[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 11 (88) / 2001
12 września 2001

Numer NEUTRONÓW, który przedstawiamy Państwu, mieliśmy gotowy już wczoraj rano, a dziś chcieliśmy go tylko rozesłać.

Niestety od wczoraj świat już nie jest ten sam. Straszliwa tragedia, jaka się wydarzyła w Ameryce, wstrząsnęła podstawami naszej kultury i cywilizacji. W pierwszym odruchu chcieliśmy odłożyć wydanie numeru, ze względu na jego żartobliwy charakter. Po zastanowieniu doszliśmy do wniosku, że nie możemy pozwolić, aby terroryści zawładnęli naszymi umysłami i naszym życiem.

Wszystkim naszym Czytelnikom mieszkającym w Stanach Zjednoczonych, a także wszystkim Amerykanom, składamy wyrazy szczerego współczucia.

Jesteśmy przekonani, że naród amerykański przezwycięży skutki katastrofy i wyjdzie z tej próby silniejszy, a z nim cały cywilizowany świat.


W numerze:
  • Nukleonika trzyma się mocno
  • Stare dobre pomysły JAM-a
  • Prosty fizyk w obronie gerontów
  • Internet w Polsce ma już dziesięć lat

Energetyka jądrowa a reszta nukleoniki

Rok 2000 rozpoczął się m.in. polityczną decyzją KERM praktycznie odsuwającą wprowadzenie energetyki jądrowej w Polsce ad calendas graecas i to nawet w formie zupełnie początkowej. W związku z tym mogło powstać mylne wrażenie, o związku tego, kontrowersyjnego zresztą posunięcia, z rozwojem teoretycznej i stosowanej nukleoniki w Polsce, z którą jest związana praca tysięcy ludzi. Brak elektrowni jądrowych w Polsce nie ma żadnego związku z rozwojem prac podstawowych w dziedzinie chemii fizycznej i chemii polimerów oraz fizyki jądrowej, radiobiologii, radiologii, medycyny nuklearnej, obróbki radiacyjnej materiałów, sterylizacji sprzętu medycznego, ochrony radiologicznej, ochrony przeciwpożarowej (produkcja i konserwacja czujników dymu), przechowywania odpadów promieniotwórczych. Dziedziny te rozwijają się mimo nieobecności energetyki jądrowej w Polsce i dalszy jej brak nie wpłynie w żadnym stopniu na ograniczenie postępu naukowo-technicznego i produkcyjnego.

To że energetyka jądrowa nie ma praktycznie żadnego związku dziedzinami nukleoniki wyżej wymienionymi przekonaliśmy się już w okresie budowy EJ w Żarnowcu, w kompleksie energetycznym z elektrownią pompowo-szczytową. W Instytucie Badań Jądrowych, który skupiał wówczas największy potencjał badawczy w dziedzinie nukleoniki przekonaliśmy się, że wytwarzanie energii elektrycznej, której częścią są elektrownie nuklearne, chodzi swoimi ścieżkami. Mimo że EJ Żarnowiec była konstrukcją polską, a w swojej istocie bliższą rozwiązań czeskich niż rosyjskich, co zbyt słabo podkreślano, udział IBJ był minimalny. Energetyka polska szukała rozwiązań własnych, często dublując komórki badawcze IBJ. Rozwój energetyki jądrowej w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej był podobny, choć zakończony doprowadzeniem do pożytecznego celu a nie rzuceniem miliarda dolarów w błoto, jak u nas, polityczną decyzją rezygnacji z Żarnowca. Nukleonika związana z elektrowniami jądrowymi rozwija się pozostałych wymienionych krajach w "pionach" energetyki, niezależnie od podstawowych instytutów nukleonicznych, należących do tamtejszych Akademii Nauk.

Komentując decyzję KERM można zauważyć, że to co się stało, jest podobne do spetryfikowanego stanowiska w tych krajach, które od początku, mimo ewidentnych strat odcięły się od energetyki jądrowej, jak Austria, Dania, Włochy. Jednocześnie następuje coraz większy rozkwit nuklearny takich krajów jak Francja, która energię elektryczną, wytwarzaną jądrowo eksportuje, z zyskiem oczywiście, pomimo "zielonych" przeszkadzaczy. Które rozwiązanie jest lepsze - łatwo odpowiedzieć. Irracjonalne siły przeciwne nukleonice, a także nie zawsze obiektywne media, wpływają ujemnie na energetyków, którzy dlatego mają stosunek niekoniecznie entuzjastyczny do energii jądrowej. Wiadomo przecież, że najmniejszy incydent w niejądrowej części elektrowni nuklearnej rozdymany jest do katastrofy, a identyczny w elektrowni konwencjonalnej traktowany jest jak statystyka: Na każdy milion ton wydobytego węgla przypada w Polsce co najmniej jedna ofiara śmiertelna na miejscu oraz 10 ciężko poszkodowanych inwalidów, oraz drugie tyle przy transporcie nośników energii i pozyskiwaniu prądu elektrycznego. Ale o tym w mediach pisze się dopiero gdy ta średniówka tragedii nienuklearnej zostanie mocno przekroczona.

Zreasumujmy: wszelkie elektrownie budowane są przez energetykę, a wybór typu nie jest określany sentymentami czy resentymentami. Jeżeli gdzieś powstaje EJ to nie dlatego że naukowcy i działacze są "za", tylko że energetycy uznali ją za opłacalną i społecznie akceptowalną, a lokalizacja pasuje do sieci w danym rejonie. Do fizyków, chemików, radiobiologów i specjalistów ochrony radiologicznej należy tylko by patrzeli uważnie (i uzbrojeni byli w środki prawne) na działania energetyków, którzy czasem zapominają o korzeniach tej technologii i doprowadzają do nieprzewidzianych regulaminem operacji, jak to miało miejsce w Three Mile Island i w Czarnobylu. Odium spadało wtedy w oczach opinii publicznej na naukowców, budząc obrzydzenie do wszystkiego co związane z promieniowaniem. My chemicy, jeżeli uznajemy łatwe do udowodnienia fakty, winniśmy akceptować prawidłową energetykę jądrową jako najczystszą i najbardziej przyjazną środowisku, natomiast nasza racja stanu wymaga wyraźnego stwierdzenia, że nie jesteśmy w jakikolwiek sposób uzależnieni od jej obecności w naszym Kraju. To my jesteśmy potrzebni energetykom, a nie oni nam i dlatego uchwała KERM jest nam obojętna, o czym zapewniam koleżeństwo chemiczne i w ogóle techniczne i naukowe, które patrzy na nas czasem podejrzliwie.

Prof. dr hab. Z.P. Zagórski
Instytut Chemii i Techniki Jądrowej w Warszawie

Tekst ten ukazał się w listopadzie roku 2000 w czasopiśmie ORBITAL, organie Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Chemicznego. Redakcja NEUTRONÓW zdecydowała się tekst ten przedrukować (za zezwoleniem Redakcji ORBITALA), ponieważ mimo upływu ponad pół roku wydaje się pasować do toczącej się w NEUTRONACH dyskusji. Przy okazji wznowienia tekstu warto dodać dwa fakty wzmacniające argumenty notatki:

  • W komentarzach do najświeższej tragicznej katastrofy górniczej na Ukrainie stwierdzono, że liczba ofiar śmiertelnych wynosi tam średnio 4 na milion wydobytych ton węgla.
  • Wiadomość prasowa umieszczona na dalekich stronach gazet donosiła o śmierci 3 osób w angielskiej elektrowni gazowej. Czy wyobrażacie sobie, Czytelnicy, gdzie i z jakim komentarzem umieszczono by taką notatkę, gdyby te 3 osoby zginęły w jednej z angielskich elektrowni jądrowych?

Z.P.Zagórski


Oskarżenia i kalumnie czyli o profesorach zero i minus jeden

Parę tygodni temu ukazał się w tygodniku WPROST artykuł o profesorach. Już po drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy WPROST drukuje tekst, którego autor przeciwstawia się powszechnie panującym poglądom. Wszyscy bliżej lub dalej związani z atomistyką pamiętamy zdumienie, jakie w nas wywołało to, że w polskiej prasie ktoś się odważył napisać, że Czarnobyl jest największym blefem XX wieku.

Od wielu lat wszystkie badania opinii publicznej nieodmiennie wskazują na to, że zawód profesora uniwersytetu (a w domyśle również profesora zatrudnionego w instytucie naukowym) cieszy się najwyższym autorytetem wyprzedzając wyraźnie lekarzy, polityków, prawników, księży i przedstawicieli wielu innych zawodów. I oto dziennikarz z WPROST pierwszy się odważył krzyknąć: Król jest nagi. Już sam tytuł jest szokujący: Profesor Zero, nie mówiąc o podanej przez autora charakterystyce przeciętnego polskiego profesora, który, zdaniem autora artykułu, dobiega sześćdziesiątki i siedzi jak mysz pod miotłą, bo doskonale zdaje sobie sprawę ze swej przeciętności.

Nie ma się chyba co dziwić frustracji, w jaką wpadł mój przyjaciel po przeczytaniu tego artykułu. Dawno już przekroczył on sześćdziesiątkę i zasługuje już zapewne na miano Profesora Minus Jeden. Z drugiej strony jednak zdaje on sobie doskonale sprawę z tego, że wszystkim nam znane niedostatki polskiej nauki nie wynikają wyłącznie z powodu braku pieniędzy i że mają w tym swój udział również profesorowie i to ci z najwyższej półki, którzy, zasiadając w najrozmaitszych ważnych komisjach i radach, odpowiadają za obecny stan organizacyjny polskich instytucji naukowych i życia naukowego w Polsce. Stan prawny w tej dziedzinie jest mieszaniną wzorów jeszcze dziewiętnastowiecznych, ze sporą domieszką rozwiązań wymyślonych w byłym kraju byłego przodującego socjalizmu. Pisaliśmy o tych sprawach obszernie trzy lata temu w NEUTRONACH. Zainteresowanych odsyłamy do numerów 18(34)/1998 z 18 sierpnia i 19(35) z 2 września 1998 roku. Nie mamy zamiaru wracać dzisiaj do szczegółowego opisu objawów choroby, jaka, naszym zdaniem, toczy polską naukę i powoduje, że jesteśmy coraz bardziej w tyle już nie tylko za Czechami lub Węgrami, ale coraz bliżej przysłowiowej Albanii. Warto chyba jednak przypomnieć tym z naszych Czytelników, którzy nie pamiętają tego, co pisaliśmy trzy lata temu, że najważniejszymi zmianami, jakie byśmy wprowadzili, gdyby ktoś nagle wyposażył nas w absolutną władzę decydowania o sprawach polskiej nauki, byłoby, po pierwsze, zlikwidowanie stopnia doktora habilitowanego, po drugie, przyznanie wszystkim nauczycielom akademickim, od adiunkta (ze stopniem doktora) począwszy, prawa prowadzenia prac doktorskich, i po trzecie, udzielenie wszystkim Radom Wydziału na uczelniach i Radom Naukowym w instytutach prawa nadawania stopnia doktora.

Tym, którzy będą twierdzić, że to, co proponujemy, spowoduje gwałtowny spadek poziomu nauki w Polsce, powiemy, że w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii i we wszystkich krajach, w których istnieje anglosaski system edukacji, nie ma obowiązkowej habilitacji, a prace doktorskie może prowadzić każdy nauczyciel akademicki zatrudniony w dowolnej wyższej uczelni. Daj nam, Panie Boże, choć jedną nagrodę Nobla z tych, które uzyskują pracujący w tych krajach uczeni bez stopnia doktora habilitowanego.

Usunięcie przepisów, które powodują, że w Polsce młody maniak, któremu się zamarzyła praca naukowa, przez sześć lat jako doktorant jest uczniem, osiem lat jako adiunkt młodszym czeladnikiem, dalszych kilkanaście lat jako doktor habilitowany starszym czeladnikiem, a na koniec, jeśli ma wyjątkowe zdolności lub wyjątkowe szczęście, już dobrze po pięćdziesiątce, mistrzem, z pewnością zwiększyłoby napływ młodych ludzi do nauki. Koryfeusze polskiej nauki często narzekają na lukę pokoleniową. Co będzie, gdy ostatecznie wymrą dzisiejsi emeryci? Kto ich zastąpi? Ale co sami robią, aby tę lukę wypełnić? Niestety w tej materii jesteśmy z przyjacielem pesymistami i nie sądzimy, aby w dającej się przewidzieć przyszłości mogły w tej sprawie nastąpić jakiekolwiek zmiany obowiązujących obecnie przepisów. Kto ma je zaproponować? Polska Akademia Nauk, w której średni wiek członków z pewnością przekracza sześćdziesiątkę?

JAM
10 września 2001 r.


Profesor ZERO

Jak wiadomo w artykule prasowym najważniejsze jest pierwsze zdanie. Dlatego zapewne Marcin Szwed we WPROŚCIE z 26.08.2001 rozpoczyna ostro - "Przeciętnego polskiego profesora nikt i nic nie zmusza do prowadzenia jakichkolwiek sensownych badań naukowych, choćby próby zainteresowania słuchaczy wykładami".

Co prosty fizyk rozumie z tego zdania? Po pierwsze to, że Autor stawia znak równości pomiędzy badaniami i wykładami. Możliwe jest też, że nie rozróżnia języka mówionego od pisanego, albo że korekta przeoczyła brak słowa 'czy' przed 'choćby'. Po drugie, rodzi się w nim podejrzenie, że redakcja WPROST postanowiła poprzeć SLD w drodze do władzy. Powyższe zdanie oznacza bowiem tyle, że w obecnym układzie politycznym instytucje państwowe powołane do rozsądnego przydziału wypracowanych przez społeczeństwo środków nie wypełniają swych obowiązków, bo przydzielają pieniądze profesorom - nierobom. Również nie wykonują swych obowiązków organa nadzorcze i kontrolne. A rząd sławi swe sukcesy w dziedzinie niezbędnych i epokowych reform. Wnioski nasuwają się same.

Donos na prof. W., który kupił sekwenator za 320 tys. zł. i nie wykorzystuje jego mocy przerobowych też jest dwuznaczny. Warto byłoby bowiem sprawdzić, czy wyżej wymieniony geront ma odpowiedni personel, aby badać kilkaset próbek dziennie, a także czy ma fundusze na odczynniki itp. Znana jest bowiem w nauce, i nie tylko w nauce, metoda zakupu jakiegoś elementu potrzebnego do badań i następnie wymuszanie kolejnych zakupów, aby go w pełni wykorzystać. Prócz tego nie jest wykluczone, że geront kupił sekwenator, żeby świadczyć usługi konkurencyjne w stosunku do 'specjalistycznej firmy' i cena usług mogłaby spaść ku chwale ojczyzny.

Tyle żartów. Sytuacja w nauce jest poważna. Sposób traktowania nauki był zawsze miernikiem szaleństwa, które ogarniało od czasu do czas ekipy rządzące. Dziś mamy tego skutki. Od dziesięcioleci usłużni dziennikarze piętnują naukowców wtedy, kiedy to jest potrzebne dla odwrócenia uwagi od aktualnych błędów popełnianych przez rządzących. Tak więc pod koniec lat siedemdziesiątych to naukowcy byli odpowiedzialni za załamanie się reform gierkowskich. Teraz sytuacja się powtarza. Miejmy nadzieję, że w skali makro możemy jakoś z obecnego kryzysu się wydostać i nawet przy okazji zmądrzeć. Nauka może już jednak osiągnąć poziom, który wyznaczy mgr Anusz.

Jan Mrufka - już niedługo geront


Internet powstał na Hożej

Historia Internetu w Polsce rozpoczęła się dziesięć lat temu, 17 sierpnia 1991 roku, w baraku na Hożej. Jeszcze wcześniej, w sierpniu 1989 roku, ukazała się pierwsza polska gazeta elektroniczna - DONOSY, też wydawana w tym baraku.

MAR


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: k.andrzejewski@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony