[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 12 (72) / 2000
23 sierpnia 2000

W numerze:
  • Światło w tunelu
  • Oskarżenia pacjenta
  • Oskarżenia emeryta
  • Ranking zaufania
  • Byłe NRD idzie w ślady Austrii
  • Redakcjo poradź: jak zrobić WWER-a na PC-cie?
  • Lata dziewięćdziesiąte - refleksja

Światło szybsze od światła

Uczeni z Instytutu NEC w Princeton przeprowadzili eksperyment, w którym szybkość grupowa impulsu świetlnego przechodzącego przez specjalnie dobrany ośrodek jest większa niż szybkość światła w próżni, przy czym zasada przyczynowości i teoria względności nie zostały naruszone.

Takie eksperymenty były już wykonywane wcześniej dzięki wykorzystaniu faktu, że skończony impuls świetlny jest, z konieczności, sumą zespołów fal świetlnych o różnych częstościach.

Wyróżnia się w związku z tym "prędkość fazową" dla fal świetlnych składających się na impuls i "prędkość grupową" dla impulsu jako całości. Kiedy więc zespół fal świetlnych wchodzi do ośrodka o współczynniku załamania zależnym od częstości fali, zaczynają się dziać ciekawe rzeczy.

W eksperymencie przeprowadzonym w Uniwersytecie Harvarda w zeszłym roku fale świetlne składające się na impuls przechodzący przez kondensat Bosego-Einsteina miał szybkość grupową zaledwie 17 m/sek. (Hau i in., Nature z 18 lutego 1999).

Droga w przeciwnym kierunku, tzn. manipulacja fal składowych impulsu tak, aby uzyskać większą szybkość grupową, jest trudniejsza, ponieważ eksperymentu dokonuje się zwykle wtedy, kiedy współczynnik załamania zmienia się gwałtownie w obszarze częstości, w którym światło jest pochłaniane przez ośrodek. Tak więc, impuls świetlny może być silnie zniekształcony lub osłabiony, co utrudnia wykrycie efektów superluminalnych.

W eksperymencie przeprowadzonym w NEC zastosowano odwrotne podejście - impuls świetlny wchodził do komory wypełnionej gazowym cezem, który nie pochłania światła o częstościach w pożądanym przedziale, lecz je wzmacnia poprzez coś w rodzaju efektu laserowego. W tym wypadku atomy cezu są doprowadzane do stanu wzbudzenia i dokładają się do impulsu świetlnego w trakcie jego przechodzenia przez ośrodek. W rezultacie kształt impulsu jest z grubsza zachowany, mimo, że fale składowe nakładają się (w procesie zwanym dyspersją anomalną) w ten sposób, że impuls zostaje nieco przesunięty do przodu - około 1.7% początkowej szerokości impulsu, w porównaniu do sytuacji, w której komora nie jest obecna.

Według badaczy z NEC "wygląda to tak, jak gdyby impuls wychodził z komory przed wejściem do niej". To superluminalne zachowanie nie przeczy zasadom teorii względności Einsteina, ale może stymulować naukową dyskusję na temat jak dokładnie definiować nadejście sygnału świetlnego. (Wang i in. Nature z 20 lipca 2000).

Krzysztof Andrzejewski

Od Redakcji:

Jakiś czas temu pewien uczony radziecki udowodnił, że kot może się poruszać z prędkością światła. Dowód eksperymentalny polegał na jednoczesnym zrzuceniu lampy naftowej i kota z wieży. Obydwa ciała, zgodnie z przewidywaniami jeszcze Galileusza, dotarły do podnóża wieży w tym samym czasie, czyli kot poruszał się z prędkością światła (lampy). Szkoda, że już nie ma uczonych radzieckich, bo z pewnością znaleźliby kota, który by przegonił światło.

MAR


Oskarżenia i kalumnie czyli pacjencie lecz się sam

Już od dziesięciu lat od upadku komunizmu w Polsce trwa ogólnonarodowa dyskusja na temat PRL-u. Jedni uważają, że był to okres totalnego zniewolenia i całkowitego upadku w życiu narodu. Inni, którym nie udało się przyswoić sobie zasad wilczego kapitalizmu i włączyć w szczurzy wyścig do pieniędzy i zaszczytów, głosują na SLD i marzą o epoce Gierka. Nieliczni zachowują rozsądek i starają się podchodzić do PRL-u sine ira et studio. Ci wiedzą, że nauka i sztuka były w tamtych czasach, w porównaniu z tym, co jest teraz, w kwitnącym stanie. Taki, na przykład, Instytut Badań Jądrowych był w swojej dziedzinie jedną z największych i najlepszych instytucji naukowych w Europie, nie tylko Wschodniej. Nasz wielki reżyser filmowy dostał Oscara za całokształt, choć w wolnej Polsce nie nakręcił już nic godnego uwagi. Czołowy polski muzyk został kompozytorem stulecia, mimo że większość swoich utworów skomponował przed rokiem 1989. Z drugiej strony wiedzą też, że w wielu dziedzinach nasze życie było chore, a w kraju panowała atmosfera zniewolenia, a często grozy, a przede wszystkim wszechogarniającego nas wszystkich poczucia absurdu.

Jedną z dziedzin najbardziej chyba dotkniętych trądem socjalistycznego porządku, była tzw. (jakby na ironię) Służba Zdrowia. Trafnie to ujął jeden z felietonistów pisząc, że w PRL-u stosunek lekarzy do pacjentów przypominał stosunek Pana Boga do cegły. Niestety, choć od dziesięciu już lat PRL-u nie ma, to nie wszyscy polscy lekarze to zauważyli i dalej traktują pacjentów tak, jak przywykli to robić w dawnych czasach. Zdarza się to nawet w prywatnych klinikach i przychodniach. Dalecy jesteśmy od niesprawiedliwych uogólnień, są w Polsce świetni i kulturalni lekarze i tych z góry przepraszamy za krytykę ich niekompetentnych i niegrzecznych kolegów.

Ostatnio mój przyjaciel miał okazję zetknąć się z tymi dwoma rodzajami lekarzy. Jego doświadczenia mogą być interesujące, toteż postanowiliśmy zaznajomić z nimi naszych Czytelników. Dla uproszczenia narracji podajemy opowieść przyjaciela w pierwszej osobie.

Pod koniec grudnia zeszłego roku złamałem nogę na Mazurach. Odwieziony do szpitala w pobliskim Giżycku, zostałem natychmiast przyjęty na oddział chirurgii urazowej. Po zrobieniu mi prześwietlenia i prowizorycznego opatrunku przez lekarza dyżurnego zjawił się Ordynator i zapytał, czy chcę mieć nogę w gipsie czy skręconą na śruby urządzeniem, które nazywa się Zespol i zostało opracowane i opatentowane w Polsce. Wybrałem Zespol. Następnego dnia chirurg ustawił mi nogę tak perfekcyjnie, że na zdjęciu nie było prawie widać miejsca złamania.

W szpitalu przeleżałem pięć dni traktowany uprzejmie i fachowo przez cały personel, począwszy od Ordynatora i chirurga, który mi składał nogę, a skończywszy na wszystkich pielęgniarkach i salowych. Każdemu odtąd radzę, że jeśli już chce złamać nogę, to niech to zrobi w pobliżu Giżycka.

Po powrocie do Warszawy musiałem się zgłosić do jakiegoś chirurga, aby mi zdjął szew w nodze, a tak żeby móc otrzymywać kolejne zwolnienia, nasz ZUS bowiem nie uznaje zwolnień na okres dłuższy niż miesiąc. Wiedząc, jaka jest po reformie sytuacja w przychodniach publicznych, postanowiłem udać się do przychodni prywatnej. Tam chirurg, nazwijmy go dr. A, zdjął mi szew i obiecał, że za miesiąc wystawi mi następne zwolnienie. Gdy po miesiącu moja żona udała się do niego, po uprzednim wniesieniu w kasie pełnej opłaty za wizytę, okazało się, że dr. A nie ma odpowiednich druków, gdyż przez cały miesiąc nie miał czasu, aby udać się po nie do ZUS-u. Polecił więc mojej żonie przyjść następnego dnia do szpitala, w którym pracuje. Żona zjawiła się w szpitalu o oznaczonej godzinie, ale Pan Doktor był zajęty. Po trzech godzinach czekania zjawił się na korytarzu i na delikatnie zwróconą przez żonę uwagę odpowiedział: Czy nie widzi pani, że ja pracuję. Na domiar złego wciąż nie miał formularzy. Żona odeszła bez słowa i jeszcze tego samego dnia udała się ze skargą do kierownika kliniki. Ten bardzo uprzejmie przeprosił za zachowanie swojego podwładnego i obiecał osobiście załatwić sprawę. Istotnie za dwa dni dał jej zwolnienie napisane przez dr. A, który, mimo że był w tym czasie w przychodni, nie zdobył się jednak na to, żeby wręczyć je osobiście.

W tej sytuacji zdecydowałem się na zmianę wystawiacza kolejnych zwolnień. Tym razem był to dr B. Przez następnych pięć miesięcy oglądał kolejne zdjęcia i wystawiał kolejne zwolnienia. Pytany o to, jak długo trzeba będzie nosić sztabę przykręconą do nogi, odpowiadał niezmiennie: sześć do ośmiu miesięcy w zależności od tego, jak szybko będzie się zrastać złamanie. Po sześciu miesiącach prześwietlenie wykazało, że po złamaniu nie ma śladu, a mimo to dr B postanowił, że mam nosić sztabę jeszcze przez dwa miesiące. Tu muszę zrobić uwagę, że istnienie sztaby wkręconej w nogę wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Przede wszystkim pacjent odczuwa permanentny ból przy wszelkich ruchach, ale to w końcu nie jest najważniejsze, rzeczą pacjenta jest cierpieć. Dużo gorsze jest to, że sztaba utrudnia ruch w stawie skokowym, co uniemożliwia właściwą rehabilitację. Wreszcie wciąż istnieje niebezpieczeństwo infekcji, która może się przenieść w głąb kości.

Nie rozumiejąc motywów kierujących dr. B udałem się do dr. C. Ten obejrzał zdjęcie i stwierdził, że kość się zrosła i sztabę można zdjąć, ale on nie może tego zrobić, gdyż na jego oddziale nie zakłada się ani nie zdejmuje Zespolów, nie ma więc odpowiedniego klucza. Skierował mnie więc do swojego przyjaciela, dr. D. Ten również zakwalifikował sztabę do zdjęcia i, co najważniejsze, zrobił to od ręki.

Już minął przeszło miesiąc od usunięcia Zespolu, noga jest w coraz lepszym stanie, chodzę bez kul, a staw skokowy wraca do normalnej sprawności.

Przykro pomyśleć, co by było, gdyby mój przyjaciel okazał się pacjentem potulnym, który zalecenia lekarzy bierze at the face value. Z przytoczonej historyjki wynika bowiem, że pacjenta tak jak kierowcę obowiązuje zasada ograniczonego zaufania.

JAM


Oskarżenia i kalumnie bis czyli dlaczego w IChTJ nie lubią emerytów

Jak się dowiadujemy, Rada Naukowa Instytutu Chemii i Techniki Jądrowej podjęła w ostatnim czasie uchwałę, w której postanowiła, że nie będzie wszczynać postępowania w sprawie nadania tytułu naukowego czyli tytułu profesora osobom, które przeszły na emeryturę. Głównie z powodu braku młodych kandydatów do zawodu naukowca lub nauczyciela akademickiego w wielu instytucjach naukowych w Polsce zatrudnia się emerytów. Są to przeważnie doktorzy habilitowani i profesorowie. Trudno zrozumieć, dlaczego Rada Naukowa nie chce, aby zatrudnieni w IChTJ doktorzy habilitowani, którzy przekroczyli wiek emerytalny, pracowali dalej już jako profesorowie. Wydaje się, że im więcej jest w jakiejś instytucji profesorów, tym lepiej. Rada Naukowa IChTJ nie jest chyba oblegana przez rzeszę kandydatów do tytułu profesora i nie musi w tak drastyczny sposób się przed nimi bronić.

Nasuwa się też pytanie, czy grupowa dyskryminacja jest zgodna z prawem czyli z istniejącą ustawą. Nawet jeśli jest zgodna z literą, to, jak sądzimy, kłóci się z duchem tej ustawy, która nie wspomina o jakichkolwiek grupowych zasadach i przewiduje, że każda sprawa jest rozpatrywana indywidualnie.

Oczywiście każdy pracownik IChTJ może sam wystąpić z wnioskiem w swojej sprawie, ale to już nie to samo. Cała procedura przebiega wówczas ze znacznie większymi oporami i szanse kandydata, za którym nie stoi jego macierzysta instytucja, są znacznie mniejsze.

A w ogóle uchwała świadczy o tym, że najwyraźniej w IChTJ doktorzy habilitowani i profesorowie nie lubią emerytów. Dwunastu z nich głosowało za uchwałą, a tylko jeden wstrzymał się od głosu. Ciekawe dlaczego? Czym narazili się zatrudnieni tam emerytowani doktorzy habilitowani swoim przeważnie młodszym kolegom? Zwykle, gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze, ale my dalecy jesteśmy od tego, aby posądzać członków Rady Naukowej IChTJ o tak niskie pobudki.

JAM


Im kto w Polsce mniej zarabia, tym większym się cieszy zaufaniem

Kilka dni temu prasa opublikowała ranking zawodowej uczciwości, z którego wynika, że największym zaufaniem społeczeństwa cieszą się:
naukowcy - 62%,
pielęgniarki - 57%,
nauczyciele - 43%.

Najmniejszym zaufaniem obdarza nasze społeczeństwo następujące grupy zawodowe:
urzędników wysokiego szczebla - 9%,
posłów - 6%,
polityków - 6%.

Jakiś czas temu podaliśmy wzór matematyczny, z którego wynikało, że ilość zarabianych pieniędzy jest odwrotnie proporcjonalna do ilości posiadanej wiedzy. Powyższa ankieta wskazuje na istnienie prawa, które mówi, że ilość zarabianych pieniędzy jest odwrotnie proporcjonalna do tego, w jakim stopniu społeczeństwo wierzy w uczciwość rozmaitych grup zawodowych. To wyjaśnia też, skąd się bierze tylu profesorów w rządzie i parlamencie.

JM + MAR


Heil Hitler Deutschland!

Już przed wielu laty w prasie peerelowskiej opisywano tendencje rewizjonistyczne w NRF. W NRD natomiast wszystko miało być w największym porządku, tam Niemcy po oczyszczeniu się z grzechów faszyzmu, w ciągu krótkiego czasu stali się ludźmi miłującymi tolerancję, jak również demokrację, wprawdzie tę socjalistyczną, ale jaka to w końcu różnica. Opisywano tych w NRF, którzy już wtedy negowali holocaust. Tak naprawdę w Polsce nikt tym wszystkim się zbytnio nie przejmował, większość traktowała to jako propagandę komunistyczną. Jak tylko więc można było już jeździć do Niemiec na zarobek, miliony Polaków w czasie wakacji wybierały się do Republiki Federalnej, by pomagać przy winobraniu lub zbieraniu truskawek, pracować na budowie lub w warsztatach samochodowych. Nikt nie czuł żalu do Niemców za wojnę i Hitlera. Naród ten uważaliśmy za na wskroś demokratyczny i niezwykle tolerancyjny. Nigdzie nie dawało się tak łatwo załatwić wizy wjazdowej, jak w ambasadzie niemieckiej. Wszyscy pamiętamy, jakie cyrki wyrabiali Amerykanie lub Brytyjczycy przy udzielaniu upragnionych przez Polaków wiz.

Po połączeniu się obu państw niemieckich sytuacja zmieniła się diametralnie. Niemcy ze wschodu uzyskali wreszcie wolność i swobodę i bardzo szybko rozpleniła się tam propaganda neonazistowska. Takie partie lub ugrupowania jak NPD lub DVU rozpoczęły intensywną działalność na terenie byłego NRD. Był to niezwykle podatny grunt na ich indoktrynację, ponieważ mieszkańcy terenów na wschód od Łaby nie znali pojęcia demokracji ani tolerancji, po wojnie przeskoczyli bowiem z jednej dyktatury do drugiej. Dla nich demokracja w stylu zachodnioeuropejskim to coś, z czym nie byli i nadal nie są w stanie sobie poradzić. Z drugiej jednak strony korzystają pełną gębą z wszelkich swobód i dobrodziejstw, które przyniósł im nowy system. Miałem przyjemność poznać parę osób ze wschodnich Niemiec. Doskonale byli zorientowani we wszelkich ulgach, na przykład podatkowych, jakie liberalne państwo niemieckie oferuje swoim obywatelom, a o których ja nigdy jeszcze nie słyszałem, choć żyję w tym kraju już przeszło osiemnaście lat.

Dzięki temu, że władze przez wiele lat podchodziły do neonazistów w sposób bardzo liberalny, tym udało się rozwinąć swoją działalność do tego stopnia, że nagle okazało się, że stanowią oni teraz prawdziwe zagrożenie dla całego państwa. Ironicznie mówi się, że władze niemieckie były ślepe na prawe oko. Ruchy radykalnie lewicowe zwalczane były ze zdwojoną energią. Niestety najnowsze badania wykazują, że z rąk neofaszystów zginęło więcej ludzi niż z rąk lewicowych terrorystów. Byli to jednak przeważnie cudzoziemcy i może dlatego nikt jak na razie nie przejmował tym się specjalnie. Sławne były tak zwane Berufsverbote dla nauczycieli, jeśli mieli poglądy lewicowe. Za poglądy skrajnie prawicowe jeszcze w Niemczech nikt nie stracił pracy. Ba, na niektórych stanowiskach są one nawet mile widziane.

Rozwydrzeni młodzi neonaziści z ogolonymi głowami, ubrani w buty wojskowe i kurtki lotnicze z poprzyszywanymi swastykami demonstrują bez przeszkód w niemal wszystkich miastach Niemiec. Niosą transparenty z rasistowskimi hasłami i wykrzykują: Precz z cudzoziemcami, Wolne miejsca pracy tylko dla Niemców, itp. Wystarczy bowiem taką demonstrację zameldować w lokalnym ratuszu i bez przeszkód otrzymuje się zezwolenie. Dzieje się tak dlatego, że firmują to legalnie działające partie lub ugrupowania. Pod płaszczykiem legalnej działalności politycznej prowadzą one walkę z demokratycznym państwem. Partie te startują również w wyborach do lokalnych parlamentów. Im jednak nie chodzi o to, by umieścić tam własnych posłów, a wyłącznie o to, by zdobyć więcej niż 1% głosów, co umożliwia im uzyskanie zwrotu od państwa kosztów kampanii wyborczej. Zaś z uzyskanych pieniędzy finansują nielegalną działalność. Tam jednak, gdzie udało im się wejść do parlamentu, nigdy nie uczestniczyli w jego pracach, a posłowie nie bywali nawet na obradach.

Mnożą się napady na cudzoziemców, szczególnie tych ciemnoskórych. Dzieje się to głównie w byłym NRD, choć tam cudzoziemcy stanowią raptem 2%. Niedawno zamordowano w Dessau 39-letniego ciemnoskórego ojca rodziny, którzy żył i pracował od lat w Niemczech. Pobicia, a w najlepszym wypadku obrzucanie obelgami, są na porządku dziennym. Kilka dni temu z kolei w Bawarii zaatakowano Niemkę mającą nieco południową urodę, ponieważ wzięto ją za cudzoziemkę. Większość Niemców ignoruje te wypadki, czyli w milczeniu na nie przyzwala. Jeśli jednak cudzoziemcy zamieszani są w działalność przestępczą, to żąda się dla nich, i słusznie, najsurowszych kar.

Organizowane są koncerty grup muzycznych, które w tekstach piosenek gloryfikują rasę aryjską i wzywają do pozbycia się z Niemiec cudzoziemców. Nagrania tych pseudomuzycznych grup kolportowane są na kasetach i płytach kompaktowych oraz od niedawna przez Internet w postaci plików mpg3. Internet jest w ogóle miejscem, gdzie neonaziści mogą bez przeszkód szerzyć własną propagandę, a za pomocą poczty elektronicznej organizowane są spotkania i demonstracje, a nie rzadko akcje wymierzone przeciwko cudzoziemcom. Jest już około 400 stron internetowych szerzących ideologię neofaszystowską. Tak samo jest z tymi, którzy negują istnienie Oświęcimia jako miejsca zagłady milionów Żydów europejskich. Pseudohistorycy, przeważnie z USA, tworzą dziesiątki nowych stron internetowych w języku niemieckim na ten temat. Podobno, jeśli szuka się w Internecie czegoś na temat Auschwitz, to w pierwszej kolejności pojawiają się właśnie te strony. Młodzi Niemcy, uczniowie lub studenci, którzy często korzystają z tego środka przekazu, od najmłodszych lat narażeni są na te kłamstwa. Ich rodzice unikają zaś tych tematów, bo przecież to już tyle lat temu i ileż można na ten temat się rozwodzić.

Pojawiły się już głosy, by zdelegalizować NPD (Narodowo-Demokratyczna Partia Niemiec). Zarzuca się jej bowiem, że jest azylem dla wszelkich neofaszystów niemieckich, a poza tym, że organizuje ich działalność. Władze niemieckie rozważają teraz, czy delegalizacja taka ma sens, czy też nie. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że NPD zaskarży tę decyzję to trybunału konstytucyjnego i, być może, wygra apelację. Moim zdaniem władzom niemieckim nie pozostaje nic innego, jak zdelegalizować tę pseudopartię, ponieważ cały świat patrzy na Niemcy i taki mają one moralny obowiązek. Co zrobią później sędziowie Sądu Najwyższego będzie ich decyzją, za którą będą oceniani przez historię lub, jak kto woli, Boga i historię. Niemcy są potęgą eksportową i może się zdarzyć, że świat przestanie kupować towary z kraju, który toleruje neofaszystowskie organizacje, takie jak omawiana NPD.

Niemcy potrzebują tysięcy specjalistów do pracy w kraju. Właśnie rozpoczęto wydawanie zielonych kart dla komputerowców. Potrzeba ich około dwudziestu tysięcy. Wątpię, czy uda się tylu ściągnąć do Niemiec, jeśli władze nie wezmą się ostro za organizacje neofaszystowskie. Poza tym musi w tym kraju zmienić się nastawienie do cudzoziemców, których do tej pory traktowano jak intruzów, a w najlepszym wypadku jako gości, którzy mają obowiązek tak się zachowywać, jak sobie życzą tego Niemcy. Jeżeli któremuś z nich przyszło na myśl kultywować zwyczaje z kraju pochodzenia, to było to bardzo niemile widziane. Wystarczy jednak spojrzeć na Niemców spędzających urlop w Hiszpanii lub we Włoszech. Zachowują się oni tam często po prostu skandalicznie.

Jest w Niemczech mimo wszystko dość ludzi, którzy są tolerancyjni i pozytywnie nastawieni do cudzoziemców. Traktują ich jak równorzędnych współobywateli. Wciąż słyszy się o demonstracjach przeciwko rasizmowi i nietolerancji. Mam więc głęboką nadzieję, że Niemcom uda się w końcu pozbyć zmory neonazizmu. Niezbędne do tego jest jednak zdecydowane działanie rządu niemieckiego oraz innych władz na szczeblach lokalnych. Jak na razie ani kanclerz, który właśnie spędza urlop na Majorce, ani żaden inny minister nie wypowiedział się na temat tego, jakie kroki podejmie rząd, by skutecznie pokonać neofaszystów.

Marek Mika


List do Redakcji:

Jak zrobić WWER-a w domu?

Z zainteresowaniem przestudiowałem kilka numerów NEUTRONÓW. Jakie ciekawe może być życie placówki naukowej!

Gratuluję kilkuletniego już zbioru archiwalnych wydań! Szczególnie zainteresowały mnie artykuły dotyczące energetyki jądrowej - relacja z wizyty w Mochovcach, oraz komentarze rozgrywek o polską elektrownię.

Widząc w Was kompetentne gremium chciałbym prosić o pomoc. Poszukuję (jedynie w celach poznawczych a nie komercyjnych) komputerowego symulatora bloku energetycznego z reaktorem jądrowym, pracującego na platformie PC. Od dłuższego czasu starałem się znaleźć taki program w sieci, jednak natrafiałem albo na drogie systemy wymagające specjalnego sprzętu (np. współpracujące z przemysłowymi symulatorami rzeczywistych sterowni w elektrowniach) albo na również drogie oprogramowanie badawcze rozwijane przez uczelnie lub firmy wytwarzające specjalizowane środowiska symulacyjne. Jeżeli nie znane jest Wam tanie i nieskomplikowane oprogramowanie tego rodzaju, to czy mogę liczyć na wskazanie źródeł i drogi do jego napisania.

Pozdrawiam
Adam Zakrzewski

Od Redakcji:

Miło jest nam usłyszeć słowa pochwały, jesteśmy tak wzruszeni, że chętnie podejmiemy się roli pośrednika między pytającym Czytelnikiem - a Czytelnikami, którzy mogą pomóc.


Lata dziewięćdziesiąte

Masz dość lat 90-tych, gdy:

  • Przy uruchamianiu mikrofalówki próbujesz podać hasło;
  • Od lat nie ustawiasz pasjansa przy pomocy prawdziwych kart;
  • Per e-mail pytasz kolegów z pracy, siedzących tuż obok, czy mają ochotę na piwo, a oni wysyłają odpowiedź również pocztą elektroniczną: "OK, daj mi 5 minut";
  • Masz 15 różnych numerów telefonu, pod którymi możesz złapać 3 członków swojej rodziny;
  • Paplasz per e-mail wiele razy w ciągu dnia z jakimś typem z Ameryki Południowej, choć jeszcze nie rozmawiałeś w tym roku z sąsiadem;
  • Kupujesz sobie nowy komputer i tydzień później jest on już przestarzały;
  • Przyczyną zerwania kontaktów z przyjaciółmi jest fakt, iż nie posiadają adresu e-mailowego;
  • Nie znasz ceny znaczka pocztowego na list;
  • Być zorganizowanym według Ciebie oznacza - posiadać różnokolorowe karteczki, które można wszędzie przykleić;
  • Większość dowcipów, które znasz, przeczytałeś w Internecie;
  • Podajesz nazwę firmy, gdy wieczorem w domu odbierasz telefon;
  • Gdy chcesz zadzwonić z domu naciskasz "0" by wyjść "na zewnątrz";
  • Od 4 lat siedzisz przy tym samym biurku, choć pracowałeś już dla 3 różnych firm;
  • Logo firmy jest dostosowywane do jej wizerunku raz w roku;
  • Najgorszą rzeczą przy resetowaniu komputera jest utrata tapety;
  • Idziesz do pracy, gdy jest ciemno i wracasz, gdy jest ciemno - nawet w lecie;
  • Masz zainstalowany program, który odlicza dni do Twojej emerytury;
  • "Urlop" od lat oznacza dla Ciebie jedynie ekwiwalent;
  • Twoi rodzice opisują Ciebie słowami "on pracuje przy komputerze";
  • Rozpoznajesz swoje dzieci dzięki fotografiom na biurku;
  • Czytałeś tę listę ciągle przytakując;
  • Zastanawiasz się, komu możesz tę listę przesłać dalej ...

REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony