[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 1 (92) / 2002
18 stycznia 2002

W numerze:
  • Zarejestruj ciążę
  • Dr h.c. i KBN w IEA
  • Ekolodzy zawładnęli atomistyką czyli PAA pod nadzorem Ministerstwa Ochrony Środowiska a ZUOP na swoim
  • JAM o habilitacjach
  • Euro makes this EU go round
  • Za progiem półwiecze Świerka
  • Telewizja donosi z antypodów
  • Kłopoty z INDIĄ (ale nie z NEUTRONAMI)

Jesteś w ciąży - donieś dyrekcji

Chcieliśmy przypomnieć naszym Czytelniczkom, które przed 13 stycznia zaszły w ciążę (pomiędzy lekturą NEUTRONÓW nr 14 (91) / 2001 a 1 (92) / 2002), że powinny w dobrze pojętym własnym interesie niezwłocznie zgłosić ten fakt pracodawcy. Bez tego mogą Panie mieć trudności ze skorzystaniem z dłuższego urlopu macierzyńskiego na starych zasadach. Na razie żadna z dyrekcji nie wydała jeszcze odpowiednich przepisów wykonawczych w sprawie trybu weryfikacji rzeczonych oświadczeń o zajściu.


Miły początek Nowego Roku w IEA

Dnia 9 stycznia br. odbyło się kolejne posiedzenie Rady Naukowej IEA. Uświetniło je wystąpienie prof. dr. hab. Adama Sobiczewskiego, który niedawno temu został Doktorem Honoris Causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Prof. Sobiczewski mówił oczywiście o swoich osiągnięciach naukowych w dziedzinie stabilności jąder superciężkich. Jego pojawienie się na Radzie IEA stanowi dowód, że ciągle istnieją więzi sentymentalne w środowisku atomistycznym, podzielonym sztucznie barierami administracyjnymi.

Po tak sympatycznym otwarciu posiedzenia dalej było też dobrze, choć nie ze wszystkim.

IEA wchodzi w rok 2002 w praktyce bez długów. Pozostaje kwestia spłaty procentów. Finansowanie działalności podstawowej nominalnie spada niewiele - 2,77%. Do tego trzeba dołożyć inflację. Zmniejszenie nakładów na eksploatację MARII będzie niestety znacznie większe. Kierownictwo reaktora jest jednak w nastroju bojowym i nie ma zamiaru zmniejszać liczby godzin pracy. Wprost przeciwnie - szykuje się do zwiększenia napromieniania materiałów i izotopów i wynikających z tego wpływów finansowych.

Powstaje wieloletni program rozwoju atomistyki pod wodzą prof. A. Chmielewskiego, który podkreślił zasługi jego współautorów, między innymi prof. prof. N. Golnik, S. Chwaszczewskiego i dr. M. Borysiewicza. Wstępna wersja projektu została już oceniona w PAA, a obecnie powstaje następna. Oczywiście nie obeszło się bez konstatacji, że choć dysponujemy wciąż jeszcze sporym potencjałem laboratoryjnym i kadrowym, to być albo nie być atomistyki zależy od zasypania luki pokoleniowej. Są sygnały, że pojawiają się pierwsze młode jaskółki zainteresowane pracą w branży naukowej.

Następnego dnia odbyła się w IEA sesja wyjazdowa Zespołu T 10 Komitetu Badań Naukowych w składzie: prof. prof. Jerzy Barzykowski - Przewodniczący Zespołu, Zbigniew Bilicki, Tadeusz Chmielniak, Marcin Kaźmierkowski, Jacek Malko i Sekretarz Zespołu - Danuta Janczak-Szwedowska. Posiedzenie odbyło się w reaktorze MARIA. Działalność Instytutu przedstawił prof. Wieteska. Dodatkowych informacji udzielali prof. prof. Golnik i Chwaszczewski oraz mgr Furtek reprezentujący grupę dr Borysiewicza. Goście zwiedzili również reaktor, przechowalnik wypalonego paliwa i LBM. Sądząc z pytań i ożywionych dyskusji z naszymi specjalistami goście odnieśli dobre wrażenie o IEA. Nie musimy oczywiście dodawać, że to nieźle rokuje na przyszłość w naszych kontaktach z KBN-em.

Krzysztof Andrzejewski


Zmiany w strukturze atomistyki

Od 1 stycznia Państwowa Agencja Atomistyki przeszła pod nadzór "ministra właściwego do spraw środowiska". Niektórzy się tym trochę zmartwili, ale pracownicy Zakładu Przewidywania Zagrożeń i Ochrony Środowiska w IEA są dobrej myśli.

Również od 1 stycznia Zakład Unieszkodliwiania Odpadów Promieniotwórczych uzyskał pełną samodzielność organizacyjną i finansową. Tym też jedni się cieszą, inni znów martwią.


Oskarżenia i kalumnie

Jakiś czas temu znany polski uczony, prof. Maciej Żylicz opublikował w Polityce, Nr 45 z dn.10 listopada 2001r., artykuł pt. Samoochrona. Autor stwierdza w nim, że w Polsce jest za dużo marnych naukowców, a także marnych instytutów naukowych. Marnych naukowców należy pozwalniać, a marne instytuty polikwidować. Dzięki temu prawdziwi uczeni i dobre instytuty będą mieć znacznie więcej pieniędzy na badania. Trzeba też zreformować Polską Akademię Nauk i Komitet Badań Naukowych. Wreszcie należy postawić na młodych.

O tym, że sytuacja polskiej nauki jest zła, żeby nie powiedzieć tragiczna, wie każdy, z tą więc tezą prof. Żylicza trudno się nie zgodzić. Różnice poglądów pojawiają się, gdy mowa o środkach zaradczych. Widać to wyraźnie z wypowiedzi polemicznych, które zamieszcza POLITYKA, Nr. 2 z 12 stycznia 2002 r. Prof. Żylicz jest biologiem i nie ma zbyt wysokiego mniemania o ekologii, czemu dał wyraz w swoim artykule. Nic więc dziwnego, że nie spodobało się to pani profesor z Instytutu Ekologii PAN. Przeciw prymatowi nauk o życiu protestują reprezentanci nauk humanistycznych.

Nam najbardziej spodobała się wypowiedź dr. hab. Włodzimierza Jezierskiego pt. C.K. nauczanie. Autor twierdzi, że w Polsce funkcjonuje "stary cesarsko-królewski system formalnie sztywno zhierachizowanej struktury awansu naukowego, petryfikowanej przez kolejne ramy prawne działalności naukowej, z obecnie obowiązującymi o stopniach i tytule naukowym". Dr hab. Jezierski zadaje pytanie: "Dlaczego dobrze wykształcony, dynamiczny i ambitny młody człowiek miałby chcieć funkcjonować w nieco feudalnej strukturze instytutu czy szkoły wyższej, aby w najlepszym wypadku około pięćdziesiątki dojść do profesury, jeżeli w prywatnej przedsiębiorczości około trzydziestki może już być menedżerem, dyrektorem pionu czy nawet prezesem firmy".

O feudalnej strukturze polskiej nauki pisaliśmy parokrotnie w NEUTRONACH. Wskazywaliśmy też na główne mechanizmy, które w znacznym stopniu odpowiadają za dramatyczną sytuację, w jakiej znalazła się polska nauka. Są to, po pierwsze, instytucja habilitacji i, po drugie, restrykcje w zakresie przyznawania stopni naukowych przez Rady Wydziałów na uczelniach i Rady Naukowe w instytutach.

W naszym najgłębszym przekonaniu istnienie drugiego po doktoracie stopnia naukowego jest nie tylko całkowicie niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe. W kraju, który dziś przoduje w dziedzinie badań naukowych czyli w USA, nikt nigdy nie słyszał o jakichś habilitacjach. W Wielkiej Brytanii, która zdobywa znacznie trochę więcej nagród Nobla niż Polska, istnieje stopień doktora nauk (DSc), ale od kilkudziesięciu lat nie ma już żadnego znaczenia przy awansach naukowych, np. na stanowisko profesora, toteż mają go prawie wyłącznie starsi ludzie. A w naszym kraju zdobycie stopnia doktora habilitowanego jest coraz trudniejsze. Jeden z naszych kolegów, specjalista w zakresie matematyki, uznał wiele lat temu, że jego dorobek naukowy uprawnia go do stopnia doktora habilitowanego. Kolejno składał wnioski, których przygotowanie sporo zajmuje czasu, na Uniwersytecie Warszawskim, Uniwersytecie Toruńskim, Akademii Górniczo-Hutniczej i Politechnice Warszawskiej. Wszystkie te sławne uczelnie odrzuciły kandydaturę naszego kolegi, który miał nieszczęście być pracownikiem jakiegoś dziwnego Instytutu Energii Atomowej, a na dodatek skończył studia na politechnice uzyskując dyplom, pożal się Boże, inżyniera. Nasi wspaniali matematycy w swoich wieżach z kości słoniowej postanowili nie dopuścić profana do swojego grona. W tej sytuacji delikwent udał się do Zjednoczonego Instytutu Badań Jądrowych w Dubnej, gdzie parę lat temu bez większych już perturbacji uzyskał stopień doktora nauk, wymieniony następnie w Polsce na stopień doktora habilitowanego. Warto przy tej okazji dodać, że bohater naszej historii ma ugruntowaną na świecie pozycję w swojej dziedzinie. Np. w 2001 roku opublikował kilka artykułów w czasopismach z listy filadelfijskiej, wygłosił trzy referaty na zaproszenie i dwukrotnie przewodniczył sesjom na wielkich konferencjach międzynarodowych. Jedna z wielkich organizacji naukowych w zakresie matematyki powierzyła mu organizację w Polsce konferencji, w której uczestniczyć będzie kilkaset osób. Nikt podobno nie jest prorokiem we własnym kraju, ale system, który uniemożliwia lub utrudnia awans naukowy ludziom, którym się to naprawdę należy, jest chory. Polska nauka nie wyjdzie z kryzysu, w jakim się obecnie znajduje, jeśli nie usunie się tego rodzaju ewidentnych patologii.

Całkiem niedawno Instytut Energii Atomowej wystąpił do Komisji Kwalifikacyjnej ds. stopni naukowych i tytułu naukowego o prawo nadawania stopnia doktora habilitowanego. Nie warto chyba wspominać o tym, że przed wysłaniem wniosku IEA dokładnie sprawdził, czy spełnione są wszystkie przewidziane ustawą warunki. Niestety ustawa obowiązuje jedynie składającego wniosek, a nie Komisję Kwalifikacyjną, która w arbitralny sposób zdecydowała, że IEA nie zasługuje na zaszczyt nadawania stopnia doktora habilitowanego. Argumenty Komisji są dość dziwaczne. Na przykład, jeden z profesorów zatrudnionych w IEA, który ma doktorat i habilitację w zakresie fizyki, ale jest profesorem nauk technicznych, nie może, zdaniem Komisji, pełnić roli specjalisty w zakresie fizyki. Komisja uważa więc, że jego pamięć po uzyskaniu profesury została wymazana i obecnie jego wiedza w zakresie fizyki jest zerowa. Tak więc w dalszym ciągu pracownicy IEA będą musieli zdobywać stopień doktora habilitowanego na mieście lub za granicą.

Aby uniknąć podejrzenia, że wraz z przyjacielem uprawiamy czarnowidztwo, a brak nam umiejętności pozytywnego myślenia, proponujemy następujące rozwiązania praktyczne.

  • (1) Mój przyjaciel i ja zdajemy sobie doskonale sprawę z tego, że zlikwidowanie stopnia doktora habilitowanego jest obecnie niemożliwe. Wszyscy, którzy przeszli drogę przez mękę czyli przez przewód habilitacyjny, uznaliby, że odebranie im tego stopnia byłoby deprecjacją ich wysiłków i nerwów, jakie im towarzyszyły przy zdobywaniu stopnia. Stopień doktora habilitowanego trzeba więc zostawić, ale uprościć radykalnie procedurę jego uzyskiwania. Habilitację otrzymywałoby się na podstawie opublikowanego dorobku naukowego, a nie na podstawie tzw. rozprawy habilitacyjnej, która zwykle stanowi przewodnik po dotychczas opublikowanych pracach i z tego względu jej publikowanie nie ma na ogół żadnego sensu. Należy koniecznie dopuszczać prace wspólne, tak aby wybitni młodzi ludzie zaraz po doktoracie mieli możliwość tworzenia wokół siebie zespołów naukowych.

  • (2) Dyskryminację małych lub znajdujących się na prowincji ośrodków naukowych można by usunąć w następujący sposób. Wszystkie Rady Wydziałów i Rady Naukowe mają prawo nadawania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego, ale jeśli w Radzie nie ma dostatecznej liczby specjalistów w dziedzinie, której dotyczy doktorat lub habilitacja, to zaprasza się do niej odpowiednią liczbę specjalistów z zewnątrz, którzy od początku do końca uczestniczą w procedurze nadawania stopnia. Rozwiązanie jest bardzo proste i pewnie dlatego nikt o nim wcześniej nie pomyślał.

Polską nauką rządzą dziś profesorowie, których średnia wieku wynosi 61 lat. Apelujemy do nich wszystkich, aby spróbowali spojrzeć na przyszłość polskiej nauki oczami kogoś, kto właśnie skończył studia i zastanawia się nad tym, czy warto się poświęcić karierze naukowej. Powinniśmy zrobić wszystko, aby ci najzdolniejsi trafili do nas.

JAM


Nowa waluta w Unii Europejskiej - euro

I stało się. Nie ma już marki, jest euro. Od pierwszego stycznia tego roku płacimy w dwunastu krajach piętnastki wspólną walutą. Przygotowania do wymiany pieniędzy na tak ogromną skalę trwały ponad dwadzieścia lat. Pomysłodawcami idei wspólnej waluty byli kanclerz Niemiec Helmut Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d'Estaing. Mieli oni wizję stworzenia waluty europejskiej, będącej przeciwwagą dla dolara amerykańskiego. Na wstępie stworzono coś w rodzaju zachodnioeuropejskiego rubla transferowego, a mianowicie ECU. Francuzi nie mieliby nic przeciwko temu, by późniejsza wspólna waluta tak samo się nazywała. ECU jednak nikomu poza Francuzami się nie podobało i dlatego odstąpiono od tej idei. Po latach zdecydowano się na neutralną nazwę - euro. Ecu istniało już we Francji jako pieniądz przed rewolucją. Euro natomiast było czymś nowym i czymś ogólnoeuropejskim. Tak więc po pewnym czasie i Francuzi zaakceptowali euro. Nie uczynili tego Anglicy, Duńczycy i Szwedzi, a Szwajcarzy już wcześniej odrzucili Unię Europejską jako taką, a więc oczywiście i unię walutową. Te kraje, które nie przystąpiły do unii walutowej, są same sobie winne, tracą bowiem to, co nowa waluta przynosi ze sobą pozytywnego. Ci natomiast, którzy przystąpili do Unii, muszą ponosić tego konsekwencje, nawet jeśli są one negatywne. W całej kwestii jest wiele korzystnych aspektów, które chyba przeważają, są oczywiście i negatywne, z którymi się trzeba na wstępie pogodzić, a z czasem je eliminować. Od euro nie ma bowiem odwrotu. Z tego zdają sobie sprawę wszyscy, zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy tej nowej waluty.

Zacznijmy od aspektów pozytywnych. Euro umożliwia wygodne podróżowanie po całej Europie bez konieczności wymiany pieniędzy przy przekraczaniu granic państw, co było niewygodne i wiązało się z ponoszeniem dość często wysokich opłat bankowych. To wszystko teraz odpada. Ale nie tylko turyści odnoszą korzyści. Przedsiębiorstwa, które eksportują lub importują swoje produkty, oszczędzać będa również na opłatach bankowych. Euro uprości więc kontakty eksportowo-importowe wewnątrz Unii Europejskiej. Jest nadzieja, że dzięki temu nastąpi poprawa sytuacji gospodarczej w Europie, co z kolei doprowadzi do stabilizacji kursu euro w stosunku do dolara. Być może spadnie bezrobocie, które jest obecnie zdecydowanie za wysokie. Wymiana walut narodowych na euro spowodowała, że przepadła część brudnych pieniędzy, których nie zdołano już wyprać. Od miesięcy bowiem policja i służby graniczne ścigały przemytników pieniędzy.

Są oczywiście i negatywne aspekty. Przede wszystkim podwyżka cen. Wiele firm już przed oficjalną wymianą podwyższyło ceny po to, by mieć z czego sfinansować koszty związane z wymianą marki na euro. Było to wysoce nieuczciwe w stosunku do klienta. Podwyższone ceny są po części teraz obniżane, ale niestety nie wszystkie. Największa drożyzna zapanowała w gastronomii, tam ceny wzrosły czasem nawet o kilkadziesiąt procent. Restauratorzy i właściciele klubów bądź dyskotek zdają sobie sprawę z tego, że mało kto ma w pamięci stare ceny markowe, i wykorzystują to podnosząc ceny za bilety wejściowe i napoje alkoholowe, a szczególnie za usługi świadczone po północy. Do tego dochodzi to, że obecnie daje się znacznie wyższe napiwki. Ale tu ludzie są już sobie sami winni. Dawniej dawało się, na przykład, jedna markę, a teraz jedno euro, choć jedno euro to dwie marki. Wielu starszych ludzi ma też poważne problemy z rozpoznawaniem pieniędzy, przede wszystkim monet. Moneta pięćdziesięciocentowa jest takiej samej wielkości co moneta jednego euro, a moneta dwóch euro jest niewiele większa. Ogólnie więcej się wydaje, ponieważ operuje się mniejszymi o połowę sumami, zapominając o tym, że zarabia się również tylko połowę tego, co dawniej.

Sama wymiana pieniędzy nastąpiła dość sprawnie. W Niemczech nie było większych problemów. Już w noc sylwestrową można było zaopatrzyć się w nowe banknoty. Wszystkie bankomaty funkcjonowały bez zarzutu. Po raz kolejny Niemcy udowodnili, że są dobrymi organizatorami i potrafią profesjonalnie przeprowadzić nawet najtrudniejszą operację. W innych krajach dwunastki było inaczej. We Włoszech do tej pory panuje chaos walutowy, ale temu chyba nikt się nie dziwi, najmniej już chyba sami Włosi. Również w Belgii były problemy. Wszystko to są jednak kłopoty przejściowe i już za kilka miesięcy nikt o nich nie będzie pamiętał. Wszyscy przyzwyczają się do nowych pieniędzy i zapomną o starych.

Wypada tylko mieć nadzieję, że Polska jak najszybciej wstąpi do Unii Europejskiej, a następnie przystąpi do unii walutowej, chyba że jacyś populiści skutecznie wyperswadują to Polakom porównując utratę złotego do utraty narodowej tożsamości. A może zażądają okresu przejściowego, na przykład, osiemnastu lat. Ja mimo wszystko jestem dobrej myśli i nie wątpię, że Polacy są rozsądni i w niedalekiej przyszłości w Polsce też zapanuje euro.

Marek Mika


List do Redakcji

Jeśli się nie mylę, za dwa lata przypada 50-ta rocznica uruchomienia ośrodka atomistyki w Świerku. Jest to wspaniała okazja do nagłośnienia naszego istnienia, co wymaga uruchomienia kampanii prasowej (początek już na rok przed rocznicą) i nawiązania jakiejś formy współpracy z Otwockiem. Wydaje się, że obie strony mogłyby odnieść ze współpracy korzyści. Jeżeli jakieś przedsięwzięcia są planowane, to zespół odpowiedzialny za planowanie i realizację należy powołać już teraz.

Jestem tu nowy i wiele rzeczy jeszcze mnie dziwi. Pamiętam swoje pierwsze wrażenie - późny Gomułka! Czasy się jednak zmieniły, a stosunek mediów do atomistyki jest radykalnie mniej przychylny niż w real-socjalizmie. O ile narzekamy na ciemnotę społeczeństwa i kretyństwo dziennikarzy, to nie robimy prawie nic, aby istniejący stan zmienić. Jesteśmy wspaniali i wszyscy nas muszą kochać i szanować!

Otóż obawiam się, że kształtowanie opinii społeczeństwa (a nawet naszej wewnętrznej społeczności) powinno być powierzone specjaliście od PR. Najlepiej żeby to był w jednej osobie fizyk i dziennikarz. Może być nawet inteligentny. Starczyłby jeden na wszystkie nasze zakłady i instytuty.

W ramach troski o image firmy powinno się prasę lokalna i krajową informować o tym, co się u nas dzieje (krótkie notatki), oraz pisać lub prowokować pisanie większych artykułów. Np. ZUOP powinien poinformować, że się przekształcił, że robi to co robi i że może robić jeszcze coś innego, jeśli będzie chciał.

Jednym z moich zadań w Świerku jest nawiązywanie kontaktów z różnymi osobami z zewnątrz. Jakież było moje zdziwienie, kiedy na pytanie o wzór wizytówki (chciałem sobie wydrukować za własne pieniądze) usłyszałem, że nie są mi potrzebne. Ja jestem bezimiennym pionkiem, a prominenci są powszechnie znani i rozpoznawani (we własnym ich mniemaniu). O wizytówkach z nazwą firmy tylko, o kalendarzach, długopisach i innych takich nie wspomnę.

Publikowaną wyliczankę osiągnięć i opracowań naukowych doceniam, ale cywilizowana duża firma wydaje roczny raport interesujący wszystkich pracowników (nawet personel administracyjny i techniczny) relacjonujący krótko historię minionego roku, podający plany na przyszły rok, prezentujący informacje o osobach które z jakiegoś powodu odeszły i o nowoprzyjętych. To wszystko nie są moje prywatne żale, ale rażące błędy w kształtowaniu naszego obrazu.

Wszystkich, a zwłaszcza decydentów, zachęcam do lektury którejś z licznych książek na temat PR, np. W.Budzyńskiego: Public Relations - zarządzanie reputacją firmy. Poltext, Warszawa 1999. Zasady organizacji działań PR, tworzenie programu PR, techniki tworzenia tożsamości firmy i oddziaływanie na pracowników, współpraca ze środkami masowego przekazu, wydawnictwa i imprezy firmowe, przygotowanie do działań w sytuacji kryzysowej, system oceny skuteczności działań PR - to są wszystko tematy o kapitalnym znaczeniu.

Jeżeli nie przekonamy społeczeństwa, że jesteśmy mu potrzebni i warto nas finansować, to głównymi przegranymi będziemy my.

Czego ani Państwu, ani sobie nie życzę i serdeczne pozdrawiam

Wojciech Trojanowski


Przegląd mediów

Nasz Czytelnik doniósł nam, że w połowie grudnia (2001) zobaczył w wiadomościach telewizyjnych, chyba TVN, jak dzielni ekolodzy wdarli się bez trudu na teren elektrowni jądrowej w Australii. Informacja jest tym bardziej ciekawa, że w Australii nie ma żadnej elektrowni jądrowej! Najprawdopodobniej chodzi o reaktor badawczy z instalacją do terapii borowo-neutronowej nowotworów mózgu. Jak widać głupota jest cechą gatunkową człowieka nie tylko na górnej półkuli.

W serwisie informacyjnym WNA znalazłem notkę z dnia 18 grudnia, że australijski sąd wydał już ekologom zakaz wstępu na teren reaktora badawczego Lucas Heights. Swoją drogą jurysdykcja pracuje tam szybciej niż w Klewkach.

MAR


Czy istnieją granice analfabetyzmu komputerowego?

Coś ponad miesiąc temu w IPJ ukazało się PISMO OKÓLNE nr 8/2001 po przeczytaniu którego chciałoby się ryknąć śmiechem (co też wszyscy czynili, aczkolwiek niektórzy bardzo cichutko i dyskretnie), gdyby nie to, że po spojrzeniu na podpis to już się chciało tylko płakać.

Cóż tak zabawnego wymyślono tym razem? Otóż IPJ pragnie, ni mniej, ni więcej, tylko zawłaszczyć sobie prawem kaduka wszystkie strony internetowe prowadzone przez pracowników i ewentualnie włączyć je do swojej strony głównej na oficjalnym serwerze IPJ. Ja bardzo przepraszam, ale jeżeli ktoś chce umieścić moją stronę WWW na swoim serwerze, to najpierw musi mi za nią ZAPŁACIĆ, i to nie tyle, ile chce, lecz cenę wyznaczoną przeze mnie. Dlaczego? To bardzo proste - strony WWW są wynikiem pracy twórczej autora, podobnie jak na przykład publikacje, są jego własnością i w konsekwencji są objęte ochroną na mocy ustawy o prawach autorskich. Nie można też autorowi nakazać publikowania ich wyłącznie na serwerze IPJ - równie dobrze Dyrekcja mogłaby nakazać wszystkim swoim pracownikom, żeby publikowali wszystkie swoje prace (nie tylko naukowe!) wyłącznie w Raportach IPJ! Nie można też zakazać publikacji własnych stron WWW na serwerach - byłoby to sprzeczne z zasadami wolności słowa i myśli, a w ogólności sprzeczne z prawami człowieka. Autorzy mogliby się odwołać do Rzecznika Praw Obywatelskich, a nawet, w ostateczności, do europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Hadze (o ile się nie mylę co do miasta).

Jest dobrą tradycją serwerów internetowych, w szczególności w instytutach naukowych, że każdy może publikować swoje własne strony WWW, nie tylko związane z pracą, ale też osobiste lub na temat swojego hobby. Wprowadzanie zakazów nieuzasadnionych wyższymi względami (np. tajemnica państwowa lub służbowa) nie tylko pachnie cenzurą z nie tak dawno minionego okresu, ale w dodatku jest po prostu sprzeczne z obowiązującym prawem. Równie dobrze można by próbować zakazać pracownikom IPJ publikowania czegokolwiek i gdziekolwiek bez zgody Dyrekcji Instytutu.

Ostatni punkt niesławnego Pisma Okólnego grozi pracownikom surowymi konsekwencjami, jeżeli z powodu niewłaściwych publikacji internetowych zostaną skierowane jakiekolwiek roszczenia pod adresem IPJ. Tu znowu wyłazi kompletna ignorancja i niezrozumienie problemu. Otóż w regulaminach dla użytkowników wszystkich szanujących się serwerów WWW zwykle znajduje się akapit:

"Użytkownik ponosi wyłączną odpowiedzialność za sposób, w jaki wykorzystuje swoje konto w domenie WWW, w tym za treści i inne zawartości przesyłanych wiadomości oraz wiadomości znajdujących się na jego stronach WWW, z uwzględnieniem odpowiedzialności karnej za działania niezgodne z prawem."

A więc można mieć pretensje wyłącznie do autora danej strony WWW, a nie do właściciela czy też administratora danego serwera WWW, a tym bardziej nie do właściciela lub administratora całej domeny WWW. I tu jest pies pogrzebany - inspiracją Pisma Okólnego było prawdopodobnie pismo od Radcy Prawnego pewnej znanej gazety grożące IPJ-otowi srogimi karami za sformułowania pod adresem jednego z dziennikarzy użyte w artykule opublikowanym w NEUTRONACH. No cóż, nie tylko dyrektorzy instytutów naukowych popełniają błędy - Radca też zapomniał zapoznać się z przepisami dotyczącymi użytkowania prywatnych stron WWW na serwerze... jego własnej gazety! Tym niemniej góra IPJ wpadła w panikę - zamknęła na wszelki wypadek własny serwer IPJ (jakby to mogło cokolwiek pomóc, bo NEUTRONY są na innym serwerze) i usiłowała zamknąć inne serwery.

Cała sprawa została zresztą pomyślnie wyjaśniona bez pomocy i pośrednictwa Dyrekcji IPJ - sporny artykuł został usunięty, jego autor i Redakcja NEUTRONÓW przeprosili dziennikarza, szef odpowiedniej Redakcji gazety w rozmowie z administratorem serwera, z którego są emitowane NEUTRONY, wyraził ubolewanie z powodu incydentu i nieporozumienia, jakim było wysłanie pisma do Dyrekcji i w dodatku... z zadowoleniem przyjął zaproszenie (obejmujące również urażonego dziennikarza) do odwiedzenia IEA i wysłuchania tam, co sądzą prawdziwi fachowcy o niebezpieczeństwach związanych z użytkowaniem energii atomowej i radioizotopów. Być może jakieś echa wizyty znajdą się w NEUTRONACH lub we wspomnianej gazecie. Poczekajmy cierpliwie. Jak komuś będzie się w tym czasie nudziło, może postudiować Pisma Okólne. A nuż znajdzie się nowe kwiatki?

R. Kaczarowski

Od Redakcji:

Od czasu gdy NEUTRONY przycupnęły na serwerze INDIA, nasza oglądalność wyraźnie wzrosła. Dziesiątki internautów odnalazły w sieci nasz atomistyczny e-zine (electronic magazine), który pisuje o pociskach 'wzbogaconych w zubożony uran', o sile głupoty w parlamentarnym kabarecie, o mizerii nauki polskiej, i o filozofii zrównoważonej ekologii - a w dodatku bez kancelaryjno-karawaniarskiego zadęcia. Otrzymujemy dziesiątki listów od osób mile zaskoczonych faktem, że takie pisemko takiej społeczności tak regularnie od tak długiego czasu ukazuje się w takiej dziurze, której nawet na mapie nie można odnaleźć. Wielu z tych przypadkowych gości zostało naszymi stałymi Czytelnikami. Dziesiątki byłych ibejotowców, których los lub interwencja 'życzliwych' rozsiały po całym świecie, dzięki naszym numerom oddycha Świerkiem. Miło jest nam też usłyszeć, że podczas obrad wielce utytułowanych gremiów czasem pada stwierdzenie: "NEUTRONY już o tym pisały, więc sprawa wszystkim obecnym jest znana". Jesteśmy również zasypywani dziesiątkami listów od osób, które u nas szukają odpowiedzi na pytania związane z nukleoniką. Nawet nie staramy się zrozumieć, dlaczego nie zwróciły się z tym do oficjalnych instytucji, z których każda przecież ma swoją oficjalną stronę w sieci.

Jesteśmy wdzięczni doc. Rościsławowi Kaczarowskiemu za cały wysiłek włożony w zorganizowanie strony NEUTRONÓW w Internecie, natomiast nie czujemy się kompetentni w kwestiach prawnych, organizacyjnych i finansowych związanych z eksploatacją sieci komputerowych przez instytucje.


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: k.andrzejewski@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony