiłem obejrzeć kolejne strony, może tam będzie lepiej. Rzeczywiście, jakaś informacja o pracach instytutu była, co prawda niezbyt (delikatnie mówiąc) wyczerpująca i w stylu nudnawego szkolnego wypracowania małego Jasia. Spróbowałem też czegoś się dowiedzieć o patronie Instytutu, profesorze Sołtanie - ale tu rozczarowanie - jest zdjęcie i tylko jedno jedyne zdanie! Dlaczego wybraliście sobie tak nieciekawego patrona, że nie można o Nim nic więcej napisać?! No to czytałem dalej: "Aktualności" - ostatnia (i jedyna) informacja była z czerwca ubiegłego roku o wizycie Wysoko Postawionej Osobistości. Czy od tego czasu w Instytucie nie działo się nic godnego uwagi? Widać tak uważa biedny autor strony. Nawet wstydził się podpisać, i słusznie. Nieco już zdenerwowany przeszedłem do konkretów, czyli do strony "Publikacje" i tu po prostu zdębiałem! Czy uwierzy pan, że u was w całym instytucie tylko 38 pracowników ma jakieś publikacje? A w dodatku w spisie publikujących był tam tajemniczy pan "P-II Vacat" z siedmioma publikacjami o "impact factorze" 14.620? Coś tu mi zaczęło trącić lipą - chyba powinniście się wstydzić takich wyników. A najbardziej to powinien się wstydzić wasz pan Dyrektor (jak się dowiedziałem ze spisu administracji) - przez te wszystkie lata w instytucie dorobił się tylko jednej jedynej publikacji! I to pewnie, jak znam życie, dopisali go do autorów ze względu na stanowisko... Spróbowałem więc znaleźć jego własną stronę WWW z życiorysem naukowym, ale skądże, ani śladu takowej. Zresztą nic dziwnego, czym taka miernota naukowa z jedną publikacją mogłaby się pochwalić! Ale może przynajmniej inni dorobili się naukowo i awansowali? Zajrzałem na stronę "Pracownicy" - ale tam tylko telefony i żadnych informacji. W dodatku spis zaczyna się od liter "Ż" i "Ł" - czy autor spisu nic nie słyszał o alfabecie?!"

Nie wytrzymałem już nerwowo i wtrąciłem "No wie pan, może nie jest tak źle, wszyscy pracownicy używają raczej co prawda nieoficjalnej, ale za to chyba nieco bardziej udanej internetowej książki telefonicznej na stronie http://india.ipj.gov.pl/telefony. Nawet część adresów e-mail jest tam w postaci hiperłączy, co trochę ułatwia życie..." Niestety mój rozmówca nie dał sobie przerwać na długo:

  • "Co mi pan tam wciska nieoficjalne strony, przecież wiadomo, że musicie sobie jakoś radzić i nie wszyscy są tacy beznadziejni jak autorzy waszych oficjalnych stron. Pyta pan, skąd taka ostra ocena? A zaglądał pan ostatnio na oficjalną stronę pana Zakładu P-II? Nie? To wielka szkoda, bo by się pan dowiedział, że po polsku to się ona nazywa "Home Page", ale to nic nie szkodzi, bo... ta strona po prostu nie istnieje! Za to jakie rewelacje na pod-stronie "Pracownicy" - czy wie pan, że w Zakładzie P-II na 29 pracowników (w tym dwu już wspomnianych naukowców zwanych "Vacat P-II" - ale oni nic nie wadzą, jeden ma nawet siedem publikacji, to dopiero ciekawostka) macie CZTERECH Kierowników, TRZECH Zastępców Kierowników, DYREKTORA i SEKRETARZA NAUKOWEGO? Nic dziwnego, że nie ma kto pracować i pisać publikacji. Tylko jeden adiunkt u was to się stara, a poza nim, jednym z panów Vacatów i Dyrektorem z jedną publikacją, reszta to już kompletnie nic w życiu nie opublikowała!"

Tu się trochę zreflektował i dodał:

  • "Ach, przepraszam bardzo, ja przecież wiem, że przynajmniej pan ma trochę publikacji, pewnie także niektórzy inni pracownicy, ale dlaczego Dyrekcja i autorzy instytutowych stron WWW nic o tym nie wiedzą? A co do Kierowników, to niech się pan nie przejmuje, bo w innych Zakładach jest jeszcze gorzej, na przykład w Zakładzie V mają OŚMIU Kierowników, za to tyko jednego Zastępcę i jedną sekretarkę (oj, biedny, biedny ten zastępca ośmiu osób, a jeszcze biedniejsza sekretarka!) i ANI JEDNEGO DYREKTORA, ani nawet SEKRETARKI NAUKOWEJ! Jakim cudem oni mogą tam w ogóle pracować przy waszej standardowym, jak widać, schemacie organizacyjnym??? Ponadto macie kolejną "specjalność" - tytuły naukowe i zawodowe "Inne" i stanowiska "Inne". Mam tylko nadzieję, że nie kryjecie pod tymi eufemizmami na przykład ludzi specjalnej troski - no przecież aż tylu by się nie schroniło w jednym instytucie, chociaż kto wie? Sądząc po tych nieszczęsnych instytutowych stronach WWW... Kto te strony stworzył, jacyś analfabeci, czy co?! Czy już nie macie kolejnego pokolenia "Młodych", co by się na tym choć trochę znali?"

Zasapał się (a właśnie, wyłażą skutki jeżdżenia odlotowym samochodem!), przerwał na chwilę i znowu udało mi się wtrącić:

  • "Ależ tak, oczywiście, mamy jeszcze trochę młodych bardzo zdolnych ludzi, na przykład o własnych udanych stronach WWW doktorantek, pań Julii Kurowskiej i Marty Szynkarewicz to już nawet pisałem w ubiegłorocznych NEUTRONACH ( "Każdy ma taką stronę WWW, na jaką zasługuje"), a teraz mój doktorant, pan Adam Wasilewski, też stworzył bardzo udaną, moim zdaniem, własną stronę http://india.ipj.gov.pl/ADAM/adam.htm - wszystkiego tam jest po trochu, nauki i humoru, a także życiorys naukowy, publikacje (i to prawdziwe teksty, a nie suchy spis!), sporo pożytecznych adresów i to nie tylko do ciekawostek i rozrywki - proszę tam zajrzeć, a ręczę, że nie będzie pan się nudził, a więc niech mi pan tu nie wciska, że nie mamy już nikogo poza emerytami i analfabetami!"

Na to "Młody" (choć, trzeba przyznać, już nieco były młody) wyraźnie się zdenerwował:

  • "No to dlaczego, do jasnej anielki, dyrekcja nie powierzy się na przykład panu Adamowi redakcji instytutowych stron? Rzecz jasna, że nie za darmo, nie posądzam go o taką naiwność, ale przecież i tak na pewno płacicie jeśli nie grubą, to przynajmniej przyzwoitą forsę osobom, które wypacają te wasze nieszczęsne strony WWW. Aaa, prawda, coś sobie przypominam z okresu mojej pracy w Instytucie, jak to tam było - pewnie on, podobnie jak i pan, nie należycie do Grona Krewnych i Znajomych lokalnego królika!!!"

Cóż innego mogłem odpowiedzieć?

  • "Ano właśnie...."

R. Kaczarowski

Od Redakcji

Z dziennikarskiego obowiązku musimy dodać, że z powyższego tekstu naszego korespondenta usunęliśmy animowaną ikonkę z facetem walącym głową w klawiaturę komputera.

Zachęceni przez naszego korespondenta odwiedziliśmy strony Państwowej Agencji Atomistyki i podległych jej instytucji naukowych. O witrynie PAA (www.paa.gov.pl) nie mamy odwagi pisać, ale chcielibyśmy pochwalić stronę Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej (www.ichtj.waw.pl). Natomiast przestrzegamy przed stroną Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie (www.ifj.edu.pl), na którą udało się nam wejść, ale z wyjściem były już poważne kłopoty. Witryny IEA (www.iea.cyf.gov.pl) nie możemy zrecenzować, bo starej już nie ma, a nowa jest ciągle w budowie. W IPJ (www.ipj.gov.pl) zaobserwowaliśmy zdecydowaną przewagę formy nad treścią. Tą ostatnią (czyli treścią) miały się zająć Zakłady, ale się nie zajęły. Być może po Festiwalu Nauki niektóre z przygotowywanych tekstów trafią w te właśnie miejsca. Na stronie widać wiele niekonsekwencji i potknięć. Na przykład w wersji anglojęzycznej pojawiają się całe sekwencje w języku polskim, raczej niezrozumiałe dla operujących jedynie 'lingwidżem'. Bardzo dziwnym zwyczajem jest podawanie przy każdym pracowniku Instytutu jego pozycji w bliżej nieokreślonym rankingu publikacyjnym. Równie absurdalnym mogłoby być jedynie informowanie goszczących na stronie internautów z całego świata o aktualnych zarobkach delikwenta. Co innego odrębna strona z rankingiem publikacyjnym pracowników. Tyle, że punkty podane w tym miejscu nie zgadzają się z oficjalnie ogłoszonymi w biuletynie dyrekcji. Natomiast dorobek pracowników w 1999 roku jest skrupulatnie skatalogowany. Na plus strony należy zaliczyć wnikliwą statystykę odwiedzin. Wynika z niej między innymi, iż większość zabłąkanych internautów trafiła do IPJ z witryny PAA! Tylko tam wśród słów kluczowych widnieje atomistyka.

Obejrzeliśmy także strony protegowanych doc. Kaczarowskiego. Teraz już rozumiemy, dlaczego nasz ulubiony korespondent poleca te właśnie miejsca - dziewczyny są zupełnie niczego sobie. Zwracamy jednak uwagę, że strony dawno nie były aktualizowane i brakuje zdjęć z plaży. Oczywiście chodzi o zdjęcia autorek stron, a nie ich protektora. Zaś na stronie doktoranta rzeczywiście wszystkiego jest po trochu, choć i wszystkiego razem jest też zaledwie trochę. Za to ulubioną stroną domową autora jest strona domowa jego promotora, którego jedną z ulubionych stron domowych jest strona domowa autora, zaś na drugim miejscu preferencji ulubionego doktoranta protektora jest strona domowa autorki, która jest jednocześnie ulubioną stroną domową ulubionego promotora doktoranta. Dlaczego jednak druga z ulubionych stron domowych ulubionego promotora protegowanego nie została wymieniona w odpowiednim miejscu jako trzecia ulubiona strona ulubionego doktoranta naszego ulubionego korespondenta?

Na koniec o hipertekstowych upodobaniach Redakcji. Nie lubimy nieuzasadnionych wodotrysków, kakofonii, zbyt wielu wyróżnień wielkością i krojem czcionki, pogrubieniem, podkreśleniem, kursywą, migotaniem i kolorami. Hołdujemy nieudziwnionej prostocie. NEUTRONY, jakie są, każdy widzi. De gustibus non disputandum est.


Co nowego u zachodniego sąsiada?

Przez wiele miesięcy toczyły się trudne pertraktacje dotyczące odszkodowań dla przymusowych robotników pracujących przez wiele lat w czasie II wojny światowej zarówno w niemieckim przemyśle, głównie zbrojeniowym, jak i dla niemieckich bauerów. Przewodniczącym delegacji niemieckiej w tych rokowaniach był niezwykle popularny i ceniony polityk niemiecki Otto Graf Lambsdorff, członek liberalnej partii FDP, która notabene zdobywa w Niemczech coraz większą popularność. Dzięki uporowi i niezwykłym wpływom, jakie ma Lambsdorff, udało się utworzyć fundację, która już niedługo zacznie wypłacać odszkodowania. Fundacja ta będzie dysponować wielomiliardowym funduszem, którego połowę pokryje rząd federalny, a resztę wpłacą firmy niemieckie, które wykorzystywały robotników z podbitych krajów do pracy w swoich zakładach. Problem polega na tym, że jak na razie tylko rząd niemiecki wywiązał się ze swoich zobowiązań i udostępnił fundacji całą zadeklarowaną sumę, przemysł niemiecki natomiast nie wyasygnował jeszcze swoich pięciu miliardów. Kanclerz Schroeder zaapelował do wszystkich firm niemieckich, aby wpłaciły do fundacji odpowiednie sumy. Czym więcej bowiem pieniędzy, tym efektywniej będzie można pomóc ofiarom niewolniczej pracy na terenie Trzeciej Rzeszy. Tych, którzy nadal żyją jest już coraz mniej, są to poza tym już przeważnie ludzie starsi i chodzi o to, by umożliwić im lepsze życie przynajmniej przez ostatnie kilka lat. Firmy niemieckie ociągają się niestety z wpłatami, co jest odbierane nawet przez Niemców jako hańbę, a Lambsdorff nie ustaje w nawoływaniu Niemców do spełnienia obowiązku moralnego wobec tych ludzi, którzy przez całe lata pracowali w nieludzkich warunkach dla Rzeszy Niemieckiej. W ostatnich dniach wyszło na jaw, że również niemiecki kościół katolicki zatrudniał tysiące przymusowych robotników. Są bowiem na to dowody w archiwach klasztorów, są również świadkowie żyjący w Polsce. Jak na razie jednak hierarchia kościelna milczy i ani myśli dołączyć do fundacji, choć Lambsdorff kilka dni temu zażądał tego oficjalnie stwierdzając, że wszystkie instytucje kościelne zatrudniały w czasie wojny przymusowych robotników. Nie słychać również dotąd reakcji z Rzymu, pytanie tylko jak długo Stolica Apostolska będzie mogła milczeć. Wkrótce opinia publiczna zażąda do Papieża jednoznacznej deklaracji. Warto by jak najszybciej wystosował on odpowiedni list do biskupów niemieckich wzywając ich do zmiany stanowiska. Znane jest posłuszeństwo przedstawicieli niemieckiej hierarchii katolickiej wobec Ojca Świętego, a wpłata kilku milionów marek nie powinna być problemem. Jest to temat niezwykle ciekawy i ogromnie ważny dla milionów robotników przymusowych, z których większość już niestety nie żyje.

Całe lata Niemcy przygotowywali się do wystawy pod nazwą EXPO 2000. Hanower miał być przez kilka miesięcy pępkiem świata. Organizatorzy liczyli na przybycie 40 milionów gości z Niemiec i z całego świata. W przygotowania wystawy zainwestowano więc miliardy marek, które po połowie pokryły Rząd Federalny i Land Dolna Saksonia. Nikt przed laty, kiedy podejmowano decyzje, nie wątpił, że EXPO będzie sukcesem, przede wszystkim finansowym. Liczono na to, że dochody z biletów pokryją koszty inwestycji i przyniosą jeszcze zysk, który pozwoli Dolnej Saksonii na sfinansowanie innych projektów. Okazało się jednak, że zainteresowanie wystawą jest dużo mniejsze niż oczekiwano i całe przedsięwzięcie jest jedną wielką katastrofą finansową. Zamyka się poszczególne pawilony ze względu na brak odwiedzających i zwalnia pracowników, dla których nie ma zajęcia. Pytanie tylko, kto pokryje gigantyczny deficyt. Zapewne głównie Dolna Saksonia, której straty finansowe są tak ogromne, że już teraz zatrzymuje się wszelkie inne projekty, a przyszłości zamierza zmniejszyć drastycznie lub nawet zlikwidować dotacje dla szkół, przedszkoli, szpitali i innych instytucji. Jednym słowem Dolna Saksonia splajtowała. Od całkowitej katastrofy może ją uratować tylko Rząd Federalny i oczywiście podatnik niemiecki. Ten ostatni będzie musiał sporo zapłacić, by dzieci w Hanowerze mogły nadal chodzić do przedszkoli i dostawać tam ciepłe posiłki.

Pozostańmy na chwilę przy Hanowerze. Mieszka tam bardzo interesujący arystokrata, książę hanowerski Ernst August, żonaty z księżniczką Karoliną z Monaco. Od wielu lat uchodzi za enfant terrible arystokracji niemieckiej, a nawet europejskiej. W ostatnim okresie jednak jego wybryki stały się prawdziwie nieznośne. Przed rokiem zaatakował dziennikarza łamiąc mu nos parasolem za to, że ten miał czelność go sfotografować, później zaś pobił właściciela dyskoteki, znajdującej się w pobliżu jednej z jego posiadłości, bo hałas z dyskoteki zakłócał mu spokój. Niedawno zaś przyłapano go jak oddawał mocz na terenie wystawy EXPO pod murem jednego z pawilonów. Toczy się już przeciwko niemu postępowanie sądowe o pobicie właściciela dyskoteki, który przeleżał parę tygodni w szpitalu, arystokracja europejska odwraca się od niego, na wielu dworach jest uznany już za persona non grata, a królowa angielska wyłączyła go z sukcesji tronu brytyjskiego, choć w drodze do tronu znajdował się dopiero na dwudziestym piątym miejscu. Prasa niemiecka wciąż dostarcza nowych ciekawostek z życia księcia hanowerskiego.

Marek Mika


Termodynamika piekła :-)

Dr Schlambaugh, wykładowca na wydziale chemicznym Uniwersytetu Kalifornijskiego znany jest z zadawania na egzaminach pytań w rodzaju: "Czemu samoloty latają?". W maju kilka lat temu, egzamin z termodynamiki zawierał takie oto pytanie: "Czy piekło jest egzotermiczne, czy endotermiczne? Potwierdź swój wywód dowodem". Większość studentów oparła dowody na poparcie swych tez na prawach przemian gazowych Boyle'a - Mariotte'a lub innych. Jeden student natomiast napisał, co poniżej:

"Po pierwsze musimy założyć, że jeżeli dusze istnieją, muszą posiadać masę. Jeśli mają masę, to jeden mol dusz także posiada masę. W takim razie, w jakim tempie dusze trafiają do piekła i w jakim je opuszczają? Myślę, iż możemy spokojnie założyć, że jeśli dusza trafia do piekła, to już go nie opuszcza. Dlatego też, wymiana dusz z piekłem zachodzi tylko w jednym kierunku.

Jeśli chodzi o dusze trafiające do piekła, przyjrzyjmy się różnym religiom, istniejącym w dzisiejszym świecie. Niektóre religie mówią, że jeśli nie jesteś ich wyznawcą, trafisz do piekła. Skoro jest więcej niż jedna taka religia, a ludzie nie należą do więcej niż jednej, możemy wnioskować, że wszyscy ludzie i wszystkie dusze trafiają do piekła. Na podstawie danych o śmiertelności i przyroście populacji, możemy spodziewać się wykładniczego wzrostu liczby dusz w piekle.

Przyjrzyjmy się więc zmianie objętości piekła. Z prawa Boyle'a wynika, ze by w piekle temperatura i ciśnienie utrzymały się na stałym poziomie, stosunek masy dusz do ich objętości musi być stały.

1. Więc, jeśli piekło rozszerza się wolniej niż dusze przybywają do piekła, wtedy temperatura będzie rosnąć, aż wszystko rozerwie się w diabły.

2. Oczywiście, jeśli piekło rozszerza się szybciej niż przyrasta liczba dusz, wtedy temperatura i ciśnienie spadną tak drastycznie, że całe piekło zamarznie.

Więc jak to jest? Jeśli zaakceptujemy postulat (podany mi przez Teresę Banyan na pierwszym roku), że "Prędzej piekło zamarznie niż się z tobą prześpię", i biorąc pod uwagę, że wciąż nie udało mi się nawiązać z nią bardziej intymnych kontaktów, wtedy odpowiedź nr 2 nie może być poprawna; ... piekło jest egzotermiczne."

Ten student jako jedyny dostał piątkę.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony