[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 13 (90) / 2001
19 listopada 2001

W numerze:
  • Trochę przydługa "Analiza porównawcza dwóch wybranych scenariuszy koszmaru"
  • Strachy na Lachy
  • Emocje górą
  • Lekarze niemieccy przeciw pani minister
  • Człowiek i promieniowanie
  • Jeszcze o kozach i podatku

Z ostatniej chwili:

Miło jest nam donieść, że w dniu 13 listopada 2001 pomiędzy Skarbem Państwa (czyli Wierzycielem) a Instytutem Energii Atomowej (czyli Dłużnikiem) została podpisana "Umowa o zwolnienie z długu", który obejmuje wierzytelność główną oraz odsetki. Umowa została podpisana przez Podsekretarza Stanu w Ministerstwie Finansów Pana Jacka Uczkiewicza, a ze strony IEA przez Panów Dyrektorów Krzysztofa Wieteskę i Stefana Chwaszczewskiego.


Oświadczenie

Redakcja NEUTRONÓW wyraża ubolewanie z powodu tego, że w felietonie Jana Mrufki pt. "Gazeta-nauka czyli naukowy Superexpress" NEUTRONY 12 (89) 2001 omawiającym artykuł p. Artura Włodarskiego pt. "Jak terroryści mogą zaatakować elektrownię jądrową" (GAZETA WYBORCZA z dn. 11 października 2001 r.) znalazły się sformułowania, które mogły urazić Autora artykułu.


Gazetowy Armageddon

W artykule "Jak terroryści mogą zaatakować elektrownie jądrowe" Artura Włodarskiego w GAZECIE WYBORCZEJ (czwartek, 11 października 2001) uwagę moją zwróciły odnośniki do tekstu z NEW SCIENTIST. Wydało mi się nieprawdopodobnym, by to uznane czasopismo popularnonaukowe mogło napisać to, co przypisała mu GAZETA. Odnalazłem oryginał i wszystko stało się jasne.

Oryginał to "Scenariusz z nocnego koszmaru" (The nightmare scenario) z podtytułem "Co mogłoby się wydarzyć, gdyby odrzutowiec pasażerski wbił się w zakład jądrowy?", na stronie 10 NEW SCIENTIST, rocznik 172 numer 3212 z 13 października 2001. Autor - Rob Edwards - w bardzo wyważony sposób omawia potencjalne zdarzenia, które mogłyby towarzyszyć rozważanej sytuacji, przytacza wypowiedzi wielu osób i instytucji, zarówno argumenty jak i kontrargumenty.

Łatwo jest zlokalizować w oryginalnym tekście kilkuzdaniowe akapity, stąd ich kolejnych numerów będę używał dla precyzyjnego umiejscowienia stwierdzeń.

W raptem sześciu, wcale nie przesadnie rozbudowanych, zdaniach dwóch pierwszych akapitów autor wprowadza czytelnika w temat, "nieomal zbyt przerażający, by brać go pod uwagę" - Boeing 747 z 200 tysiącami litrów paliwa leci w kierunku budynku B215 w kompleksie zakładów przerobu paliwa jądrowego w Sellafield w Kumbrii (Anglia). W zaledwie trzech zdaniach trzeciego akapitu zostają podane zasady mokrej metody Purex przerobu paliwa (rozpuszczenie prętów paliwowych w kwasie azotowym i ekstrakcja plutonu), umieszczenie powstałych odpadów w pojemnikach w B215, zostaje też podniesiona konieczność chłodzenia zbiorników, by nie doprowadzić do wrzenia ich zawartości (pod wpływem wydzielanego przez radioizotopy ciepła) oraz do dalszych wycieków.

W akapitach 4-10 omówiono możliwe konsekwencje uderzenia porwanym odrzutowcem pasażerskim w budynek B215, niemal pewnego uszkodzenia w takim przypadku paru zbiorników z odpadami oraz wydostania się w czasie pożaru części ich zawartości do atmosfery - ten oczywisty wniosek potwierdza Gordon Thompson z Instytutu w Cambridge (w USA, stan Massachusetts). Gdy palił się Pentagon strażacy nie mieli piany niezbędnej do gaszenia płonącego paliwa, autor artykułu zadaje więc retoryczne pytanie - czy w Sellafield ją mają? Przedstawiciele BNFL (British Nuclear Fuels plc) nie chcieli powiedzieć. Jestem pewien, że dowództwo sił specjalnych zapytane o szczegóły najbliższego niespodziewanego ataku na bazę przywódcy terrorystów nie udzieliłoby dziennikarzowi konkretniejszej odpowiedzi.

Eksplozja paliwa i spowodowany tym pożar byłby dopiero początkiem sekwencji rozważanych wydarzeń (akapit 7). Najprawdopodobniej uszkodzone zostałyby systemy chłodzenia zbiorników. Stąd w tych z nich, które przetrwałyby uderzenie samolotu, mogłoby dojść do wzrostu temperatury, a to zwiększyłoby wyciek. Zdaniem G. Thompsona połowa z 2400 kg cezu-137 (czyli 1200 kg) mogłaby dostać się do atmosfery. Uwolnienie cezu byłoby 44 razy większe niż w trakcie awarii w Czarnobylu, co spowodowałoby skażenie dużych połaci Wielkiej Brytanii i (w zależności od kierunku wiatrów) Irlandii, Europy kontynentalnej oraz dalej położonych terenów. "Niektóre miejsca mogłyby nie nadawać się do zamieszkania" (akapit 9). Zwrócono uwagę na to, że gęstość zaludnienia w Anglii jest oczywiście wyższa niż na Ukrainie, mógłby też powstać chaos (gdyby władze próbowały zorganizować masową ewakuację) a w następnych latach współczynnik zgonów mógłby bardzo wyraźnie wzrosnąć. Thompson szacuje, że gdyby model ekspozycji społeczeństwa był podobny do związanego z awarią w Czarnobylu, to w czasie 50 lat mogłoby zostać wywołanych 2 miliony przypadków raka. Od siebie mogę dodać - ów warunek podobieństwa modelu ekspozycji wymaga między innymi, by na terenach najbardziej rozwiniętych państw Europy Zachodniej niedożywienie społeczeństwa, poziom kultury medycznej, struktura społeczna, sposób przeprowadzenia ewakuacji, sprawność podejmowania decyzji organizacyjnych itd. były takie, jak 15 lat temu na głębokiej prowincji ZSSR.

Autor artykułu ubolewa, że instytucje, do których się zwrócił, nie chciały odpowiedzieć wprost na jego pytania. Przytacza jednak następujące oświadczenie BNFL (akapit 12): "Większe instalacje jądrowe, włączając w to na przykład reaktory i składowiska wysoce aktywnych odpadów, są zbudowane zgodnie z ekstremalnie wysokimi standardami technicznymi, a integralną częścią ich konstrukcji są ogromne masy zbrojonego betonu. Instalacje te są odporne na wiele zagrożeń ze strony terrorystów, z uderzeniem samolotu włącznie. Analizy bezpieczeństwa i plany na wypadek nieprzewidzianych sytuacji uwzględniają takie zdarzenia." W kolejnym akapicie autor rozważa zagadnienie odporności konstrukcji zbiorników zawierających odpady na uderzenie samolotu. Cytuje też zgodną opinię BNFL i Inspektoratu Instalacji Jądrowych, że ryzyko związane z uderzeniem samolotu w zbiornik jest zbyt odległe, by warte było rozważań.

Dalszy wątek artykułu (akapity 14 i 15) - niezależny inżynier jądrowy John Large zidentyfikował na terenie zakładów Sellafield siedem potencjalnych celów ataku terrorystów. Jak wiadomo, plany tego ośrodka są publicznie dostępne, a zdobycie szczegółowych zdjęć fotograficznych z lotu ptaka nie wydaje się być trudne. "To może być bardzo łatwe dla grup terrorystów" twierdzi Large o możliwości wykonania zdjęć. Tezę tę potwierdza informacja, że każdego roku wzdłuż wybrzeża w pobliżu Sellafield odbywają się tysiące lotów samolotów pasażerskich. Rzeczywiście, należy się całkowicie zgodzić z twierdzeniem autora, że w tych warunkach wykonanie przez okno rejsowego samolotu zdjęć lotniczych ośrodka wydaje się możliwe i łatwe. Mogę od siebie dodać, że ośrodek La Hague można oglądać przez dostępne w Internecie kamery (http://www.cogemalahague.fr/LaHague/).

Akapity 16 i 17 opisują kłopoty zakładów przerobu paliwa jądrowego w Sellafield z nadążaniem z redukcją objętości odpadów oraz ich zeszkliwianiem (zamianą ich w kamyki sztucznego bazaltu). Owe trudności są jak wiadomo spowodowane nieprawdopodobnie dużym popytem na usługi ośrodka. W akapicie 32 wspomniano też, że w 3 tygodnie po ataku na WTC rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję o budowie kolejnego zakładu w kompleksie Sellafield. Nowy zakład produkcji paliwa jądrowego będzie rocznie zamieniał 6 ton plutonu odzyskiwanego z wypalonych prętów paliwowych w paliwo jądrowe MOX, składające się z mieszaniny tlenków uranu oraz tlenków plutonu. Oba izotopy rozszczepialne są odzyskiwane z wypalonych prętów, na tym właśnie między innymi polega przerób.

"Atak na Sellafield to najprawdopodobniej scenariusz najgorszego przypadku, ze względu na duże ilości substancji radioaktywnych, które mogą zostać uwolnione" - stwierdza autor w akapicie 18, przypominając o istnieniu podobnych (choć mniejszych) instalacji w innych krajach. W szczególności wspomina o drugim dużym zakładzie przeróbki paliwa jądrowego w La Hague na wybrzeżu francuskiej Normandii. Przytoczone zostają oszacowania Światowej Służby Informacyjnej d/s Energii (WISE), mówiące o możliwości uwolnienia w przypadku tego kompleksu 60 razy większej ilości cezu-137 niż z Czarnobyla - ale autor artykułu zwraca uwagę na niemożność porównań tych danych z uprzednio cytowanymi oszacowaniami dla Sellafield, ponieważ w analizie WISE przyjęto założenie o uwolnieniu całości radioizotopów.

Akapit 20 rozpoczyna się stwierdzeniem: "Składowiska odpadów nie są jedynymi lokalizacjami podatnymi na zniszczenia". Autor artykułu przechodzi do omówienia bezpieczeństwa elektrowni jądrowych. Przytacza stwierdzenie oficjalnych czynników brytyjskich, że bezpieczeństwo instalacji jądrowych jest aktualnie przedmiotem przeglądu. "Ale inne kraje potwierdziły, że niektóre reaktory jądrowe mogą znieść uderzenie dużego samolotu". Następuje prezentacja (akapity 21-25) poglądów WISE, Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) oraz Nuclear Regulatory Commission (NRC) z USA - wskazujących różne aspekty podatności elektrowni jądrowych na taką ewentualność.

Cytowany już John Large oferuje czytelnikom "okruch nadziei" - jego zdaniem ze względu na obudowę bezpieczeństwa ze zbrojonego betonu o grubości 1 metra pracujące w Anglii udoskonalone reaktory chłodzone gazem (AGR) mogą przetrwać uderzenie samolotu. Z tą opinią zgadza się przedsiębiorstwo energetyczne British Energy, które prowadzi eksploatację siedmiu angielskich elektrowni jądrowych z takimi reaktorami. Na potwierdzenie swoich słów przedsiębiorstwo przytacza przeprowadzony w 1989 roku przez USA i Japonię test zderzeniowy, w czasie którego wykazano, że silniki lecącego z prędkością 800 km/godzinę myśliwca F4 Phantom wbiły się zaledwie na 6 cm w betonową ścianę o grubości 3,7 metra. Myśliwiec F4 waży co prawda jedynie 28 ton, ale naukowcy z Instytutu Kontroli Jądrowej (USA) oszacowali, że silniki ważącego 179 ton Boeinga 767, lecącego z prędkością 850 km/godzinę, mogą się wbić w ścianę ze zbrojonego betonu na głębokość najwyżej jednego metra.

Od siebie mogę dodać, że w przypadku tej analizy zawodzą wszelkie proste skalowania energii kinetycznej. Nie można porównywać skutków uderzenia pocisku o twardym trzpieniu ze stali (lub ze zubożonego uranu) z uderzeniem kulą plasteliny, nawet gdy oba obiekty mają taką samą energię kinetyczną. W analizach bezpieczeństwa obiektów jądrowych dlatego rozważa się uderzenie myśliwca, że ten typ samolotu jest najniebezpieczniejszy - zwarta konstrukcja złożona z silników, pancerza kabiny pilota oraz podwieszonego uzbrojenia. Natomiast kadłub olbrzymiego samolotu pasażerskiego działa jak amortyzator i łagodzi uderzenie silników, które są jedyną w jego konstrukcji masą skupioną. Dlatego mechaniczne skutki uderzenia Boeinga paradoksalnie nie muszą być groźniejsze od skutków uderzenia myśliwca.

Co należy zrobić, by stawić czoła zagrożeniu? Od akapitu 26 Rob Edwards (autor artykułu) stara się udzielić odpowiedzi na to pytanie. Pisze o podjęciu już działań zapobiegających porwaniom samolotów oraz gwarantujących, że jakikolwiek porwany samolot będzie zestrzelony nim osiągnie cel (ze swej strony chciałbym zauważyć, że oba omawiane kompleksy od dziesięcioleci są ważnymi elementami systemów dwóch mocarstw atomowych - Wielkiej Brytanii i Francji). Przytacza informację, że czynniki oficjalne MAEA zasugerowały rozmieszczenie baterii przeciwlotniczych wokół wrażliwych na uderzenie ośrodków. Następnie prezentuje wzmiankę członka organizacji Greenpeace o jednych z pierwszych reaktorów byłego ZSSR do produkcji plutonu na potrzeby wojska - umieszczonych 250 metrów pod powierzchnią ziemi w Żeleznogorsku (dawniej tajny ośrodek pod kryptonimem Krasnojarsk-26). "Ale obecnie, nawet jeśli będzie taka wola polityczna, likwidacja 438 jądrowych reaktorów energetycznych produkujących na całym świecie energię elektryczną mogłaby zająć dziesięciolecia" (akapit 30).

Ostatni fragment artykułu (akapity 31-35) poświęcony jest ewentualności terroryzmu z użyciem broni jądrowej. Jak stwierdza autor - "wizja terrorystów budujących bombę atomową stała się już obiektem legend. Posłużyła jako kanwa scenariuszy filmowych, dostarczała pożywki spekulacjom mediów, a ostatnio przeraziła światowych przywódców" (akapit 31). Dlaczego jednak Al Qaida miałaby się trudzić budową bomby, skoro może porwać odrzutowiec pasażerski i zamienić go w bombę (akapit 32). "Najprawdopodobniej większych wysiłków i umiejętności wymaga zbudowanie broni jądrowej niż nakierowanie samolotu na budynek" (akapit 33). Ze swej strony chciałbym przypomnieć, że japońska sekta, która w 1995 roku przeprowadziła atak gazowy w tokijskim metrze, w 1993 roku z szybu w Australii wydobyła rudę uranu. Jednak daremne próby jej wzbogacenia (mimo możliwości dostępu do wykształconych specjalistów) nie dawały jakichkolwiek szans mrzonkom o jej zamianie ani w bombę, ani nawet w radioaktywny straszak. Zdaniem autora artykułu w NEW SCIENTIST byłoby jednak błędem sugerowanie, że kradzież plutonu i zamiana go w prymitywną głowicę jest poza zasięgiem zorganizowanych grup terrorystów. Autor przypomina też statystykę MAEA - 380 prób nielegalnego handlu materiałami radioaktywnymi od 1993 roku. Należy zauważyć, że wspomniane próby sprzedaży niewielkich ilości uranu i plutonu to głównie domena obywateli Wspólnoty Państw Niepodległych. Starali się oni wcisnąć potencjalnym kupcom przeciwpożarowe czujki dymu lub bezużyteczny uran zubożony. Z tego ostatniego, poza rdzeniami nowoczesnych pocisków, wykonuje się między innymi pojemniki na izotopy (ma ciężar właściwy 1,7 raza większy od ołowiu a twardość stali). W polskich szpitalach onkologicznych można znaleźć wiele takich pojemników.

Tyle, skrótowego z konieczności, omówienia oryginalnego artykułu z NEW SCIENTIST. Przejdę więc do artykułu z GAZETY WYBORCZEJ.

Skamieniałe ze zgrozy twarze pasażerów, szare ni to hangary, ni silosy, ni bunkry, dziwnie większa i sina chmura, ofiary śmiertelne. Jedyne zbieżne elementy trzech pierwszych akapitów z oryginalnym artykułem NEW SCIENTIST to 400 ton masy Boeinga 747, 200 tysięcy litrów paliwa i liczba 21 zbiorników w budynku B215 w Sellafield. W całym artykule ani słowa o tym, że chodzi o zakłady przerobu paliwa jądrowego. Tytuł jednak mówi o elektrowniach jądrowych, w pierwszym akapicie też to określenie się pojawia, później w tekście również.

Należy w tym miejscu wyjaśnić, że po angielsku elektrownia to 'power plant', zaś elektrownia jądrowa to 'nuclear power plant' (w skrócie 'NPP'). Z kolei angielskie 'plant' to obiekt przemysłowy, a 'nuclear plant' to zakład przemysłu jądrowego (w szczególności zakład przerobu paliwa jądrowego). Najprawdopodobniej podobieństwo określeń 'nuclear plant' i 'nuclear power plant' doprowadziło w artykule z GAZETY do przypisania elektrowniom jądrowym gigantycznych składowisk odpadów. Duże składowiska przejściowo towarzyszą przetwórstwu wypalonego paliwa jądrowego, w dodatku skupionego z całego świata w dwóch konkretnych miejscach. Na całym świecie są bowiem zaledwie dwa duże obiekty tej kategorii - Sellafield w angielskim hrabstwie Kumbria i La Hague we francuskiej Normandii. Obsługują cały cywilizowany świat energetyki jądrowej oraz część sektora wojskowego produkcji głowic jądrowych. Poza nimi Rosja ma swe słynne zakłady Majak, USA i Japonia mniejsze kompleksy (te dwa kraje również przesyłają swoje wypalone paliwo do przerobu w Sellafield).

Osobne zagadnienie to styl obu tekstów. W artykule z NEW SCIENTIST 28 razy użyto formy 'would/should', 10 razy 'could/can', 17 razy 'if/but/however', 5 razy sugestii 'suggest', 4 razy 'almost/probably', a nie są to przecież jedyne konstrukcje wyrażające przypuszczenie w języku angielskim. Cały artykuł składa się ze stu paru zdań, stąd łatwo obliczyć średnią częstotliwość poddawania w wątpliwość prezentowanych poglądów, uwzględniania ich innych aspektów, itp. Jednocześnie żadnych zbędnych komentarzy, nadmiaru przymiotników, żadnego wykorzystywania społecznych fobii. Tymczasem artykuł z GAZETY WYBORCZEJ oparty jest na ciągu jednoznacznych skojarzeń - terroryści, porwanie, elektrownia jądrowa, uderzenie, wybuch, eksplozja, radioaktywność, Czarnobyl, śmierć. Żadnych przypuszczeń i żadnych wątpliwości, chyba że sugerujących jeszcze gorszy przebieg wypadków.

Nie jestem krytykiem literatury 'horror fiction', nie będę więc oceniał stylu budowania napięcia w pierwszej części artykułu GAZETY oraz dziwacznych uwag na temat dziwnie sinego koloru chmury. Nie jestem też krytykiem sztuki, nie będę więc się wypowiadał na temat załączonych ilustracji. Przedstawiają one typowy budynek elektrowni z chłodniami kominowymi, na powierzchni gruntu jakieś niespotykane w elektrowniach pojemniki z koniczynką, eksplodujące po uderzeniu samolotu pasażerskiego. Przechodzę zaś do omówienia tej części artykułu z GAZETY WYBORCZEJ, w której niemal każdy akapit powołuje się na artykuł z NEW SCIENTIST.

W GAZECIE znajduję następujące stwierdzenia: "- Impet uderzenia najprawdopodobniej uszkodzi systemy chłodzenia. Wzrost temperatury w ciągu kilku godzin doprowadzi do eksplozji ocalałych zbiorników - przewiduje Gordon Thompson, dyrektor Institute for Resource and Security Studies w Cambridge."

O ile ja jeszcze nie zwariowałem, to w siódmym akapicie artykułu z NEW SCIENTIST rozważana jest 'nieco' inna sekwencja. Przewiduje się tam mianowicie, że eksplozja samolotu i pożar mogłyby być dopiero początkiem dalszych zdarzeń. Uderzenie o takiej skali prawdopodobnie zniszczy systemy chłodzenia zbiorników. W wyniku utraty chłodzenia w tych zbiornikach, które przetrwały pierwsze uderzenie, mogłaby podnieść się temperatura (radioizotopy wydzielają przecież ciepło), co w ciągu kilku godzin doprowadzi do uwolnienia na zewnątrz dalszych partii izotopów. Inna uwaga - Cambridge w naszym kraju jednoznacznie kojarzy się z siedzibą słynnego angielskiego uniwersytetu, tymczasem wspomniany Thompson pracuje w miasteczku o identycznej nazwie, ale pod Bostonem w USA.

Kolejny akapit z GAZETY: "To, co jeszcze niedawno uznano by za scenariusz kiepskiej powieści sensacyjnej, dziś stało się przedmiotem naukowych dociekań. Czy dla zaślepionego nienawiścią terrorysty może istnieć bardziej atrakcyjny cel niż elektrownia atomowa? Po co kupować pocisk kierowany, kiedy można po prostu porwać samolot? Po co konstruować bombę atomową, skoro wystarczy wcelować w elektrownię? 11 września życie przerosło literacką fikcję. Teraz każdy, nawet najbardziej szalony, scenariusz może zostać zrealizowany - przestrzega "New Scientist" (nr 2312). Liczy się tylko efekt."

Po pierwsze, w "Scenariuszu z nocnego koszmaru" za kanwę scenariuszy filmowych (najprawdopodobniej sensacyjnych) uznano wizję terrorystów budujących bombę atomową. Po drugie, nikt nie definiuje tam ani elektrowni jądrowej, ani zakładu przetwórstwa paliwa jądrowego jako najatrakcyjniejszego celu dla terrorystów. Po trzecie, Rob Edwards zadaje w zakończeniu swojego artykułu retoryczne pytanie: "Dlaczego jednak Al Qaida miałaby się trudzić budową bomby [atomowej], skoro może porwać odrzutowiec pasażerski i zamienić go w bombę". Po czwarte wreszcie, przed realizacją każdego, nawet najbardziej szalonego, scenariusza pismo to nie przestrzega, bo nie ma w jego tekście stwierdzeń choćby podobnych do sugerowanego.

"... Tak ogromna dawka promieniowania skazi duże połacie Wielkiej Brytanii, Irlandii i kilku innych europejskich państw. Jak wielu, zależeć będzie od wiatru. A skutki? Setki tysięcy kilometrów kwadratowych nie będą nadawać się do zamieszkania. To tereny, gdzie gęstość zaludnienia jest o wiele większa niż na Ukrainie. Największym problemem będzie więc, kiedy, jak i gdzie ewakuować tyle osób?"

Jak już opisałem w streszczeniu oryginału, mowy nie było o żadnych setkach tysięcy kilometrów kwadratowych nie nadających się do zamieszkania terenów. Ze skażonych terenów (o bliżej nieokreślonej powierzchni) "niektóre miejsca mogłyby nie nadawać się do zamieszkania" (akapit 9).

"- Po wybuchu w Czarnobylu u Ukraińców i Białorusinów stwierdzono 11 tys. przypadków raka tarczycy. Teraz mogą ich być nawet dwa miliony. Z racji długofalowych skutków promieniowania liczba ofiar śmiertelnych jest trudna do przewidzenia, ale będą to raczej setki niż dziesiątki tysięcy - szacuje Thompson."

Kilkakrotnie przeczytałem uważnie oryginalny artykuł - w całym tekście z NEW SCIENTIST nie ma mowy o ani jednej ofierze śmiertelnej! Tym bardziej o dziesiątkach a raczej setkach tysięcy (sic!). Nie mówi więc o tym ani Thompson, ani żadna inna osoba.

Kolejny wyimek z GAZETY: "Większość mieszkańców Sellafield nie podejrzewa, jakim zagrożeniem mogą się stać widoczne w oddali ponure budynki. - Prócz B215 jest tam sześć innych potencjalnych celów. W tym zbiornik zawierający 70 ton plutonu - twierdzi John Large - specjalista od inżynierii jądrowej. - To łatwe cele.

Łatwe również dzięki temu, że nieopodal wiedzie korytarz powietrzny, którym regularnie tysiące samolotów udają się w transatlantycki rejs do zachodnich wybrzeży USA. Lockerby - miejscowość, w której 13 lat temu rozbił się wysadzony przez libijskich terrorystów samolot Pan Am, leży zaledwie 73 km dalej."

Nie wiem dlaczego mieszkańcy Sellafield mieliby nie wiedzieć, co mieści się w pobliskim kompleksie atomistyki. Miejsce to jest nierozerwalnie związane nie tylko z obecnym przetwórstwem paliwa jądrowego, ale całe dziesięciolecia temu było też kolebką arsenału mocarstwa atomowego (chcę przypomnieć, że BNFL przejął dorobek i infrastrukturę Dyrektoriatu Stopów Rurowych, pod którym to kryptonimem prowadzono już w czasie II wojny światowej brytyjskie badania nad bronią jądrową). Ale absolutnym hitem jest stwierdzenie, że potencjalnie wytypowane obiekty "to łatwe cele". W rzeczywistości Large stwierdził, że łatwe jest zrobienie zdjęć lotniczych wytypowanych przez niego potencjalnych celi na terenie ośrodka! Łatwe ze względu na bliskość tras tysięcy samolotów, a bliskość tę potwierdza odległe o 75 km słynne Lockerby, które znajduje się na trasie uczęszczanego korytarza powietrznego.

"Jeszcze większe skupisko materiałów radioaktywnych mieści się w La Hague w Normandii. Składowanych jest tu 55 ton plutonu, 1484 tony paliwa jądrowego oraz 11650 metrów sześciennych radioaktywnego szlamu. W razie katastrofy mogą spowodować skutki 60 razy większe od Czarnobyla."

Jak sklasyfikowano La Hague w stosunku do Sellafield oraz o jakich założeniach porównania z Czarnobylem była mowa - przedstawiłem już poprzednio. Żeby zaś przybliżyć wielkości znajdujących się w zasięgu naszej ręki ton uranu i innych izotopów - chciałem przypomnieć, że w polskim ogródku o wymiarach 20 na 20 metrów w warstwie ziemi o grubości 1 metra znajduje się do 12 kg naturalnych radionuklidów, w tym do 4,2 kg uranu, 6 kg toru i do prawie 2 kg promieniotwórczego potasu K-40. Jeszcze więcej tych dóbr można znaleźć w popiele po spaleniu węgla. A hałd ci u nas nie brakuje, na Śląsku w szczególności.

"- Elektrownie jądrowe i zbiorniki z odpadami radioaktywnymi chronią grube zbrojone stalą ściany z najlepszego betonu. Co prawda zakłada się, że powinny wytrzymać uderzenie awionetki, ale ich wytrzymałość jest daleko większa. Świadczą o tym testy zderzeniowe przeprowadzone w USA i Japonii z udziałem wojskowych myśliwców Phantom F4. Lecący z szybkością 800 km na godzinę F4 zdołał wbić na głębokość sześciu centymetrów w liczącą 3,7 m grubości betonową ścianę - argumentują przedstawiciele państwowego przedsiębiorstwa BNFL (British Nuclears Fuels)."

Co naprawdę o wytrzymałości reaktorów napisał NEW SCIENTIST, w tym również firma BNFL - streściłem już poprzednio. Przedstawione w GAZECIE stwierdzenia ani nie zostały wypowiedziane przez przedstawicieli BNFL, ani nawet nie znalazły się w części artykułu, w której przytoczono ich wypowiedź na zupełnie zresztą inny temat (potwierdzającej odporność instalacji jądrowych). Zaś testy zderzeniowe zostały przywołane przez operatora (przedsiębiorstwo prowadzące eksploatację) brytyjskich reaktorów AGR. Te chłodzone gazem reaktory pochodzą z czasów, gdy Wielka Brytania była jednym z pionierów energetyki jądrowej.

I wreszcie ostatni akapit artykułu z GAZETY WYBORCZEJ: "- Powietrzny liniowiec to nie to samo co ważąca 6 ton awionetka, czy 26-tonowy myśliwiec - zauważa sucho Thompson. - Masa Airbusa A380 przekracza 550 ton. To oznacza, że impet z jakim uderza w przeszkodę, jest 2557 razy większy niż w przypadku Cessny 210. Żadna z 438 elektrowni jądrowych (a tyle ich jest na świecie) tego nie wytrzyma. Może z jednym wyjątkiem: to reaktor w Żeleznogorsku na Syberii umieszczony 250 metrów pod ziemią. Być może od dzisiaj tylko takie elektrownie będą naprawdę bezpieczne."

Stwierdzeń tych, ani żadnych do nich podobnych, ani sucho, ani w żaden inny sposób nie wypowiedział Gordon Thompson. Część stwierdzeń to wyrwane z kontekstu oryginalnego artykułu dane, zestawione w dość przypadkowy sposób. Inne zostały w GAZECIE WYBORCZEJ użyte do sformułowania wniosków całkowicie sprzecznych ze sformułowaniami NEW SCIENTIST. W oryginalnym artykule nie używa się określenia 'impet' tylko 'energia kinetyczna'. Podkreślenie większej energii kinetycznej Airbusa 380 w stosunku do Cessny 210 zostało podniesione w studium francuskiej służby informacyjnej WISE, które analizuje odporność zbiorników zakładów w La Hague. Nie ma jakiegokolwiek stwierdzenia, ani podobnego do niego, że żadna z elektrowni jądrowych świata nie wytrzyma uderzenia samolotu pasażerskiego, są natomiast stwierdzenia dokładnie odwrotne. Reaktory w Żeleznogorsku zostały wspomniane przez przedstawiciela Greenpeace, zaś poglądy tej organizacji w następnym akapicie skonfrontowano z praktyczną niemożnością wycofania się świata z eksploatacji 438 elektrowni jądrowych.

Wnioski z przeprowadzonego przeze mnie porównania obu artykułów są tak oczywiste, że nie muszę ich nawet formułować. Sytuacja przypomina słynny radziecki dowcip - agencja TASS donosi o obywatelu, który na Placu Czerwonym znalazł zegarek. Tyle, że tak naprawdę to nie w Moskwie, a w Leningradzie, nie na placu, a na prospekcie, nie na Czerwonym, a Newskim, nie zegarek, a rower, i nie znalazł, a mu ukradli.

Na szczęście nie do mnie należy zastanawianie się nad prawnymi aspektami, w skali międzynarodowej zresztą, umieszczenia przez Artura Włodarskiego w GAZECIE WYBORCZEJ (z czwartku, 11 października 2001) artykułu "Jak terroryści mogą zaatakować elektrownie jądrowe"; nad wszystkimi przeinaczeniami wypowiedzi, czy wkładaniem w czyjeś usta rzekomych deklaracji i sądów; wreszcie nad etycznymi aspektami wprowadzania w błąd czytelników.

Marek A. Rabiński


Oskarżenia i kalumnie
czyli strachy na Lachy

Wyobraźmy sobie następującą sytuację: Pilot samolotu stwierdza tuż przed lądowaniem, że podwozie się nie wysuwa i trzeba będzie lądować na brzuchu. Powiadomiona o tym stewardessa wychodzi do pasażerów z uśmiechem na twarzy i spokojnie poleca im przygotować się do awaryjnego lądowania. Sytuacja jest trudna - powiada - ale niech się Państwo nie niepokoją, nasz pilot jest znakomitym fachowcem i z pewnością poradzi sobie z lądowaniem nawet bez podwozia. Stewardessa jest znakomicie wyszkolona w zakresie zachowania się w sytuacjach kryzysowych i wie, że straszenie pasażerów jest nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe, bo łatwo może wywołać panikę, która czasem jest znacznie niebezpieczniejsza niż to, co ją wywołuje.

A jak by to było, gdyby na miejscu stewardessy znalazł się dziennikarz z gatunku tych, dla których wywołanie sensacji jest naczelnym celem. Ten wypadłby z kabiny pilotów z rozwianym włosem i z dzikim okrzykiem na ustach: Nieszczęście, ratuj się kto może, za chwilę się rozbijemy, bo podwozie się nie otwiera.

Tym, którzy uważają, że ten opis jest przesadzony, przypominamy histerię, jaką media wywołały w związku z chorobą wściekłych krów, a przedtem sprawę Czarnobyla. Jeszcze całkiem niedawno mój przyjaciel słyszał, jak spiker w telewizji z kamienną twarzą mówił o dwóch milionach ofiar śmiertelnych katastrofy w Czarnobylu, a było to już po artykule na ten temat w tygodniku WPROST.

W ostatnim czasie wspaniałą okazją do straszenia społeczeństwa stały się ataki terrorystów na Nowy Jork i Waszyngton. Wyczerpujący (temat, a nie czytelników) artykuł Marka Rabińskiego w tym numerze NEUTRONÓW o ataku terrorystycznym na obiekt jądrowy jest jeszcze jednym dowodem na to, że niektórzy dziennikarze uwielbiają nas straszyć, nawet jeśli zdarza się im przy tym mijać się nieco z rzeczywistością.

JAM


Poparzone kobiety w Białymstoku - więcej emocji niż faktów

Gazeta Wyborcza a za nią inne media powróciły do opisu poparzenia pięciu kobiet podczas ich napromieniania w Białostockim Ośrodku Onkologicznym. Szum medialny wokół sprawy sięgnął znów zenitu a żaden z przedstawicieli mediów nawet nie spróbował dotrzeć do faktów związanych z tym incydentem. Zawiódł aparat, przestarzały konstrukcyjnie, awaryjny i na dodatek bez czasomierza - to główne powody incydentu podane w mediach. Czasami wspominano, że sprawą zajmuje się prokuratura w Białymstoku ale już o tym, że postępowanie prokuratorskie wszczyna się podejrzewając błąd człowieka a nie ma powodu go rozpoczynać, kiedy zawini maszyna (no bo jak ją ukarać) ani słowa. Tak więc odium spada na polskiego producenta - Zakład Aparatury Jądrowej Instytutu Problemów Jądrowych w Świerku.

Prawdą jest, że akcelerator Neptun 10p został wyprodukowany w Świerku. Prawdą jest, że poparzenie kobiet nastąpiło kiedy był on uszkodzony. Prawdą również jest to, że akcelerator Neptun 10p jest aparatem konstrukcyjnie przestarzałym - sterowanym analogowymi układami elektronicznymi, stawiającymi większe wymagania personelowi go obsługującemu. Ale czy jest aparatem niebezpiecznym ? Otóż nie jest łatwo odpowiedzieć krótko na to pytanie. Każdy akcelerator medyczny jest aparatem potencjalnie niebezpiecznym. Wytwarzane przez akceleratory promieniowanie jonizujące służy przecież do niszczenia komórek - oczywiście nowotworowych, ale niewłaściwe użycie aparatu spowoduje niszczenie również komórek zdrowych. Odpowiedzialność człowieka za właściwe wytypowanie pola napromieniania i właściwe użycie akceleratora jest równie ważnym czynnikiem bezpieczeństwa jak konstrukcja aparatu. Poparzenie w Białymstoku jest tego przykładem. Otóż pomimo zaistniałego uszkodzenia automatyki zabezpieczeń aparat informował sygnałem świetlnym operatora, że występuje sytuacja awaryjna. Uszkodzenie objęło oba niezależne tory dozymetrii ale sprawny był czasomierz, który stanowi trzecie zabezpieczenie pacjenta przed nadmiernym napromienieniem. Z opisu zdarzenia podanego przez jego świadków i z analizy stanu technicznego akceleratora wynikają dalsze wątpliwości co do działań personelu szpitala. Otóż przyczyną uszkodzenia aparatu było chwilowe wyłączenie napięcia zasilania. Zaistniało ono podczas napromieniania jednej z pacjentek. W takim przypadku wyłącza się nie tylko napromienianie ale zostaje wyłączony cały aparat. Proces jego ponownego uruchomienia wymaga zachowania procedur startowych i trwa minimum 20 minut. Jednym z najważniejszych elementów procedury startowej jest przeprowadzenie próbnego napromieniania bez pacjenta. I tu nasuwają się pytania. Dlaczego wprowadzono zmiany w konstrukcji aparatu umożliwiając natychmiastowe włączenie napromieniania po zaniku napięcia zasilania? Dlaczego nie wyprowadzono z bunkra terapeutycznego leżącej na stole pacjentki i nie przeprowadzono testu aparatu bez pacjenta? Dzisiaj pytania te pozostają bez odpowiedzi.

A więc czy akcelerator Neptun 10p jest aparatem niebezpiecznym? Może na to odpowiedzieć analiza techniczna zaistniałego uszkodzenia. Przyczyną nie zadziałania automatyki zabezpieczeń było uszkodzenie elementu wykonawczego tej automatyki. I tu ekspertyza specjalistów producenta a również specjalistów z Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej jest jednoznaczna. Element ten zaprojektowany był prawidłowo z kilkuset krotnym współczynnikiem bezpieczeństwa. Możliwość jego uszkodzenia z powodów błędów w jego produkcji obarczona jest prawdopodobieństwem zerowym.

Tak więc incydent w Białymstoku uprawnia do stwierdzenia, że Neptun 10p jest aparatem bezpiecznym. Jego analogowe sterowanie wymaga co prawda większej odpowiedzialności od personelu obsługi. Odpowiedzialność ta sprowadza się nie tylko do reagowania na sygnały docierające od aparatu do operatora lecz również do właściwego prowadzenia jego serwisu, prowadzenia przeglądów zgodnie z zaleceniami producenta, okresowej kontroli układów zabezpieczeń i sterowania. I tu docieramy do ostatniego aspektu incydentu w Białymstoku. Serwis aparatu w Białymstoku nie był prowadzony przez ZdAJ IPJ. Z powodu braku środków finansowych serwis ten był prowadzony przez personel techniczny szpitala i to w ograniczonym zakresie.

Całość tej sprawy wygląda dosyć przerażająco dla pacjentów, którzy muszą być poddani terapii przez napromienianie. Wypada więc przypomnieć, że radioterapia jest bardzo skuteczną formą leczenia nowotworów. Ma ona zastosowanie u około 50-60% pacjentów onkologicznych. Ratuje ona życie setkom tysięcy Polaków w ciągu roku. Akcelerator Neptun 10p, wyprodukowany w Świerku w liczbie przekraczającej 100 sztuk, odegrał w Polsce podobną rolą w radioterapii jak Fiat 126p w transporcie osobowym. Codziennie, tylko w Polsce, Neptuny ratują życie ponad czterdziestu chorym na raka. Z przyjęcia wskaźnika Światowej Organizacji Zdrowia (1 aparat megawoltowy na 300 000 mieszkańców) wynika, że w Polsce powinno być zainstalowanych 127 urządzeń do leczenia napromienianiem. Aktualnie pracuje w Polsce tylko 67 aparatów. Tak więc należałoby zakupić około 60 maszyn a polskie Neptuny są o 30% tańsze od porównywalnych aparatów z importu.

Incydent w Białymstoku był sygnałem dla całego środowiska zajmującego się leczeniem promieniami, że konieczne jest zachowanie pełnych procedur stosowania leczenia, trwałe przestrzeganie zasad bezpieczeństwa. Wnioski te pozostaną długo w pamięci i co oczywiste najdłużej w Białostockim Ośrodku Onkologicznym.

Stary akceleratorowiec
(imię i nazwisko Autora znane Redakcji NEUTRONÓW)

PS: Ostatnio media poinformowały o postawieniu zarzutów osobie z personelu szpitala przez białostocką prokuraturę.


Lekarze niemieccy kontra Frau Ulla Schmid

Pani Ulla Schmid jest nową minister zdrowia. Zastąpiła skompromitowaną Fischer, która do tego stopnia zantagonizowała środowisko medyczne, że sam kanclerz musiał się jej pozbyć. Pani Fischer była zielona, co wiele tłumaczy, aczkolwiek niewiele usprawiedliwia. Schmid jest członkiem SPD i mimo to kontynuuje dzieło Fischer. Wzięła sobie za cel ukrócenie rozpasania lekarzy, którzy po raz kolejny przekroczyli swój budżet, jeśli chodzi o wydatki na lekarstwa, które w Niemczech nadal są w większości refundowane. Ani prośby ani groźby nie pomagają. Lekarze w swej niesubordynacji wobec kas chorych, ministerstwa zdrowia i innych organizacji działających w tym niezwykle skomplikowanym i niestety potwornie zbiurokratyzowanym systemie, przepisują chorym, zdaniem pani minister, zbyt drogie i zbyt dużo lekarstw. Jest to oczywiście bzdura, ponieważ już teraz wielu pacjentów dostaje preparaty przestarzałe, ale tanie, inni zaś odchodzą od lekarza "z kwitkiem", a w najlepszym wypadku z prywatną receptą. Już teraz za wiele leków trzeba samemu płacić. Ci, których na to nie stać, muszą chorować. Pani minister zamiast wpłynąć na kasy chorych, by ograniczyły swoje kolosalne wydatki, które z roku na rok rosną w postępie geometrycznym, wpadła na ciekawy, aczkolwiek stary jak świat, pomysł i próbuje przekonać wszystkich, że jest on jedyną skuteczną metodą na obniżenie kosztów refundacji lekarstw. Zaproponowała bowiem, by nie lekarz decydował o tym, jaki preparat dostanie pacjent, a aptekarz. Lekarzowi wolno będzie na recepcie wypisać tylko nazwę substancji. Apteki zaś będą wydawać najtańszy specyfik. Lekarze są oburzeni, bo obawiają się, że pacjenci, głównie przewlekle chorzy, będą za każdym razem dostawać innych preparat. A wiadomo, że są lepsze i gorsze lekarstwa, zawierające tą samą substancję. Lekarz będzie nadal odpowiedzialny za terapię, ale nie będzie miał wpływu na to, jakie lekarstwo dostanie pacjent. Przemysł farmaceutyczny, szczególnie firmy produkujące tak zwane "generics", widzą już nadchodzące czarne chmury. Już mówi się o zwolnieniach pracowników, o konieczności przeniesienia produkcji do tańszych krajów, by tym samym pokryć straty, których wszyscy się obawiają. Nikt nie wierzy w to, że można będzie coś na tym zaoszczędzić. Jedynie aptekarze zacierają ręce w nadziei, że ich od lat wysuwane żądanie wreszcie się spełni. Już teraz aptekarze są najlepiej zarabiającą grupą zawodową w służbie zdrowia. Ten nowy przepis pomoże im ograniczyć ilość preparatów w aptekach, dzięki temu będą mogli negocjować jeszcze lepsze rabaty u producentów, które już teraz sięgają nieraz 50%. Staną się atrakcyjnymi partnerami dla przedstawicieli medycznych i ich pracodawców, co łączy się z otrzymywaniem prezentów, wycieczkami zagranicznymi na kongresy medyczne itp. Aptekarzom będzie się wiodło coraz lepiej, wszystkim innym zaś coraz gorzej.

Na szczęście przepisy te jeszcze nie są uchwalone, a firmy farmaceutyczne zaproponowały pani minister obniżkę cen lekarstw o około 4% w zamian za wycofanie tych planów, które mogą doprowadzić do bankructwa wiele małych i średnich firm farmaceutycznych, Nie będą w stanie konkurować z wielkimi koncernami, które mogą pozwolić sobie nawet na drastyczną obniżkę cen w Niemczech, ponieważ operują one całym świecie. Dobrym przykładem jest Bayer AG, która po aferze z Lipoby znalazła się w tarapatach finansowych, teraz zaś w USA obroty antybiotyku Ciproby wzrosły wielokrotnie, ponieważ jest on stosowany w leczeniu wąglika i tym samym wyrównały straty po Lipoby. Podobno w Bayer AG maszyny tłoczące tabletki pracują obecnie 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu.

Marek Mika


Ciekawa książka

Nakładem wydawnictwa Naukowego PWN ukazała się książka "Człowiek i promieniowanie jonizujące", praca zbiorowa pod redakcją profesora Andrzeja Z. Hrynkiewicza. Jest to podręcznik akademicki stanowiący kompendium wiedzy o relacjach między człowiekiem a promieniowaniem jonizującym. Autorami poszczególnych artykułów są wybitni fizycy, biolodzy, lekarze i dozymetryści. Oto spis poszczególnych rozdziałów:

  • Oddziaływanie promieniowania jonizującego z materią (Rafał Broda)
  • Wielkości i jednostki dozymetryczne. Obliczanie dawek promieniowania jonizującego (Andrzej Hrynkiewicz)
  • Impulsowe detektory promieniowania jonizującego (Bogdan Fornal)
  • Detektory stosowane w dozymetrii (Michał Waligórski, Paweł Olko)
  • Metody oceny dawek (Paweł Olko, Michał Waligórski)
  • Działanie promieniowania jonizującego na żywą materię (Irena Szumiel, Andrzej Wójcik)
  • Działanie promieniowania na organizm człowieka (Julian Liniecki)
  • Zasady systemu ochrony radiologicznej (Julian Liniecki)
  • Źródła promieniowania jonizującego w środowisku (Andrzej Hrynkiewicz).

Ewa Szlichcińska


Listy do Redakcji:

Drogi MAR!

Formuła NEUTRONÓW jest swobodna, kpiny i cięte riposty są więc w nich jak najbardziej na miejscu, ale chyba z pewnymi ograniczeniami, wynikającymi po prostu z dobrych obyczajów. Otóż wydaje mi się, że obszerny i ciekawy list p. Ewarysta Hille zasługuje na zastanowienie się nad nim, na ewentualną dyskusję i z pewnością na inną odpowiedź, niż odpowiedź MAR'a, zakończoną kpiącym postulatem dwóch kóz.

Z wyrazami sympatii wiernej czytelniczki,
Krystyna Józefowicz

Od Redakcji:

Nie było moją intencją zastąpienie dyskusji z tezami artykułu jakąkolwiek kpiną. Jeśli tak zostałem zrozumiany, to moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Merytoryczną dyskusję z tezami o wyższości energetyki rozproszonej rozpoczął w pewnym sensie prof. A. Voss ze Stuttgartu, który w trakcie konferencji "Ekologiczne Aspekty Wytwarzania Energii Elektrycznej" (Warszawa, 14-16 listopada 2001) podkreślił, że jednostkowe zużycie materiałów jest w przypadku energetyki rozproszonej wyraźnie wyższe niż dla systemów scentralizowanych.

Czytelnicy zwrócili mi też uwagę, że powinienem używać formuły "wicemarszałek Sejmu Andrzej L.". Przynajmniej do czasu zakończenia postępowania sądowego. Moja wina.

MAR

Darowany dług

W radosnej informacji otwierającej ostatni numer NEUTRONÓW zabrakło mi jeszcze jednego - co z podatkiem od tak wielkiej darowizny?

E.T.Józefowicz

Od Redakcji:

Radzimy zwrócić się z tym pytaniem do Urzędu Skarbowego w Otwocku. Redakcja NEUTRONÓW nie jest kompetentna w tej sprawie.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: k.andrzejewski@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony