[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 1 (78) / 2001
8 stycznia 2001

W numerze:
  • Syndrom bałkański
  • Syndrom zniewalania
  • Syndrom pruski
  • Marny los wynalazców w Polsce
  • Głupota JAM-a

Syndrom bałkański jest taką samą bzdurą jak sławetny syndrom chiński. Korzyść z tego zamieszania może być tylko taka, że ktoś nakręci równie kasowy film jak ten z Jane Fondą i Jackiem Lemmonem.


Głupota wzbogacona w zubożony uran

Przed kilku dniami zostaliśmy zalani - zaczynając od RADIA ZET i TRÓJKI, a na telewizorniach wszelakiej maści kończąc - bełkotem żurnalistów o efektach "syndromu bałkańskiego". A wszystko przez te "radioaktywne bomby wzbogacone w zubożony uran" (sic!).

Zacznijmy więc od pocisków z uranu. Jak powszechnie wiadomo każdemu, kto kiedyś poszedł w kamasze - pocisk przeciwpancerny składa się ze stalowego trzpienia i ołowianej otoczki. Dla każdego fizyka jest też oczywistym, że pocisk musi mieć odpowiednio dużą masę, aby efektywnie przejąć w lufie energię od gazów z prochu strzelniczego. Stąd użycie w otoczce ołowiu, który ma duży ciężar właściwy (jednostka jego objętości sporo waży). W momencie wystrzeliwania pocisku z lufy najistotniejszą funkcję spełnia więc ołów, stalowy fragment jest jedynie nieefektywnie lekkim balastem. Natomiast aby pocisk przebił pancerz - musi być twardy. Ołów takim nie jest, stąd konieczność użycia trzpienia ze stali. W chwili zderzenia pocisku z pancerzem ołów jak miękka plastelina rozgniata się na powierzchni, natomiast stalowy penetrator jest wciskany w materiał przeszkody. A o to przecież chodzi.

Tak wyglądało rozwiązanie klasyczne. Ideałem balistyków jest jednak spełnianie obu funkcji przez jeden materiał. Z tego punktu widzenia lepszym materiałem okazał się oczywiście uran. Jak wiadomo metal ten ma ciężar właściwy jeszcze większy niż ołów a twardość stali. Już w trakcie konfliktu irackiego sprzed dziesięciu lat Stany Zjednoczone używały, z doskonałym zresztą skutkiem, tak skonstruowanej amunicji. Brytyjczycy mają ją na swoim uzbrojeniu również od dekady. Nie powinno nikogo więc dziwić, że w trakcie operacji wojskowej na terenie byłej Jugosławii strona NATOwska użyła 31 tysięcy sztuk amunicji tego typu. Nigdy nie stanowiło to jakiejkolwiek tajemnicy, a oficjalnie fakt ten został potwierdzony przez odpowiednie czynniki amerykańskie już rok temu. Pociski można by oczywiście wykonać z uranu naturalnego, ale po co. W trakcie produkcji wzbogaconego paliwa jądrowego pozostaje przecież uran zubożony - o mniejszym procencie uranu 235 w mieszaninie izotopów U235 i U238 (0,1% a nie 0,7% jak w uranie naturalnym). Dotychczas z zubożonego uranu wykonywano jedynie pojemniki na izotopy promieniotwórcze (ma przecież własności pochłaniania promieniowania lepsze niż ołów) oraz twarde i ciężkie elementy techniczne - bijaki w młotach pneumatycznych oraz koła zamachowe (w każdym samolocie Boeinga jest kilkanaście kilogramów elementów inercyjnych z uranu). W Polsce po różnych szpitalach i instytutach poniewierają się uranowe pojemniki na izotopy, a w latach 1960-tych produkowano z niego nawet młotki. Notabene nie był objęty żadnymi spisami materiałów szkodliwych dla zdrowia, stąd każdy mógł kupić dowolne jego ilości na rachunek i na wagę w odpowiedniej hurtowni metali nieżelaznych! Oczywiście rzekomą szkodliwość dla zdrowia rozważanego uranu można włożyć między bajki.

Przechodząc zaś do białaczek - celowym wydaje się przypomnienie tak zwanego "fenomenu Sellafield". W 1983r w audycji stacji telewizyjnej Yorkshire TV zwrócono uwagę, że w miejscowości Sellafield (Kumbria w Wielkiej Brytanii) w pobliżu zakładów przerobu paliwa jądrowego odnotowano od 1950 roku 5 zgonów dzieci na różnego rodzaju białaczki, tymczasem statystyczna wartość oczekiwana dla tego obszaru była rzędu 0.5 zgonu. W populacji dzieci urodzonych i mieszkających w rozważanym rejonie umieralność na białaczki była więc o rząd wielkości wyższa, niż oczekiwana na podstawie średnich wskaźników statystycznych dla całego kraju. Jednocześnie okazało się, że równie anomalne zwiększenie wartości odpowiednich wskaźników medycznych można było też zaobserwować w Dounreay w Szkocji (lokalizacja drugiego ośrodka przerobu paliwa jądrowego) oraz w Aldermaston i Burghfield (lokalizacje wojskowych zakładów produkcji broni jądrowej) na południu Anglii.

Aby wyjaśnić ten fenomen podjęto bardzo wnikliwe, bardzo wszechstronne i zakrojone na ogromną skalę badania epidemiologiczne. W ich trakcie przeanalizowano zgromadzone przez 40 lat dane medyczne o umieralności dzieci na nowotwory. Uwzględniono też wszelkiego rodzaju dane demograficzne o ruchu ludności, zmianie struktury wiekowej społeczeństwa, dane socjologiczne oraz wyniki badań ekspozycji ludności na najróżnorodniejsze czynniki. We wszystkich rejonach o anomalnie wysokiej zapadalności na białaczki i chłoniaki w dzieciństwie i wieku młodzieńczym porównano narażenia ludności na promieniowanie ze wszelkich źródeł sztucznych i naturalnych. Ich analiza jednoznacznie sugerowała, że wpływ lokalizacji obiektów przemysłu jądrowego powinien być nieznaczny. W związku z tym sformułowano i zweryfikowano szereg hipotez, między innymi podejrzenie, jakoby efekt miał być wynikiem napromienienia ojców przed poczęciem przez nich dzieci. Teoria ta nie oparła się jednak krytyce naukowej.

W końcu przebadano i wykazano słuszność hipotezy, że wzmożona zapadalność na białaczki u dzieci jest wynikiem napływu do rzadko zaludnionych rejonów wiejskich dużych grup ludności z zewnątrz. To właśnie ruchy ludności, związane z dużymi inwestycjami, powodowały szerzenie się wśród autochtonów infekcji, najprawdopodobniej wirusowych, a ich rezultatem były białaczki i chłoniaki u dzieci. Hipotezę potwierdziły, ponad wszelką wątpliwość, analizy danych medycznych z tych regionów Wielkiej Brytanii, w których nie ma jakichkolwiek ośrodków jądrowych, ale miał miejsce gwałtowny przypływ ludności. Ostatecznym dowodem stały się porównawcze badania epidemiologiczne z Francji, Kanady, Niemiec i USA.

Tak więc fenomen Sellafield okazał się konsekwencją następującego ciągu zjawisk. Do jakiegoś miejsca zjeżdżają się ludzie z różnych stron kraju, dotychczas względnie izolowanych. Każdy z przyjeżdżających przywleka ze sobą zestaw choróbsk, specyficznych dla miejsca dotychczasowego zamieszkania. W nowym miejscu koncentracji ludności dochodzi do powstania efektów emergentnych, których nie da się wyprowadzić z prostego sumowania wpływu składowych efektów chorobowych. Poszczególne infekcje, dotychczas niespotykane na tym terenie, ze wzmożoną siłą atakują mieszkańców. Systemy immunologiczne autochtonów nie są dostosowane do zwalczania nawałnicy chorób, z którymi ich organizmy dotychczas nie miały jakiegokolwiek kontaktu. Tak osłabione jednostki, przede wszystkim dzieci, stają się podatne na białaczki.

Analogia z sytuacją w "rejonach zagrożonych występowaniem syndromu bałkańskiego" jest oczywista. W trakcie działań bojowych do byłej Jugosławii zjechali żołnierze ze wszystkich stron świata - z Europy i USA żołnierze NATO, "afgańcy" z byłego ZSSR, a mudżachedini wszystkich dżamahadili świata dla obrony muzułmańskiej Bośni. Wszyscy oni razem kwaterowali w rejonie znanym ze specyficznych "standardów higieny osobistej", ogólnowojskowej na dodatek. Rezultat działania tej mieszanki jest łatwy do przewidzenia - zwiększona zachorowalność i umieralność na infekcje wirusowe, białaczki i inne paskudztwa. Zwiększonej zachorowalności i umieralności autochtonów nie można oczywiście statystycznie wykazać, bo nikt przecież nie oszacował chociażby konsekwencji ruchów ludności. O zbadaniu zmian struktury demograficznej w wyniku sąsiedzkiej wymiany strzałów w potylicę nad ukrytymi w górach jarami nawet nie ma co marzyć. Dlatego efekt piorunującej mieszaniny przywleczonych na Bałkany chorób z całego świata daje się statystycznie zauważyć jedynie na wydelikaconych oficerkach ze sterylnie czystych krajów zachodniej Europy.

Interesujące jest również to, że przypadki białaczki u żołnierzy przebywających na Bałkanach mogą się pojawiać nawet bez syndromu Seallafield. Na Bałkanach przebywało około 50 tysięcy żołnierzy i według statystyki może się w tej populacji pojawić około 7 przypadków białaczki. Czyli mniej więcej tyle, ile do tej pory stwierdzono.

Nie oznacza to jednak, że zubożony uran jest całkowicie nieszkodliwy dla zdrowia. Ale nie jako materiał promieniotwórczy (półokres zaniku rzędu miliardów lat) tylko jako "zwyczajny" pierwiastek ciężki. W tej dziedzinie jego toksyczność, niewielka zresztą, jest dobrze znana, choćby na podstawie danych z kopalni uranu.

Jeśli zaś chodzi o Polskę, to emergentny efekt podobny do fenomenu Sellafield występuje pewnie wśród uczestników pielgrzymek. Tylko czy ktokolwiek w naszym kraju odważy się głośno mówić o "syndromie jasnogórskim"? Zwiększonej zachorowalności w tych populacjach (o umieralności nie wspominając) i tak nie da się statystycznie wykazać w wiarygodny sposób - ze względu na ogólnie znany poziom polskiej służby zdrowia. Jak wiadomo, dla terenów wokół Czarnobyla nie było materiału porównawczego z czasów przed awarią, po tej stronie Bugu systematyczne dane medyczne też są rarytasem. W rzetelnej analizie naukowej uwzględnić też by należało wpływ strzech z eternitu oraz równoważnik izotopów z trzech rdzeni czarnobylskich, które rodacy corocznie przepuszczają przez swoje płucka w dymie papierosowym. Dziennikarzom więc znacznie łatwiej zgąbczać mózgi radiosłuchaczy i telewidzów bełkotem o rzekomym wpływie "wzbogacenia w zubożony uran" niż ubocznych efektach epidemiologicznych kolejnej pielgrzymki.

Marek Rabiński


Zniewalanie umysłów

Po każdym paroksyzmie głupoty w mediach zastanawialiśmy się z JAM-em, co powoduje, że bzdura tak łatwo się szerzy, a racjonalne argumenty więdną niechciane przez nikogo. Doprowadziło to do sformułowania "Prawa JAM-a", które głosi, że głupota jest cechą gatunkową człowieka. To pesymistyczne twierdzenie ma jednak charakter ogólny i nie opisuje szczegółowo mechanizmu wciskania ciemnoty przez media. Ostatnio weszliśmy jednak w posiadanie pewnych materiałów (a co? czy jesteśmy gorsi od prasy wielkonakładowej?) opisujących szczegółowo jak należy wciskać. Otóż jedną z (dotychczas supertajnych) zasad prania mózgów jest użycie tak zwanych słów-kluczy. Najpierw należy zainwestować w natrawianie w umysłach mas tych słów i związanych z nimi skojarzeń. Potem już wystarczy tylko rzucić odpowiednie hasło i lawina skojarzeń rusza. W omawianym przypadku słowem-kluczem jest "uran". Jeśli uran, to radioaktywność, czyli napromieniowanie, czyli choroba popromienna, czyli białaczka, ewentualnie rak, czyli śmierć! Nikomu nie przeszkadza to, że zubożony uran właściwie nie jest radioaktywny. Hasło "uran" blokuje myślenie i uruchamia lawinę emocji. Przypomina to znany dowód twierdzenia, że "grunt = dozorca", albowiem grunt to ziemia, ziemia to matka, matka to anioł, anioł to stróż, stróż to dozorca.

A już się wydawało, że epoka wyrabiania skojarzeń typu "AK - zapluty karzeł reakcji" należy do przeszłości. Stara metoda, spopularyzowana przez dr Goebbelsa i twórczo rozwijana między innymi przez Wydział Propagandy KC PZPR jest wiecznie żywa. Weźmy np. pod uwagę ugruntowane już hasło "Polak-antysemita" lub tworzone na naszych oczach i dzięki naszej współpracy hasło "wołowina". W tym drugim przypadku jest podobnie jak z uranem. Wiadomo, że w mięsie wołowym nie ma prionów, ale to nie przeszkadza, aby spadło spożycie wychwalanej do niedawna pod niebiosy wołowiny, a wzrosło spożycie drobiu, nawet tego, który przeleżał się w zamrażalniach parę lat.

Łatwość z jaką media wciskają ciemnotę to kolejne empiryczne potwierdzenie prawa JAM-a. Ale cóż, już starożytni mówili "Mundus vult decipi, decipiatur!" (Świat chce być oszukiwany, oszukujmy więc!)

Jan Mrufka


Syndrom Prus Wschodnich

Jak wieść gminna niesie w czerwcu ubiegłego roku nasi do niedawna dozgonni przyjaciele rozmieścili w obwodzie kaliningradzkim kilkaset rakiet taktycznych z głowicami jądrowymi. Na spotkaniu Schroeder-Putin, zacieśniającym tradycyjną przyjaźń obu nacji (Deuchland-Russland ueber alles), strona rosyjska zaprzeczyła co prawda rewelacjom prasy amerykańskiej ale, jak mawiają znawcy polityki, "jedynie zdementowane informacje zasługują na uwagę".

Publikatory bombardują nas wyciągniętymi z redakcyjnych lamusów zdjęciami podziemnych silosów na rakiety strategiczne. Tymczasem rakiety taktyczne i taktyczno-operacyjne to broń pola walki.

Wyrzutnia rakiet taktycznych jest pojazdem o długości ponad sześciu metrów, kół o metrowej średnicy (przednie i tylnie skręcane w przeciwnych kierunkach) nie zliczy się na palcach jednej ręki, dwa silniki o mocy helikoptera każdy. Znam przypadek, gdy wyrzutnia z rakietą na prowadnicy jadąc po porytym okopami poligonie nie dała się wyprzedzić mercedesowi pędzącemu po gładkiej asfaltowej szosie. Należy też dodać, iż już w latach siedemdziesiątych Rosjanie w trakcie desantów zrzucali takie wyrzutnie (razem z załogą i uzbrojoną w głowicę rakietą) na spadochronach z samolotów transportowych. Odpalany na kilka sekund przed wylądowaniem ładunek wybuchowy łagodził impet zetknięcia z ziemią. Zaledwie chwilę zajmowało usunięcie spadochronów i przejście do natarcia w wyznaczonym kierunku.

W strukturze każdej dywizji uderzeniowej, a takie przecież stacjonują w obwodzie kaliningradzkim, standardowo jest dywizjon rakiet taktycznych. W skład dywizjonu wchodziły trzy baterie, każda wyposażona w jedną wyrzutnię, oraz bateria zaopatrzenia z pojazdami transportującym jednorazowo trzy rakiety. Zaś w nowszych schematach organizacyjnych dywizjon składa się z dwóch baterii, ale po dwie wyrzutnie. Już te oszacowania wskazują, z jaką liczbą nosicieli możemy mieć do czynienia w samych wojskach lądowych. Marynarze też nie gorsi, mają torpedy i swoje rakiety.

Oficjalnie wyrzutnia służy do odpalania rakiet uzbrojonych w głowice chemiczne, biologiczne, z propagandowymi ulotkami, ładunkiem burzącym lub wyjątkowych przypadkach w głowice specjalne (atomówki o mocy 5-10 kiloton). Oczywiście to właśnie przenoszenie głowic tego ostatniego typu jest w zasadzie jej podstawowym zadaniem. Zasięg rakiet na paliwo stałe wynosi od 30 do ponad 100 kilometrów. Nawet po zakazie stosowania broni chemicznej i biologicznej, poza głowicami jądrowymi pozostają konwencjonalne i propagandowe. Eksploatacja wyrzutni nie wymaga żadnych specjalnie wyrafinowanych środków technicznych. W wielu miejscach ich garażowania można odnaleźć wzdłuż ścian co parę metrów metalowe kółka - kiedyś służyły do wiązania kawaleryjskich koni.

Jak wiadomo parametry materiałów wybuchowych oraz przekroje czynne materiałów rozszczepialnych zależą od temperatury. Stąd przed użyciem jedynym wymaganiem jest doprowadzenie temperatury głowic jądrowych do zadanej w instrukcji. Załatwia to brezentowy ochraniacz na głowicę ze spiralami grzejnymi wewnątrz i układem regulacji temperatury. Notabene świetnie spełnia też rolę śpiwora dla zespołu obsługi wyrzutni, kiedy w środku srogiej zimy trzeba przespać na śniegu noc pod gołym niebem.

Przygotowanie miejsca startu to wbicie palika na kawałku wolnego pola, rozstawienie metalowych szpilek ("śledzi" jak w namiocie) znaczących w równych odstępach kąty oraz dowiązanie kilku punktów topograficznych niezbędnych do precyzyjnego zorientowania wyrzutni. Poza tym skompletowanie podstawowych danych meteorologicznych. Przygotowanie z pełnego marszu miejsca startu mierzy się w dziesiątkach minut, podobnie jak pełne przygotowanie wyrzutni do odpalenia rakiety.

Głowice jądrowe przechowywane są w pojemnikach o rozmiarach beczki, z płozami do ciągnięcia po ziemi lub śniegu. Zwykły śmigłowiec może jednorazowo przetransportować kilka ich sztuk. Jak jednak wiadomo przywódcy radzieccy od zawsze obawiali się puczu ze strony armii, stąd pilnowanie wszelkich składów większych ilości głowic znajduje się nie w gestii wojskowych, ale specjalnych wojsk ministerstwa spraw wewnętrznych. Ci sami "żołnierze spraw wewnętrznych" strzegą też tajnych obiektów wojskowych i instytutów, jak trzeba to sprzątają różne miejsca, gdzie woda przypadkowo wymyła kości ofiar NKWD z czasów Józefa Wisarionowicza Stalina lub Feliksa Edmundowicza Dzierzyńskiego, oni też byli "likwidatorami" awarii w Czarnobylu.

Na szczeblu armii (złożonej z kilku dywizji) w strukturze Układu Warszawskiego dodatkowo pojawiał się dywizjon rakiet strategicznych. Wyrzutnia ma wymiary ciężkiego dźwigu budowlanego, i jest zaledwie niewiele mniej mobilna od taktycznej. Rakiety balistyczne na paliwo ciekłe (Scudy znane z wojny irackiej) startują pionowo ze stołów startowych, zasięg wyraźnie większy, moc termojądrowych głowic też. Niedogodnościami jest czas napełniania rakiety paliwem płynnym oraz ewentualna konieczność jego przepompowania z powrotem do cystern.

W związku z całym tym medialno-politycznym zamieszaniem, jakie publikatory roznieciły przy okazji przecieków prasowych, mam kilka uwag co do dziennikarskich komentarzy. W Polsce jest wystarczająco duża liczba osób mających jakie takie pojęcie o poruszanym zagadnieniu. Oficerów przeszkolonych do obsługi nosicieli broni jądrowej można liczyć w tysiącach, żołnierzy obsługi co najmniej w dziesiątkach tysięcy. Ruchome wyrzutnie rakiet taktycznych były nieodłącznym elementem każdej dywizji. Nazywane były pieszczotliwie "Kaśkami", od pierwszej litery dawnego oznaczenia wojskowego. Rakiety balistyczne też nie były nieznanym rarytasem. Jak można więc popisywać się publicznie swoją głupotą, wierząc w skuteczność inspekcji ekspertów? Czego oni mają tam szukać, igły w stogu siana? Czy tak trudno ocenić realnie szansę odnalezienia kilkuset beczek metalowych?

Marek Rabiński


Oskarżenia i kalumnie

Choć uczeni odkrywają nowe prawa przyrody, to dzięki wynalazcom odkrycia te przyczyniają się do rozwoju cywilizacyjnego ludzkości. Nic więc dziwnego, że pod koniec ubiegłego roku Pan Premier zaprosił wyróżniających się wynalazców z całej Polski na uroczystość wręczenia specjalnych dyplomów. Tłum około 300 laureatów zebrał się w sali kolumnowej i po długim czekaniu został przepędzony jakimiś piwnicami do sali pozbawionej krzeseł, nie mówiąc już o fotelach lub kanapach. Po mniej więcej godzinie oczekiwania ktoś o wyglądzie i manierach woźnego (może to faktycznie był woźny) oznajmił zebranym, że Pan Premier ma ważniejsze sprawy na głowie i nie może przyjść na uroczystość. Dyplomy, ale tylko złotym medalistom, wręczył anonimowy urzędnik, innym obiecano rozdać wyróżnienia dopiero w lutym przy jakiejś innej okazji.

Nasi prześwietni politycy mówią wciąż o tym, jak głęboko im leżą na sercu sprawy nauki, techniki, wynalazczości, kultury i wszystkiego tego, co na razie jeszcze różni Polskę od krajów, które kiedyś zaliczano do tzw. trzeciego świata. Ale w rzeczywistości sprawy te zupełnie ich nie obchodzą, a całą swoją energię poświęcają na utrzymywanie się przy władzy i walce o ponowny wybór. Nigdy nie poddają się sile argumentów, ale często ulegają argumentowi siły. Dlatego też robią wszystko, co w ich mocy, aby nie narazić się górnikom, a strajkującymi siostrami zupełnie się nie przejmują. Od początku wszystkim było wiadomo, że reforma służby zdrowia została zaprojektowana, a następnie wprowadzona w życie przez ludzi niekompetentnych, a jej głównym celem, i jedynym, który się udał, było stworzenie odpowiedniej liczby dobrze płatnych posad w kasach chorych i zawarcie niebotycznych kontraktów menedżerskich z wybranymi dyrektorami placówek służby zdrowia. Mimo to przez dwa lata nie zrobiono nic, aby usunąć niektóre przynajmniej jawne nonsensy organizacyjne i najbardziej spektakularne przejawy marnotrawstwa publicznych pieniędzy. Dawniejszy rząd wiedział, że się wyżywi, a obecny wie, że się wyleczy w klinice przy Wołoskiej. Do tej kliniki nie wpuszcza się już profesorów, którzy mieli prawo leczenia w klinice rządowej przy Emilii Plater zlikwidowanej po to, aby pozbyć się uczonej hołoty, a także aktorów i innych rozmaitych artystów, co utrudniali naszym prześwietnym przywódcom dostęp do niezreformowanej służby zdrowia.

Rządzący nie boją się pielęgniarek, ale również nie czują lęku przed uczonymi i artystami, i dlatego nauka i kultura nie mają żadnych szans w dzisiejszej Polsce. Wkrótce większość instytutów naukowych przestanie istnieć, a wyższe uczelnie publiczne i prywatne zaczną nie przebierając w środkach walczyć o pieniądze na wzór warszawskiej Szkoły Dziennikarskiej. Ta wspaniała uczelnia ma dwóch rektorów, a każdy z nich swój zespół ochroniarzy. Rektorzy wspomagani przez ochroniarzy kolejno okupują budynek Szkoły i wzajemnie się z niego wyrzucają. Zastanawiamy się z przyjacielem, czy znajdzie się nowy Krasicki, który opisze warszawską Profesoromachię?

JAM


Droga Redakcjo,

trochę mnie zbulwersowała poniższa fraza z eseju Jana Mrufki pt. "Okolice Czarnobyla się odradzają" z NEUTRONÓW nr 17/2000:

"...jak wiadomo głupota ludzka jest stała w czasie i niezmierzona (patrz stosowne publikacje JAM-a w NEUTRONACH)...".

Otóż proszę zauważyć, że jeżeli prawdziwe jest twierdzenie Mrufki, iż głupota JAM-a jest niezmierzona, to wynika stąd, że mądrość JAM-a - jako przeciwieństwo głupoty - jest niezmierzona w dokładnie takim samym stopniu. Stałość głupoty/mądrości JAM-a w czasie jest w tym kontekście problemem drugorzędnym.

Z powyższego wynika, że twierdzenie Mrufki, jako wewnętrznie sprzeczne, mogło zostać sformułowane wtedy i tylko wtedy, gdy Mrufka wypił albo za dużo, albo za mało. Budzi to moje współczucie, którego wyrazy załączam.

Z barowym pozdrowieniem

Andrzej Horodeński
(ex-REZONANS, W OKOPACH, BIULETYN SOLIDARNOŚCI IBJ)

Od Redakcji:

Samokrytycznie przyznajemy, że nie zwróciliśmy też uwagi na konsekwencje logiczne następującego rachunku zdań:
- wszyscy ludzie są głupi (prawo JAM-a)
- JAM jest człowiekiem
skąd:
- JAM jest równie głupi jak wszyscy.

Mrufka z wdzięcznością przyjmuje załączone wyrazy głębokiego współczucia po karygodnym niedopatrzeniu. Jako pracownik IEA wypił oczywiście za mało z uwagi na brak funduszy. Obiecuje poprawić się natychmiast jak tylko "Cztery Wielkie Reformy" wydadzą swoje błogosławione owoce.

A poza tym z innej beczki - czy do listy byłych periodyków świerkowych, które Andrzeju redagowałeś, nie chciałbyś dodać aktualnego tytułu 'stały korespondent NEUTRONÓW'?

Tym bardziej, że potencja twórcza naszego korespondenta z Niemiec ostatnio wyraźnie spadła (czyżby skierował ją w jakimś innym kierunku?) i czujemy pustkę w naszych sercach.

Od JAM-a:

Nigdy nie twierdziliśmy, że wszyscy ludzie są głupi. Nie jesteśmy aż tak głupi, aby nie wiedzieć, że są wyjątki. Przypominamy nasze prawo: Głupota jest cechą gatunkową człowieka. Innymi słowy: Człowiek jest z natury głupi. Prawo nasze nie wyklucza tego, że w przyrodzie może się pojawić tzw. freak of nature czyli wybryk natury czyli człowiek mądry.

W świetle tych uwag sylogizm przytoczony wyżej jest bez sensu, a więc nasze prawo działa.

Zaangażowanie prominentnych polityków Unii Europejskiej w dyskusję na temat syndromu bałkańskiego świadczy o tym, że wśród polityków wspomniane wyżej wybryki natury są zjawiskiem niezwykle rzadkim.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: e02ka@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony