[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 14 (74) / 2000
19 października 2000

W numerze:
  • Nie ma Manhattanu w Polsce – reakcje po ostatnim posiedzeniu RN IEA
  • Brawa dla IChTJ
  • Wspomnienie o Jerzym Giedroycu
  • Nieoczekiwane zmniejszenie długów IEA
  • Już nie bronimy JAM-a
  • Blok atomowy
  • Analityk CIA radzi Polsce nie wyrzekać się energii jądrowej
  • Atomy trzymają się mocno (w Szwajcarii)
  • Szwecja pokrywa deficyt z elektrowni atomowych importem z Polski
  • Przeciw-Internetowy niewybuch
  • Chora służba zdrowia (w Niemczech)
  • Świerk w oczach partyzantów

Świerk 10.10.2000

Szanowna Redakcjo,

Nie wiem, czy mam odpukać w nie malowane drewno, czy pogonić czarnego kota, czy też w jakiś inny sposób złe uroki odczynić, ale mam wrażenie, że jakieś chochliki zamieszały w tekście sprawozdania z posiedzenia Rady Naukowej IEA z dnia 13 września, zamieszczonego w 13-tym numerze NEUTRONÓW. Chodzi mi oczywiście o zdanie stwierdzające, że program działalności Instytutu w 2001 roku nie stanowi „spójnej wzajemnie uzupełniającej się całości".

Prawdę mówiąc nie bardzo wiem o co chodzi, bo nie jestem w stanie wyobrazić sobie Instytutu pracującego jak jeden mąż nad programem typu Manhattan, jako że takich projektów w Polsce praktycznie nie ma. Większość Instytutów, w tym również nasz, realizuje natomiast te programy, na które aktualnie jest zapotrzebowanie, czy to poznawcze, czy gospodarcze. Oczywiście musi być przy tym zachowana możliwość podejmowania dużych zadań, jednoczących szereg grup badawczych i akurat IEA przeszedł ostatnio pomyślnie taką próbę ogniową, przy okazji realizacji zadań badawczych Strategicznego Programu Rządowego SPR-4.

Wracając do sprawy programu na 2001 rok. Jak wiadomo, wniosek o finansowanie działalności statutowej składa się z szeregu zadań, sformułowanych przez grupy badawcze Instytutu i wykonywanych przeważnie w ramach kilkuletnich programów. Z kolei elementem spajającym te programy są cztery główne kierunki prac Instytutu, wymienione w tym samym wniosku. Wszystkie dotychczas mi znane opinie podkreślały, że te główne kierunki dobrane są bardzo trafnie, właśnie pod względem wzajemnego uzupełniania się przy zachowaniu wspólnego „pnia" szeroko pojętych badań jądrowych (nie moja robota, więc mogę chwalić). Sprawa pozornego rozdrobnienia tematyki we wniosku jest więc po prostu kwestią techniczną i nie przywiązywałabym do niej nadmiernej wagi. Chciałabym natomiast wykorzystać okazję, i zwrócić uwagę na fakt, że zadania wymienione w wykazie tematów badawczych nie obejmują wszystkiego, co się dzieje w IEA. „Umykają" akurat duże, często interdyscyplinarne, przedsięwzięcia. Przedtem był to SPR, teraz takie programy jak np. radiografia neutronowa, terapia borowo-neutronowa, startujący program budowy suchego przechowalnika paliwa, nierutynowe przedsięwzięcia techniczno-rozwojowe w zakresie bezpieczeństwa jądrowego i ochrony radiologicznej. Może więc chochlik miał racje, że się wtrącił i powinniśmy silniej propagować tego typu duże programy we własnym środowisku np. w formie korespondencji z własnego podwórka lub stałej rubryczki z zapowiedziami seminariów i krótkim abstraktem?

Z pozdrowieniami dla całej Redakcji
Natalia Golnik

Od Redakcji:

Pani docent Natalia Golnik ma całkowitą rację, przedstawioną, jeśli wolno mi wyrazić swoje zdanie, w niezwykle przejrzystej i eleganckiej formie. Pisząc o braku spójności, miałem na myśli brak w naszym Instytucie, projektu typu Manhattan, oczywiście z zachowaniem wszelkich proporcji. Pretensje należy adresować oczywiście do czynników politycznych, zajętych walką o władzę, a nie do naukowców, którzy starają się zrobić coś pożytecznego dla kraju.

K. Andrzejewski


Uzupełnienie sprawozdania z Rady Naukowej

W sprawozdaniu z Rady Naukowej w poprzednim numerze NEUTRONÓW pisałem o negocjacjach na temat zadłużenia IEA w IPJ. Pominąłem jednak dość istotny szczegół dotyczący ich zakresu. Otóż w latach 1998–2000 IPJ obciążał nas rachunkami za ciepło według swojej kalkulacji, która jednak była niezgodna z Rozporządzeniami Ministra Finansów dotyczącym maksymalnych wskaźników wzrostu cen i zasadami kalkulacji taryf i rozliczeń w obrocie ciepłem, określonymi przez Ministra Gospodarki. W rezultacie IEA został obciążony dodatkową kwotą ok. 750 000 zł brutto.

K. Andrzejewski


Nagroda YUNSC-2000

Na Trzeciej Międzynarodowej Konferencji Jugosłowiańskiego Towarzystwa Nukleonicznego (3rd International Yugoslav Nuclear Society Conference - YUNSC-2000) wygłoszony przez dr Grażynę Zakrzewską-Trznadel referat na zaproszenie uhonorowano nagrodą za najlepszą prezentację naukową, przedstawioną w trakcie sympozjum. YUNSC jest cykliczną konferencją, odbywającą się co dwa lata, która obejmuje wiele zagadnień związanych z technologią jądrową, takich jak: reaktory jądrowe i energia jądrowa, akceleratory, bezpieczeństwo jądrowe, metody numeryczne, metody jądrowe w nauce i technice, ochrona środowiska, itp. Spotkania te mają zasięg międzynarodowy i służą stymulacji wymiany informacji i pomysłów pomiędzy ośrodkami jądrowymi na całym świecie. Tegoroczna konferencja obejmowała następujące sekcje:
- przyszłość energii jądrowej,
- metody numeryczne w projektowaniu i analizie reaktorów jądrowych,
- elektrownie jądrowe i bezpieczeństwo reaktorów,
- cykl paliwowy i gospodarka odpadami,
- akceleratory,
- metody jądrowe w nauce i technice,
- reaktory badawcze i fizyka reaktorów,
- ochrona przed promieniowaniem,
- medycyna radiacyjna,
- ochrona środowiska,
- zubożony uran.

W trakcie konferencji wygłoszono kilkadziesiąt referatów i pokazano około100 plakatów. Tematem wystąpienia dr Grażyny Zakrzewskiej- Trznadel były: Membrane Methods for the Treatment of Low and Intermediate Radioactive Wastes.


Na śmierć Jerzego Giedroyca

Chemik, i to radiacyjny, o Giedroycu? A właśnie tak i to jest przyczynkiem do sławienia wielkości Zmarłego, skoro zaskarbił On sobie życzliwe zainteresowanie naukowców ścisłych. Niezależne polskie media po II Wojnie Światowej były nieliczne, zlokalizowane głównie w Anglii i skierowane na jakże liczną, ale jednak emigrację z minimalnym docieraniem do Polski. Była jednak KULTURA Giedroyca o trwalszym od gazetowego formacie książkowym, redagowana z silnym ukierunkowaniem na Kraj. A jakże pomysłowo była rozpowszechniana! Nie wiem jak to Giedroyc załatwiał i kto to finansował, ale była m.in. masowo rozsyłana pocztą na przypadkowe adresy. Bardzo rzadko docierała do adresatów, wyłapywana przez czujne służby specjalne, ale nie zawsze szła na przemiał. "Służbiści" znali jej wartość i wynosili na zaprzyjaźnione bazary; pocztowcy przechwytywali też to czasem wcześniej i za zgodą swoich przełożonych traktowali dochody z tego tytułu jako swoiste premie. Przy tej okazji kradli też czasopisma regularnie prenumerowane. Ilekroć byłem za granicą, zakładałem zawsze prenumeratę TIME'a, ale tylko czasem docierał i to najwyżej jeden na 50 numerów, przez przeoczenie konfiskatorów urzędowych i amatorów. W najdziwniejszy sposób wszedłem w posiadanie kilku numerów KULTURY w samym szczycie stalinizmu, gdy zwrócono mi uwagę, że na licytacji pocztowych przesyłek niedoręczalnych zdarzają się właśnie takie prohibita. Do dziś pamiętam numer na śmierć Stalina, w którym pewien publicysta, już nie pamiętam który, udowadniał, że wczesny kult Stalina przez Rosjan był kalką kultu Boga Ojca zaszczepionego przez prawosławie. Jest to w KULTURZE o tyle osobliwe, że Giedroyc później, a na pewno 5 lat przed śmiercią, raczej sugerował duży szacunek dla tej gałęzi chrześcijaństwa.

Częściowym rozjaśnieniem nocy peerelowskiej było przy okazji wyjazdu zagranicznego zaopatrzenie się w lekturę. Ceny wydawnictw były duże i nie zawsze była okazja otrzymania tych rzeczy za darmo, jak np. w znanej wtajemniczonym księgarence koło św. Pawła w Londynie, gdzie angielskie panie z towarzystwa służyły „charity" intelektualnej ze szczególnym uwzględnieniem paryskiej KULTURY. Celnicy wyłapywali tę, jak nazywali, pornografię polityczną na Okęciu na cele własne, albo z adnotacją, czemu „zawdzięczałem" odmowę paszportu prywatnego w roku 1968 do Danii.

Dłuższy wyjazd z okopaniem się na jakiś czas na Zachodzie pozwalał już na nawiązanie bliższych kontaktów z KULTURĄ, właśnie z Giedroycem, intelektualnie mi najbardziej odpowiadającym. I tak zaczęły się moje z Nim kontakty, w roku 1984. Był sam zaintrygowany co myślą przedstawiciele nauk ścisłych o tym wszystkim. Miał jako humanista prawo mieć wątpliwości; ja sam znam bezpartyjnych inżynierów, którzy stan wojenny w swoich instytucjach powitali z entuzjazmem. Szybko jednak doszliśmy do porozumienia: Przedstawiciele nauk „twardych" i „miękkich" (do tych ostatnich należy też według Amerykanów nawet ekonomia!) są raczej zgodni co do niewydolności, a właściwie niezdolności do życia, oraz najczęściej zbrodniczości systemów totalitarnych z komunizmem na czele. Giedroyc drukował mnie pod pseudonimem (niech pozostanie nieujawniony, źle się czułem jako anonim).

Po zasłużonej śmierci komunizmu w wersji rosyjskiej z przyległościami przyszedł czas na kontakty bliższe. Korzystając w roku 1992 z miesięcznego stypendium Rządu Francuskiego do Wojskowej Akademii w Palaiseau pod Paryżem, gdzie usiłowałem powiązać chemię radiacyjną z femtosekundową fotolizą laserową, zostałem zaproszony do Maisons Lafitte na kilkugodzinną rozmowę. Redaktor Giedroyc okazał się dobrze zorientowany w politycznych aspektach energetyki jądrowej. Ubolewaliśmy wspólnie nad katastrofalną i kosztowną decyzją o rezygnacji z Żarnowca, nad dziwactwami "zielonych", nad pewnym fizykiem polskim o najwyższym stopniu naukowym doktora habilitowanego, który usiłował przekonać Giedroyca o tym, że energetyka polska powinna opierać się na trocinach, a nie brakło innych spraw. Konkluzją było zamówienie przez Giedroyca artykułów na te tematy, co natychmiast zrobiłem, tym razem oczywiście pod nazwiskiem. Jeszcze raz miałem się przekonać o niezwykłym talencie redaktorskim Zmarłego; zachowałem parę stron z jego poprawkami. Nie będę już miał zapewne podobnego Redaktora. Wiele się nauczyłem, żeby nie przedłużać powiem tylko to, że zaproponował mi nazywanie pseudo-ekologów, np. bezrobotnych najętych do protestowania, ekologistami, co stale robię. Nasze środowisko mało ma przyjaciół; ciepło będziemy wspominać Jerzego Giedroyca.

Wspomnienia o Giedroycu, jakie ukazują się ostatnio w mediach zawierają zawsze uwagę, że miał trudny charakter, jednak bez wchodzenia w szczegóły. Jako człowiek ścisły zwrócę uwagę na trzy konkrety, z tego dwa wynikające z przyczyn osobistych.

Miał obsesję na temat finansowania działalności politycznej, czy też bardziej ogólnie - opiniotwórczej. Uważał Radio Wolna Europa za będące na garnuszku USA, czego zresztą nikt nie ukrywał. Wzajemna niechęć, żeby nie powiedzieć wrogość RWE i KULTURY przez całą zimną wojnę, nie służyła Sprawie. Wydaje mi się, że wszelkie działalności pożyteczne, a z konieczności nie samofinansujące się muszą opierać się na dotacjach i chodzi tylko o to żeby wiadomo było kto płaci i ile.

Pretensja bardziej osobista to głęboka niechęć do generała Sikorskiego, przyjaciela mojego Ojca z czasów ich studiów na Politechnice Lwowskiej. Stosunek do Sikorskiego, o którym mówił, że trzymał się klamki francuskiej, a później angielskiej, był kształtowany bezkrytycznym stosunkiem do Piłsudskiego. No i fakt odsunięcia przez Sikorskiego ludzi Sanacji, odpowiedzialnych za wiele przedwrześniowych i wrześniowych uchybień, na pewno został przez Giedroyca zapamiętany.

I wreszcie łatwo zauważalny u Giedroyca brak poczucia humoru, który stwierdziłem przy okazji krytyki mojej antykomunistycznej humoreski z dziedziny fantastyki naukowej. Rozumiem, że czasy nie były do śmiechu, ale takim twórcom jak Stefan Kisielewski, poetom jak Hemar, publicystom jak Wiktor Trościanko, było z tym do twarzy. Chcę jednak usprawiedliwić Giedroyca: Kresowiakom Wschodnim trudno się było uśmiechać, mimo wszystko trochę łatwiej, wbrew pozorom było Wielkopolanom i Ślązakom, a najpewniej najłatwiej Polakom z Galicji. Przeczytałem jeszcze raz moją humoreskę i bardzo mi się spodobała, co jest poważnym ostrzeżeniem dla autora, więc niech spoczywa w teczce „Inedita". Cóż, każda rzecz napisana jest w określonym momencie historii.

Ale z poczuciem humoru lub bez, będzie nam bardzo brakować Giedroyca z jego KULTURĄ. A jednak, na fotografii, zrobionej przeze mnie za zezwoleniem i autoryzowanej na odwrocie jego charakterystycznym podpisem, widzę cień uśmiechu.

prof. dr hab. Z.P. Zagórski
Instytut Chemii i Techniki Jądrowej w Warszawie


W sprawie obrony JAM-a

W numerze NEUTRONÓW 13(73)/2000 ukazała się moja notatka, w której sprostowałem nieprawdziwą informację, podaną przez JAM-a, dotyczącą uchwały RN IChTJ (NEUTRONY 12(72)/2000). W tym samym numerze Pan Profesor Janusz Mika, Przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Energii Atomowej, zabrał głos w obronie JAM-a tłumacząc co to jest felieton, jakimi rządzi się prawami i jak czytelnicy powinni go czytać. Niestety zapomniał o tym, że felieton, aby mógł spełnić swoją rolę, musi się opierać na faktach do końca prawdziwych, a nie odpowiednio spreparowanych dla igraszek dziennikarskich, i odstępstw od tego nie może tłumaczyć !licentia poetica! czy też !prosaica!. Cóż, niektórzy wolą widzieć fakty takimi jakimi chcieliby je widzieć, a nie takimi jakimi są naprawdę i w tej sprawie, zapewne, nie byłoby warto podejmować polemiki. Istnieje jednak jeszcze inna przyczyna.

Pan Profesor Mika był uprzejmy zasugerować radzie IChTJ, czym to nie powinna się zajmować oszczędzając czas na rzeczy ważniejsze. Niestety, nie zaznaczył wyraźnie czy czyni to całkowicie prywatnie, z dobrego serca i w trosce o efektywność naszych działań, czy też z racji swojej obecnej funkcji. Kontekst wypowiedzi sugeruje tę drugą ewentualność i tak zapewne wypowiedź ta będzie zrozumiana przez czytelników. A to jest już sprawą bez precedensu, daleko wykraczającą poza dotychczas przyjęte obyczaje.

Rozumiem, że rada naukowa lub jej przewodniczący mogą być zainteresowani uchwałami podejmowanymi przez radę pokrewnego instytutu, a nawet mieć wątpliwości dotyczące tych uchwał. W takim przypadku istnieje wiele różnych kanałów umożliwiających bezpośredni kontakt i pozwalających na zapoznanie się z rzeczywistą treścią uchwał oraz motywami i celem ich podejmowania. Na przestrzeni ostatnich lat kontakty takie, tak dwu jak i wielostronne, były podejmowane kilkakrotnie na różne tematy i zarówno ja jak i moi koledzy z rady jesteśmy na nie zawsze otwarci. Wtedy, prawdopodobnie, Pan Profesor Mika nie miałby trudności ze zrozumieniem pewnych spraw czy motywów, tych trudności które, jak sam przyznaje, ma w tej chwili. Polemika w prasie na ten temat pomiędzy przewodniczącymi rad naukowych, nawet na tak szacownych łamach jak NEUTRONY, na pewno nie jest właściwą drogą.

Ze swej strony chciałbym poradzić Panu Profesorowi Mice, aby występując publicznie, szczególnie na tematy o których ma informacje fragmentaryczne i nie do końca sprawdzone, nie zapominał, że z racji pełnionej obecnie funkcji nie jest osobą całkowicie prywatną na terenie instytutów atomistyki i tak też Jego wystąpienia będą przez ogół odbierane.

Na tym definitywnie kończę polemikę na temat felietonu JAM-a, gdyż ewentualne dalsze jej kontynuowanie uważam za niecelowe.

Leon Pszonicki

Od Redakcji:

Zgadzam się z Panem Profesorem Leonem Pszonickim, że dalsza polemika na temat felietonu JAM-a jest niecelowa.

Janusz Mika


Co piszą o atomach

Wielki brat radzi

W tygodniku „WPROST" z dn. 24.09.2000 ukazał się wywiad z Robertem E. Ebelem, Dyrektorem Programu Energii i Bezpieczeństwa Narodowego Ośrodka Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie, byłym analitykiem CIA.

W wywiadzie R. Ebel mówi między innymi: „Polska powinna unikać pułapki państw europejskich, które wyrzekły się energii nuklearnej. Dla średnich krajów jest to w obecnej sytuacji najlepsza gwarancja niezależności. Nie wydaje mi się, żeby Polska przed rokiem 2010 była gotowa uruchomić masową produkcję energii nuklearnej, powinna już jednak myśleć o podobnych rozwiązaniach".

FORATOM donosi: Szwajcarzy popierają opcję jądrową

Bruksela, 25 września 2000: Szwajcarzy głosujący w kantonie Berneńskim odrzucili plan wcześniejszego zamknięcia elektrowni atomowej Muehleberg. Decyzję tę powitano z zadowoleniem w European Atomic Forum (FORATOM), stowarzyszeniu przemysłu jądrowego zlokalizowanym w Brukseli.

W głosowaniu zorganizowanym z inicjatywy aktywistów antyjądrowych, 64% elektoratu głosowało za utrzymaniem elektrowni w ruchu. Elektrownia znajduje się w pobliżu stolicy Szwajcarii – Berna. Tylko 36% chciało wcześniejszego jej zamknięcia w 2002 roku. Przed głosowaniem parlament i rząd kantonalny byli przeciwko wcześniejszemu zamknięciu.

Szwajcarskie Stowarzyszenie na rzecz Energii Atomowej (SVA) ucieszyło się z wyniku głosowania, ponieważ oznacza to uznanie pozycji elektrowni jako „środowiskowej karty atutowej". SVA stwierdziło, iż wynik głosowania dowodzi, że społeczeństwo nie chce ingerować w utrzymanie produkcji ekonomicznie konkurencyjnej elektryczności.

FORATOM przyłącza się do SVA w uznaniu dla decyzji głosujących. Sekretarz Generalny Forum, dr Wolf-J. Schmidt-Kuester powiedział: "Jest to jasny dowód na to, że poparcie dla wcześniejszego zamykania elektrowni jądrowych jest małe. Dowiodły tego także głosowania w Niemczech i Szwecji. Szwajcarskie głosowanie dowodzi, że normalni ludzie nie chcą się poddać presji aktywistów antyjądrowych. W sytuacji, gdy koniunktura trzeszczy, nie chcą oddać realnych aktywów w postaci bezpiecznego, niezawodnego i czystego źródła energii. Napawa otuchą to, że większość głosujących doceniła ekonomię i korzyści dla środowiska naturalnego - jakie niesie ze sobą energia jądrowa.

W Szwajcarii pracuje pięć bloków jądrowych dostarczających ok. 40% krajowej energii elektrycznej. Elektrownie wodne dają ponad połowę, co oznacza, że sektor produkcji elektryczności w tym kraju jest prawie całkowicie wolny od emisji CO2.

Trzy razy 'NIE' Szwajcarów

Przy okazji głosowania nt. wcześniejszego zamknięcia EJ Muehleberg oszczędni Szwajcarzy wypowiedzieli się przy okazji na temat trzech inicjatyw mających na celu dodatkowe opodatkowanie elektryczności wytwarzanej za pomocą reaktorów.

55% głosujących powiedziało 'nie' dla popieranych przez rząd szwajcarski planów zmiany konstytucji w kierunku umożliwiającym podniesienie podatków o 0,02 SFR na kWh pochodzącą z elektrowni opartych na nieodnawialnych źródłach energii - w tym także jądrowych. Zgromadzone pieniądze miałyby iść na obniżkę podatków na rozwój zatrudnienia.

68% głosujących odrzuciło tzw. 'inicjatywę solarną", czyli wprowadzenie podatku w wysokości 0,005 SFR za kWh na elektryczność ze źródeł nieodnawialnych. Jedna połowa zebranych środków miałaby być wykorzystana na promocję wykorzystania energii słonecznej a druga na badania nad 'efektywnymi i odnawialnymi' źródłami energii.

53% głosujących odrzuciły inicjatywę rządową, która miała być alternatywą dla 'inicjatywy solarnej', z tym że podatek miałby wynosić 0,003 SFR na kWh przez 10 lat, ale beneficjantami miały być także elektrownie wodne produkujące ok. 60% szwajcarskiej energii elektrycznej.

Czołowy dziennik szwajcarski - NEUE ZUERCHER ZEITUNG pisze, że 'inicjatywa solarna' miała pośrednio uderzyć w energetykę jądrową, ale skutkiem okazało się poparcie dla EJ. Oczywiście w trzeźwej i pracowitej Szwajcarii.

Szwecja importuje z Polski energię elektryczną

14.09.2000 - Kontrowersyjna linia przesyłowa łącząca Szwecję i Polskę, która została, wybudowana przede wszystkim z myślą o wysyłaniu szwedzkiej elektryczności do Polski, jak dotąd transportuje energię tylko w przeciwnym kierunku. Z danych ujawnionych przez skandynawską giełdę energii Nord Pool wynika, że uruchomiona w sierpniu linia SwePol do tej pory posłużyła wyłącznie do przesłania do Szwecji ogółem 19 GWh elektryczności.

Dane Nord Pool wywołały w Szwecji prawdziwe poruszenie - silny w tym kraju ruch ochrony środowiska sprzeciwiał się samej budowie łącza, obawiając się, że zostanie ono wykorzystane do importowania z Polski "brudnej" energii pozyskiwanej z węgla brunatnego. Szwedzcy inwestorzy budowlani i właściciele SwePol, Svenska Kraftnat i Vaettenfall, zapewniali, że elektryczność z Polski będzie importowana tylko w nagłych przypadkach.

Szwedzkie zakłady użyteczności publicznej potwierdziły, że przyczyną pobierania energii z Polski był 3GW niedobór elektryczności na południu Szwecji, spowodowany wyłączeniem jednego z dwóch reaktorów Baerseback. Zwykle podobne niedobory uzupełniano, importując elektryczność wygenerowaną przez norweskie elektrownie wodne, jednak tym razem, wobec gwałtownie zwyżkujących na Nord Pool cen energii, zwrócono się po pomoc do Polski

Baerseback trzyma się mocno

Plany zamknięcia EJ Baerseback-2 zostaną najprawdopodobniej opóźnione, co wynika z przemówienia premiera Goerana Perssona w szwedzkim parlamencie. Komentatorzy interpretują jego stwierdzenia, że elektrownia będzie zamknięta jak tylko spełnione zostaną warunki stawiane przez rząd zostaną spełnione, jako informację, że upłynie jeszcze kilka lat do spełnienia obietnicy z 1997 roku o zamknięciu tej EJ.

Krzysztof Andrzejewski


Przełom w Internecie

Wielokrotnie zwracałem uwagę (m.in. na łamach "Neutronów" w artykułach "Analfabeci w Instytucie" oraz "Każdy ma taką stronę WWW, na jaką zasługuje") na niski, a w wielu wypadkach wręcz kompromitujący poziom stron WWW oficjalnego serwera IPJ (www.ipj.gov.pl). Nie doczekawszy się żadnych zmian na stronach i żadnej reakcji ze strony odpowiedzialnych osób, podniosłem tą sprawę podczas ostatniego posiedzenia Rady Naukowej IPJ (19.IX.2000r). A oto fragmenty tego wystąpienia i dyskusji:

"Trwa obecnie Festiwal Nauki. Każda instytucja naukowa stara się tam zaprezentować z jak najlepszej strony. Przecież od zapamiętanego obrazu danej instytucji zależy, czy zainteresują się nią i przyjdą do pracy lub na studia młodzi ludzie, a także ile pieniędzy dostanie ta instytucja od decydentów. A jak w tym czasie prezentuje się światu IPJ? Nie wiem, czy Państwo wiedzą, że Instytut ma oficjalne strony WWW w Internecie: www.ipj.gov.pl. Łącze (link) do tej strony znajduje się na internetowych stronach PAA i na wielu innych stronach WWW, a więc nie jest to strona całkowicie nieznana. Zajrzyjmy wobec tego na strony naszego Instytutu:

  • strona tytułowa: nieciekawa i brudnoszara, według mnie po prostu brzydka, ale to kwestia gustu. Przejdźmy więc lepiej do meritum, czyli do poszczególnych stron informacyjnych. Co tam znajdziemy?
  • strona "Aktualności" - z czerwca 1999r,
  • strona "Biuletyn IPJ" - z pierwszego kwartału 1999r,
  • spis zakładów: ZOIT i ZdAJ ciągle tam znakomicie egzystują.

A co IPJ ma do opowiedzenia światu o swoim patronie, profesorze Andrzeju Sołtanie? Niewiele, jedno jedyne zdanie dające się streścić: "Profesor wielkim fizykiem był". Jak wygląda kolejność alfabetyczna według IPJ? Na stronie "Pracownicy" obowiązuje następująca: Ż, Ł, A, Ć, A, B, C.... A jak wygląda struktura organizacyjna Zakładów? Na stronie jednego z nich (inne strony zakładowe nie są lepsze!) znajdujemy OŚMIU Kierowników i jednego Zastępcę oraz trochę pracowników z tytułem "Inny" pracujących na stanowisku "Inne". Co na to powie KBN? Na koniec strona "Publikacje" ze spisem pracowników z publikacjami uporządkowanym według CAŁKOWITEJ liczby publikacji. Znajdziemy tam na nienajgorszej pozycji tajemniczego pana "P-II Vacat" z aż siedmioma publikacjami, czym bije na głowę wielu zasłużonych naukowców (w tym Dyrektora Instytutu) z zaledwie jedną jedyną publikacją w całym dorobku życiowym.

Taki to swój obraz IPJ prezentuje całemu światu w sieci Internetu. Ponieważ przynosi to wstyd naszemu Instytutowi kompromitując go w oczach świata, proponuję podjęcie uchwały Rady o treści:

"Rada Naukowa IPJ zwraca się do Dyrekcji Instytutu z wnioskiem o zamknięcie tych stron serwera WWW, które kompromitują obraz Instytutu." "

Wystąpienie wywołało gorącą dyskusję nad ważnością reprezentacji Instytutu w sieci Internetu i nad koniecznością zmian istniejących stron WWW. Przewodniczący zapytał, czy rzeczywiście konieczna jest aż uchwała Rady w sytuacji, gdy Dyrektor solennie obieca, że kompromitujące strony WWW zostaną niezwłocznie wyłączone. Po złożeniu przez Dyrektora stosownej obietnicy wszyscy zgodzili się na to rozwiązanie. Profesor Adam Sobiczewski zauważył, że powinna się znaleźć w Instytucie osoba odpowiedzialna za treść i poziom instytutowych stron WWW. Po głębokim zastanowieniu Dyrektor IPJ odpowiedział (cytuję z pamięci, więc może niezbyt ściśle):

"Tak, już o tym myślałem. Jedyną osobą w Instytucie o odpowiednich kwalifikacjach jest pan Rabiński, któremu to zadanie mam zamiar powierzyć."

Moje szczere gratulacje, Panie Redaktorze! Może więc wreszcie "Neutrony" doczekają się "linku" z oficjalnej strony Instytutu? Czekamy!

R. Kaczarowski

Od Redakcji:

Gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że powyższy tekst dotarł do Redakcji 9 października, gdy już od prawie dwóch tygodni żaden z wymienionych zarzutów nie był aktualny (no może poza mało kolorowym obrazkiem). Jak widać, czasem dobrze jest przed przeprowadzeniem batalii sprawdzić, czy cel ataku jeszcze istnieje.

To, co obecnie znajduje się na stronie IPJ, ma co prawda charakter prowizoryczny, ale chyba niczym specjalnie nie razi. Jest też między innymi najbardziej podstawowa informacja o naszym patronie, choć na razie bez takich szczegółów jak numer kołnierzyka czy rozmiar butów. Za miesiąc mają być opracowane założenia całkowicie nowego układu strony.

Dziękuję za szczere gratulacje, choć są one może odrobinę niezasłużone. Zresztą o "przyjrzenie się stronie Instytutu" zostałem poproszony przez Dyrekcję ponad tydzień przed wspomnianą Radą Naukową. Poza tym jestem jedynie jedną z trzech osób, które się tym zajmują.

Nie rozumiem jednak, co ma oficjalna strona Instytutu do niezależnego ezinu (elektronicznego magazynu), jakim są NEUTRONY? Oczywiście w nowym układzie będzie miejsce na własne strony domowe pracowników. Na swojej zamieszczę parę odnośników do miejsc, które są jakoś związane z moimi zainteresowaniami i działalnością na różnych polach. Ale oczywiście będą to moje prywatne odnośniki z mojej prywatnej strony.

MAR


Medice, cura te ipsum!

Ta łacińska sentencja odnosi się w Niemczech nie tyle do lekarzy, co do chorej służby zdrowia. Tak, to nie żart, ale szczera prawda. Fakt, że daleko jej jeszcze do dogorywającej polskiej służby zdrowia, ale niemiecka służba zdrowia jest na najlepszej drodze, by dogonić kiedyś polską, która, jak mam nadzieje, będzie się stopniowo poprawiać. Być może za parę lat standardy obu służb ulegną zrównaniu.

Już od wielu lat wydatki w lecznictwie niemieckim rosną w postępie geometrycznym i nie widać końca tej spirali kosztów. Do tej pory co roku podwyższano składki i tym samym udawało się jakoś łatać dziury w budżecie. Obecnie nie jest to możliwe, ponieważ osiągnięto już tak zwaną granicę bólu.

Największą część wydatków stanowią koszty leczenia szpitalnego (36%), na drugim miejscu stoją wydatki związane z kasami chorych i ich przybudówkami (32%), a dopiero na trzecim wydatki na lekarstwa związane z leczeniem ambulatoryjnym i przez prywatnych lekarzy, którzy mają umowy z kasami chorych (15%). Ci ostatni poddani są od wielu już lat najrozmaitszym naciskom, mającym zmusić ich do oszczędności. Każdemu lekarzowi dano w Niemczech kwartalny limit na lekarstwa na każdego pacjenta, którego nie wolno mu przekroczyć, a który prawie każdy lekarz przekracza. Wynosi on bowiem od 20 do 200 marek w zależności od specjalności i wieku pacjenta. Są to śmiesznie małe sumy, które wystarczają tylko tym lekarzom, którzy albo nie leczą należycie, albo przepisują najtańsze preparaty, czyli w efekcie zaniedbują pacjentów. Niemcy są w skali europejskiej krajem, w którym przepisuje się najwięcej, bo aż prawie 40%, tak zwanych generics, czyli starych substancji, które nie są chronione już prawem patentowym. Są to często przestarzałe leki, które wprawdzie kosztują grosze, ale nie gwarantują efektywnego leczenia. W rezultacie niewłaściwego leczenia koszty społeczne danej choroby tylko wzrastają, ponieważ pacjenci w nieskończoność przebywają na zwolnieniach i w końcu lądują w szpitalu, a później na rencie inwalidzkiej. Podam przykład. W Niemczech amputuje się rocznie około 27 tysięcy nóg na skutek gangreny cukrzycowej. Koszty operacji, opieki pooperacyjnej, czyli pobytu w szpitalu i ewentualnie koszty rehabilitacji i oczywiście późniejszego inwalidztwa wynoszą około 100 tysięcy marek na każdego pacjenta. W skali kraju daje to prawie 3 miliardy marek. Przynajmniej część tych wydatków można by zaoszczędzić, gdyby lekarze pierwszego kontaktu przepisywali najnowsze, ale i najdroższe antybiotyki, za pomocą których można opanować gangrenę. Lekarze zmuszani bez przerwy do oszczędzania, aplikują nieodpowiednie, ale tanie leki, które nie radzą sobie z gangreną. Ogólne zaś koszty leczenia cukrzycy w Niemczech wynoszą prawie 32 miliardy marek rocznie. Część tych olbrzymich sum dałoby się zaoszczędzić, gdyby od początku choroby stosować nowoczesne leki i gdyby lekarze poświęcali więcej czasu tym pacjentom. Przeciętny lekarz domowy ma bowiem coraz większe problemy ze związaniem końca z końcem i tylko zwiększanie liczby pacjentów, którzy nie potrzebują recept na leki, daje mu szansę na jaki taki zarobek. W takiej sytuacji brak już czasu na rozmowę z pacjentem, a w przypadku cukrzyków jest to niezwykle ważne. W innych dziedzinach medycyny nie jest lepiej. Większość reumatyków leczonych jest starymi lekami, które niszczą żołądek. Pacjenci po jakimś czasie trafiają do szpitala na skutek poważnych komplikacji gastrycznych. Nowoczesne leki, które jednak sporo kosztują, mogłyby zmniejszyć liczbę pacjentów z wrzodami żołądka. Nie wszystkich zaś lekarzy „stać" na te preparaty.

Przykłady można by mnożyć bez końca. Niemiecka służba zdrowia już dawno przestała być najlepszą w Europie, a kiedyś taką była. Jeżeli rząd niemiecki nie będzie miał nadal pomysłu na uleczenie chorej służby zdrowia w Niemczech, to jej stan będzie się stale pogarszał i kolejne kraje europejskie będą Niemców prześcigać. Wydaje się, że obecna pani minister zdrowia z partii zielonych nie ma zielonego pojęcia o służbie zdrowia. Ona jest bowiem po części odpowiedzialna za kolejne przykręcanie śruby w stosunku do lekarzy. Dlatego wielu z nich domaga się wysłania jej na zieloną trawkę, co oby nastąpiło jak najszybciej.

Marek Mika


Jeszcze o pracujących inaczej

Zgodnie z moim przyrzeczeniem (NEUTRONY 10/2000) spytałem dawnych 'partyzantów' czy nie odebrali użytego przeze mnie określenia 'pracujących inaczej' (NEUTRONY 9/2000) jako obraźliwego, lub też sprzeniewierzenia się 'wartościom'. W zamyśle nie miałem zamiaru publikować odpowiedzi, ale po ich otrzymaniu uznałem, że kilka z wyrażonych w nich myśli zasługuje na to, aby przekazać je naszym Czytelnikom. O swoich zamiarach poinformowałem moich respondentów. Szkoda, że im bardziej wygładzali swoje spontaniczne teksty - tym więcej rewelacyjnych smaczków bezpowrotnie zginęło. W tym też parę dosadnych uwag o świerkowym środowisku, szczerych aż do bólu.

Nazwiska, adresy, pseudonimy i kontakty Autorów są znane Redakcji. Nie podajemy ich do publicznej wiadomości, bo w świetle wyniku ostatnich wyborów nie wiadomo, czy nie przyjdzie nam znowu knuć.

MAR


Marek, nie ma sprawy.
JB


Drogi Marku, odnalazłem siebie wśród adresatów Twojego emaila, więc czuję się wywołany do tablicy. Z drugiej jednak strony mam wątpliwości, czy powinienem się odzywać, bo mógłbym być co najwyżej partyzantem czasu pokoju. (Pewnie gdyby pisać więcej o takich partyzantach, to zrobiłaby się burza podobna do tej, którą wywołałeś.) W sierpniu '80 byłem studentem na wakacjach. W pierwszym dniu strajków złamałem nogę. Kiedy wyszedłem z gipsu, było po wszystkim.

Co do meritum sprawy - uczucia mam mieszane: jak się ma lat 16 czy 20, to to, co w sercu to i na języku, i jest to normalne. Jak się ma lat 40 czy 50 to to, co się opowiada z kumplami przy piwie budzi emocje, jeśli wypowiadane jest publicznie. I to jest - niestety - chyba też normalne. Tak więc rozumiem Stasia, choć nie podzielam Jego oburzenia. A co do prawdziwości zarzutu (jeśli tak traktować Twoje określenie), to uważam, że podział świata na pracujących inaczej i tzw. przeciętną krajową nie przebiega wcale wzdłuż ogrodzenia Świerka, tylko właśnie prostopadle do niego. Przykładami nie służę - chroni mnie przed tym instynkt samozachowawczy.

Dalsze pogłębianie tematu to dzielenie włosa na czworo.

Pozdrowienia dla wszystkich - szb


Witaj Marku, no cóż, jak się potrąci stół, zawsze jakieś nożyce się odezwą ...

A problem Świerka, chociaż to smutne, nie ma rozwiązania w dziedzinie "liczb rzeczywistych". Głównie dlatego, że gremia kierownicze, które mogłyby mieć wpływ na podejmowanie decyzji, zostały opanowane przez "myślących inaczej", którzy ciągle nie chcą zrozumieć, co to jest gospodarka rynkowa.

Czasem, jak czytam wypowiedzi różnych luminarzy nauki świerkowej, atomistycznej itp., biadających nad stanem tego środowiska, przypomina mi się końcowa scena z filmu o Neronie (nie pamiętam niestety ani tytułu, ani reżysera). Otóż Peter Ustinoff (grający Nerona), miotając się po schodach Parlamentu, z mieczem wbitym w brzuch przez dowódcę Pretorianów, tuż przed śmiercią szepcze - „Jakiż to artysta ginie!". I to właśnie nie pozwala mi poważnie myśleć o tzw. nauce.

Pozdrawiam serdecznie, niezależny, samorządny, sam pracujący na swoje utrzymanie były partyzant, który o tym prawie zapomniał z braku tak zwanego czasu.

PS. Czy w dzisiejszych czasach poważny człowiek może być związkowcem??

Od Redakcji:

Jeden redaktor pamięta, że film miał tytuł Quo vadis i był hollywoodzką „interpretacją" powieści znanego noblisty, którego nazwisko wyleciało nam, niestety, z pamięci. Natomiast inny z redaktorów pamięta, że w oryginale zdanie to brzmiało: Qualis artifex pereat! Wszyscy pamiętamy, że nóż Ustinoffowi pomogła wbić wierna kochanka, ratując jego honor.


Drogi Marku,

Trudno mi aspirować do miana świerkowego partyzanta, ale nie czuję się obrażony Twoim określeniem pracującego inaczej, bo nawet nie zauważyłem tego epitetu w 'słynnych inaczej' NEUTRONACH. Gdybyś zechciał mi przesłać tekst, w którym użyłeś wymienionego zwrotu, ustosunkuję się adekwatnie do kontekstu. Dla mnie NEUTRONY stały się już dawno forum dla popisów stylistycznych gromadki wzajemnie adorujących się 'autorów'.

A poważnie mówiąc, chciałbym by odezwał się ktoś, kto, używając stereotypowych zbitek, pracował, Twoim (Waszym?) zdaniem, 'naprawdę'.

Z braterskim pozdrowieniem
J

Od Redakcji:

Faktem jest, że staramy się, mniej lub bardziej udolnie, pisać jak najlepiej po polsku, ale zdecydowanie odrzucamy zarzut o wzajemnej adoracji. Nieraz wyśmiewaliśmy się z siebie wzajemnie do tego stopnia, że w Redakcji zostali tylko najbardziej odporni. Na przykład ten, co niepotrzebnie złamał nogę niepotrzebnie goniąc psa, co jego redakcyjni przyjaciele podali do ogólnej wiadomości. Były też żarliwie dementowane wzajemne oskarżenia o sklerozę, czyli demencję starczą, ale szczegółów już nie pamiętamy.

Wypada zgodzić się z twierdzeniem, że NEUTRONY są 'takie sobie inaczej' – ale jak już raz autoironicznie zauważyliśmy: „Na bezpticzii i żo.. sołowiej".


Jeśli chodzi o mnie, to rzeczywiście pracuję teraz inaczej niż w Świerku. Gdybym pracował nadal w Świerku, to zapewne pracowałbym normalnie - tak jak to się robi w Świerku. Czy to znaczy, że inaczej? Czy jak coś jest normalne i ciągle tak samo, to czy można uznać, że to już jest inaczej? Znaczyłoby to, że 'inaczej' jest już inne: no bo 'normalnie' trudno podejrzewać o bycie inaczej - to tak, jakby normalni poszli do domu wariatów, a wariaci wyszli na wolność.

To ja już w końcu nie wiem, bo wszystko mi się popie..., i to też jakoś inaczej niż zwykle.

Cześć pracy, tak czy inaczej.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony