[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 9 (100) / 2002
4 października 2002

W numerze:
  • Redakcja o pierwszej setce
  • JAM o owcach i baranach
  • Mrufka o kapitalizmie inaczej
  • MM o czerwono-zielonych
  • MAR o lisku Czarnobylku

Już stuknęła nam stówa

Jesteśmy niebywale wzruszeni, tym, że oto po pięciu i pół roku dotrwaliśmy do setnego numeru. My bawiliśmy się przez ten czas setnie i mamy nadzieję, że Czytelnicy NEUTRONÓW również. Bardzo żałujemy, że przy tak wielkiej okazji nie mamy niczego ważnego do przekazania Czytelnikom, na przykład, wiadomości o intronizacji nowego Dyrektora. Jak pamiętamy, listę kandydatów na stanowisko Dyrektora IPJ zamknięto 25 lipca br. Gdy tylko opiekujące się nami Ministerstwo obudzi się ze snu nocy letniej, nie omieszkamy o tym wydarzeniu napisać. Być może, wydamy nawet z tej okazji specjalny numer.


Oskarżenia i kalumnie czyli traktat o beczeniu

Im człowiek się robi starszy, z tym większym dystansem powinien patrzeć na otaczający go świat. Mój przyjaciel próbuje przestrzegać tej reguły, choć nie zawsze udaje mu się zachować tolerancyjny stosunek do rzeczywistości. Nie może on, na przykład, znieść współczesnej muzyki młodzieżowej. Wycie wokalistów i walenie perkusistów w bębny obrzydza mu przyjemność słuchania radia lub spotykania się z przyjaciółmi przy piwie. Inne zjawisko, które go wyjątkowo denerwuje, to beczenie w telewizji. Myślę, że każdy wie, o czym mowa. Wystarczy na chwilę włączyć telewizor, aby usłyszeć natychmiast obrzydliwe "eeee" lub "yyyy". Beczą występujący w telewizji politycy, dyrektorzy, nauczyciele, działacze samorządowi, sędziowie, adwokaci, prokuratorzy, sportowcy i ich trenerzy. Beczą aktorzy, gdy mówią coś od siebie. Beczą dziennikarze telewizyjni, jeśli nie przesuwa się im przed oczami tekst do przeczytania.

Jak mogą być przyczyny tego zjawiska? Dlaczego akurat w Polsce ludzie występujący w telewizji beczą? Beczenia prawie nie słyszy się w telewizji brytyjskiej, niemieckiej, południowoafrykańskiej czy włoskiej. Co sprawia, że Polacy wydają z siebie te okropne dźwięki, bo każdy się chyba zgodzi, że słuchanie beczenia jest wyjątkowo nieprzyjemne? Beczący mówca sprawia wrażenie, że mówienie męczy go straszliwie, a słuchacz zamiast zwracać uwagę na treść wypowiedzi marzy tylko o tym, aby nieszczęsny orator przestał cierpieć.

Najważniejszą przyczyną beczenia jest chyba to, że beczący za wszelką cenę starają się mówić w sposób jak najbardziej wyrafinowany, co powoduje, że wciąż muszą szukać w pamięci skomplikowanych słów i zwrotów, których nigdy nie używają w życiu codziennym. Wynika to z przekonania, głęboko w Polsce zakorzenionego, że w publicznych wypowiedziach tylko ludzie prości używają prostego języka, którym posługują się na co dzień. Półinteligent piastujący wysokie stanowisko powiada, na przykład: Na dzień dzisiejszy struktura prac nad wykonaniem analizy sytuacji powoduje po prostu konieczność podjęcia już w miesiącu lipcu energicznych kroków zmierzających w kierunku usprawnienia produkcji. Trzeba obiektywnie przyznać, że trudno coś takiego wypowiedzieć jednym tchem i bez zająknięcia. Nasi oratorzy czas konieczny do znalezienia właściwego wyrażenia wypełniają beczeniem zamiast robić przerwy w mówieniu. Źródła beczenia, jak się wydaje, tkwią chyba jeszcze w szkole, szczególnie na poziomie podstawowym. W naszym systemie edukacji prawie zupełnie nie zwraca się uwagi na naukę poprawnego i zrozumiałego mówienia. Wciąż za najważniejszą uważa się umiejętność wyjaśniania, za co powinniśmy kochać Pana Tadeusza lub Trylogię.

Nie mamy zamiaru w tym miejscu postulować zmiany strategii nauczania języka ojczystego w szkołach. Na to trzeba by całych pokoleń, zresztą i tak wszystko się rozbija o kadry. Kiedyś przed laty uczeni wymyślili tzw. nową matematykę. W pierwszej klasie miała się ona zaczynać od teorii mnogości. Przeprowadzono wszelkie możliwe eksperymenty i stwierdzono, że nawet przeciętnie uzdolnione dzieci bez trudu rozumieją zawiłości nowej matematyki. Po jej wprowadzeniu do szkół okazało, że wprawdzie dzieci świetnie sobie dają radę, ale nauczyciele nie mogą się przestawić na nowy sposób myślenia matematycznego. I tak nowa matematyka wylądowała na śmietnisku pomysłów słusznych, ale zupełnie niepraktycznych. Obawiamy się, że ten sam los spotkałby nowy program nauczania języka polskiego. Czyż beczący nauczyciel może oduczyć beczenia swoich wychowanków?

Co można więc w tej sprawie zrobić? Wydaje nam się, że jakieś działania są potrzebne. Oczywiście wiemy, że nie sposób usunąć beczącego polityka z życia publicznego, ale czy nie powinniśmy się pozbywać z telewizji beczących dziennikarzy? Co do polityków, to ktoś powinien im wytłumaczyć, że mówca beczący robi na słuchaczach wrażenie niepewnego i niezdecydowanego, a są to cechy niezbyt przydatne w polityce. Beczenie powinno być stale i bezlitośnie piętnowane, a stacje telewizyjne wziąć sobie za punkt honoru eliminowanie w swoich programach beczących dziennikarzy i unikanie beczących gości.

Gdyby Rej dzisiaj napisał swoje nieśmiertelne zdanie, to by ono brzmiało zapewne tak: Niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, a barani język mają.

JAM

PS: Żona mojego przyjaciela zwróciła uwagę na fakt charakterystyczny: jest dużo więcej beczących baranów niż owiec. Jej zdaniem przyczyną jest to, że kobiety są inteligentniejsze od mężczyzn i łatwiej jest im formułować własne myśli. Na obronę mężczyzn można by powiedzieć, że kobietom znacznie trudniej jest osiągnąć pozycję społeczną, która predestynuje do występowania w telewizji, i te, którym się to udało, muszą odznaczać się wyjątkową inteligencją i szczególnymi zaletami charakteru. Sprawa jest chyba jednak wciąż otwarta i tylko szeroko zakrojone badania prowadzone przez uczonych rozmaitych specjalności mogłyby odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego kobiety beczą mniej niż mężczyźni?


Polski model gospodarczy

Do badania panującego aktualnie w naszym kraju modelu gospodarczego zastosowałem tzw. metodę autobusową, wzbogaconą o elementy techniki badawczej znanej jako "imieniny u cioci".

Z przeprowadzonych badań wynika, że stan obecny nieco odbiega od założeń przyjętych przez nas prawie jednomyślnie 4 czerwca 1989 roku i obecny model wymaga dalszego doskonalenia. Żeby nie zanudzać Czytelnika nadmiarem statystyki, tabel i wykresów, podam kilka faktów. Okazuje się na przykład, że absolwent uczelni po kilku wizytach w różnych instytucjach otrzymuje pracę, ale po miesiącu szefostwo zaczyna się skarżyć na dzisiejsze ciężkie czasy i obiecuje, że zapłaci tzw. dziesiątego.

Nie jest to jak się okazuje przypadek odosobniony. W znajomej budce z kebabem pracownica ma pobory "cykane" od przypadku do przypadku po 100 - 200 złotych. Zatrudniający ją właściciel całego łańcucha budek też nie ma łatwo. Musi nastarczyć na samochody: swój, żony, syna i córki. Oprócz tego musiał ostatnio sporo zainwestować w nowoczesne technologie - założył w budkach kamery do tak modnego ostatnio monitorowania, czy aby personel się nie obija. A personel i tak się nie obija, bo dojeżdża na 6 rano spod Siedlec i na pracy personelowi zależy.

Bohaterska walka przedsiębiorców o obniżenie kosztów i uratowanie firm przed bankructwem przyjmuje różne formy, czasem dosyć pomysłowe. Otóż np. biznesmen spod Sieradza daje pracę nakładczą - szycie ubrań z dżinsu. Uszycie jednej spódnicy 2.50 brutto i norma dzienna wynosi 40 sztuk. Tego w ciągu dnia pracy zrobić się nie da, trzeba by siedzieć po nocach. Tak więc pracownik właściwy pracuje wspólnie z rodziną i sąsiadami. Natomiast biznesmen płaci tylko jeden ZUS, prócz tego pewność wykonania zlecenia podobno przekracza jedynkę.

Tyle suche fakty, zastanawiam się jednak, czy są one słuszne i dobrze służą transformacji. Otóż prof. J. Kaczyński i dr R. Bugaj, którzy również badali temat przejściowych trudności związanych z transformacją, wysunęli niezależnie od siebie, a może nawet przeciw sobie, tezę, iż jeśli po 10 latach coś nie gra, to może coś jest nie tak. Hipoteza ta nie napotkała jednak na większy rezonans ani w kołach koalicyjnych ani opozycyjnych ani nawet w radiu Maryja. Jeśli więc sprawą nie zajmują się media, czyli Czwarta Władza, to może temat w ogóle nie istnieje?

Zafrasowany Jan Mrufka


Wybory, wybory i po wyborach

Całe szczęście, że już po wszystkim. 22 września społeczeństwo niemieckie zdecydowało, że dotychczasowa koalicja Socjaldemokratów i Zielonych będzie przez następne cztery lata sprawować rządy w Niemczech. Przez wiele godzin po zamknięciu lokali wyborczych nie było wiadomo, kto w ostateczności zasiądzie za biurkiem kanclerskim; Gerhard Schroeder czy też Edmund Stoiber. Już tak w tym kraju jest, że aby objąć władzę zarówno SPD jak i CDU/CSU muszą wchodzić w koalicję z jedną z mniejszych partii. W tym wypadku z partią Zielonych lub FDP. Jeśli chodzi o Zielonych, to sprawa była od początku jasna, ponieważ przez ostatnie cztery lata byli już oni w koalicji z SPD. Wolni demokraci natomiast nie opowiedzieli się przed wyborami ani za SPD ani za CDU. Chcieli być sprytni i wejść w koalicję z tą partią, która uzyska najwięcej głosów. To niezdecydowanie doprowadziło ich do porażki. Zamiast zapowiadanych 18% FDP uzyskało raptem niewiele ponad 7%. Drugim powodem ich klęski były antysemickie ataki Juergena Moellemanna, szefa FDP w Nadrenii Westfalii na wiceprzewodniczącego Centralnej Rady Żydostwa w Niemczech, Michela Friedmanna. Trwały już od wielu miesięcy, a na kilka dni przed wyborami ukazały się nawet antysemickie ulotki autorstwa Moellemanna. Zieloni natomiast odnieśli sukces wyborczy (8,6%) i dzięki nim Schroeder utrzymał się przy władzy. Na samym początku zliczania głosów wydawało się, że wybory wygra CDU/CSU i dopiero przed północą okazało się, że to jednak zwyciężyło SPD. Kanclerz na kilka tygodni przed wyborami przeobraził się w gołąbka pokoju i kategorycznie odmówił Amerykanom pomocy zarówno militarnej jak i logistycznej oraz finansowej w planowanej kampanii przeciwko Irakowi. Tym samym doprowadził do dramatycznego pogorszenia się stosunków z USA. A przecież jeszcze niedawno zmuszał swojego zielonego partnera koalicyjnego pod groźbą upadku tej koalicji do uczestnictwa w działaniach wojennych u boku Amerykanów. Mimo to, że Tony Blair przedstawił niezbite dowody na to, że Saddam Hussein dysponuje bronią masowego rażenia i w każdej chwili może ją zastosować, kanclerz niemiecki upiera się przy swoim stanowisku, że wojna przeciwko Irakowi jest niepotrzebna i Niemcy nie będą w niej uczestniczyć. Bardzo ucieszył się, że dyktator z Bagdadu zgodził się na wpuszczenie inspektorów do Iraku. Wszyscy chyba poza rządem niemieckim zdają sobie sprawę z tego, że jest to tylko kolejny manewr taktyczny Saddama. To, że do wojny dojdzie, jest pewne jak amen w pacierzu. To, że Niemcy będą musiały w ten lub inny sposób pomóc Amerykanom, jest równie pewne. Ciekawe tylko, jak Schroeder wytłumaczy to społeczeństwu niemieckiemu, że jednak, wbrew obietnicom przedwyborczym, popiera Amerykanów w walce z Saddamem.

Opozycja zapowiedziała, że nie upłynie rok i władza w Niemczech przejdzie w ręce chrześcijańskich demokratów. Żeby do tego nie doszło, obecny rząd musi jak najszybciej rozwiązać palące problemy kraju, a przede wszystkim wyprowadzić kraj z kryzysu gospodarczego i zmniejszyć bezrobocie. Przed czterema laty Schroeder obiecywał jego redukcje do poziomu trzech milionów. Nie udało mu się to, jak wiemy. Tym razem jednak naród nie wybaczy mu, jeśli ten cel nie zostanie osiągnięty. Musi poza tym uzdrowić służbę zdrowia, choć wszyscy poza Niemcami uważają ją za najlepszą na świecie. Jest jeszcze wiele innych nierozwiązanych problemów takich, jak podatki, nauka, szkolnictwo i wojsko. Niedawno kanclerz w wywiadzie mówił, że pracuje po 16 godzin na dobę. Wydaje się, że w najbliższym czasie niewiele się zmieni w jego rozkładzie zajęć.

Marek Mika


Sezon ogórów

Sezon ogórkowy w mediach tym razem obył się bez dziennikarskich kaczek z Czarnobyla. Trudno w to uwierzyć, ale nawet narodzin na hodowlanej fermie czarnego liska z czterema tylnimi łapkami dziennikarze nie skojarzyli z szesnastą rocznicą. Co prawda, żaden nasz publikator masowy nie doniósł o gigantycznym wytruciu ryb w paru niemieckich powiatach po pęknięciu ekologicznego reaktora na ekologiczny metan z ekologicznej gnojówki - ale też niedawnego śnięcia ryb w jeziorze Żarnowieckim nikt nie próbował połączyć z lokalizacją naszej niedoszłej pierwszej atomowej.

Fundamentaliści ekologiczni tak jakby tracą impet. Niezbyt przekonujący wynik wyborczy różowo-zielonej koalicji w RFN przyczyni się zapewne do osłabienia pozycji zwolenników likwidacji energetyki jądrowej. Tym bardziej, iż SPD, czyli rzeczywiści zwycięzcy, są przeciw utopiom energetycznym. Do tego na Szczycie Ziemi w Johannesburgu doszedł do głosu zrównoważony pragmatyzm. Odrzucono tym samym demagogiczne slogany w stylu: Ludzie, jedzcie końskie łajno, miliardy much nie mogą się przecież mylić.

Ekologistom nie pomogło to, że w rocznicę 11 września niezbyt taktownie, to say the least, zwarli szeregi z fundamentalistycznymi orędownikami obniżania nieekologicznie wysokich budynków. NEWSWEEK POLSKA też im 'dołożył'. Przeprowadził mianowicie prowokację kontrolowaną - ukrytą kamerą zarejestrował kulisy ściągania przez obrońców środowiska haraczu za odstąpienie od ekologicznej zadymy.

A poza tym nic w Ośrodku się nie dzieje.

MAR


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: k.andrzejewski@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl (http://www.ipj.gov.pl/pl/links/rabinski.htm)

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony