[NEUTRONY]

NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 10 (101) / 2002
9 grudnia 2002

W numerze:
  • Urząd Skarbowy nie boi się naukowców
  • Victoria ekologistów
  • Przemawiał naukowiec do ministerstwa
  • Schadenfreude czy Schadentrauer
  • Unia Wschodnio-Europejska

Życzenia

W Świerku szykują się zmiany. W związku z tym, oprócz tradycyjnych życzeń zdrowia i wszelkiej pomyślności w 2003 roku, przesyłamy naszym Czytelnikom życzenia specjalne, aby po zmianach było lepiej. A wszystkim pesymistom życzymy, żeby nie było gorzej.


Z ostatniej chwili

Jak się dowiadujemy, Dyrektor Departamentu Jednostek Badawczo-Rozwojowych i Współpracy Naukowej w Ministerstwie Gospodarki zaprosił Dyrektorów: Instytutu Problemów Jądrowych, Instytutu Energii Atomowej i Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Izotopów POLATOM, na spotkanie w dniu 13 grudnia. Celem tego spotkania ma być omówienie problemu konsolidacji jednostek badawczo-rozwojowych w Świerku.


Oskarżenia i kalumnie

Jeden z naszych bliskich znajomych i wierny czytelnik NEUTRONÓW wystąpił do nas z pretensjami o to, że przestaliśmy opisywać PKP czyli Polski Kabaret Polityczny. Niestety sytuacja w Polsce nie nastraja nas jakoś do żartów. To, co się dzieje, na przykład w Sejmie, budzi raczej przerażenie, a nie chęć do śmiechu. Przy okazji warto zauważyć, że oryginalne PKP czyli Polskie Koleje Państwowe to sam w sobie okrutny i ponury żart. Oto czytamy w gazecie, że kilku panów "wyprowadziło" w ostatnich latach z tej instytucji 30 milionów złotych i dopiero teraz ktoś to zauważył. Podobnie było zresztą w wypadku PZU Życie. Odnosimy wrażenie, że nasze państwo i utrzymywane z naszych podatków rozmaite instytucje, których celem jest pilnowanie porządku prawnego w naszym kraju, są zupełnie do tego nieprzystosowane. Niektórzy co sprytniejsi politycy również to zauważyli i dlatego nazwali swoje ugrupowanie: "Prawo i Sprawiedliwość". Pomysł chwycił i wielu z nich znalazło się w sejmie, a ich przywódca został nawet prezydentem Warszawy. Mamy jednak dla nich złą wiadomość. Magiczne zaklęcia zawarte w nazwie stronnictwa działają na wyborców tylko przed wyborami. Potem domagają się oni konkretnego programu i działania. Przewidujemy, że "Prawo i Sprawiedliwość" podzieli w niedalekiej przyszłości los "Ruchu Odbudowy Polski", który nic nie odbudował i po paru latach rozpłynął się w nicości, a jego dzielni przywódcy po zmianie etykietek przystąpili do następnych partii z nazwami o chwytliwych obywatelskich, obronnych lub rodzinnych konotacjach.

Proces mydlenia oczu społeczeństwo przebiega ponad podziałami partyjnymi. W ostatnim czasie rząd wymyślił, a większość parlamentarna uchwaliła, ustawę o abolicji podatkowej i zeznaniach majątkowych. Jako jeden z najważniejszych powodów wprowadzenia tej ustawy jej autorzy podali chęć skłonienia do zapłacenia podatków tych, co ich dotychczas nie płacili. Ponieważ przestępcy mieli być wyłączeni z dobrodziejstwa ustawy, to nieodparcie nasuwa się podejrzenie, że politycy chcieli wprowadzić tę ustawę przede wszystkim dla siebie. Zwolniłoby ich to od opowiadania rozmaitych historyjek, np. o milionach zarobionych na giełdzie lub na handlu antykami. A tak naprawdę to nasze państwo już teraz ma instrumenty prawne, które pozwalają skutecznie ścigać unikających płacenia podatków. Oto dowód. Pewien nasz znajomy przebywał przez kilkanaście lat za granicą. Po powrocie z przywiezionych oszczędności kupił w Polsce mieszkanie. Po pięciu latach on i jego żona otrzymali pismo, w którym Urząd Skarbowy zażądał wyjaśnienia, skąd się wzięły pieniądze na mieszkanie. Znajomy miał szczęśliwie wszystkie potrzebne dokumenty i zaświadczenia i Urząd Skarbowy umorzył postępowanie.

Pytanie do naszych władz: Dlaczego w ramach istniejących przepisów prawnych można zażądać wyjaśnienia źródeł posiadanych pieniędzy od skromnego pracownika nauki, a nie można tego uczynić w wypadku polityka lub gangstera, tak że potrzebna jest specjalna ustawa? Co jest przyczyną dziwnej schizofrenii władz skarbowych w ściganiu przestępców podatkowych? Czy to brak kompetencji, strach, czy może korupcja?

JAM


Ekozadyma pod Victorią

19 i 20 listopada w hotelu Victoria odbyło się seminarium "Nuclear Challenges for Central Europe" - zorganizowane wspólnymi siłami przez PAA i MAEA. Byłby to kolejny sukces obu Agencji, który by przeminął bez echa, gdyby nie przyjęcie przez organizatorów dość dziwnej formuły społecznej poprawności. Otóż postanowiono po każdym wystąpieniu eksperta oddawać głos przeciwnikom energii jądrowej. Pomysł ciekawy, tyle że nie słyszałem, by druga strona zapraszała na swoje spotkania przeciwników ekologii totalnej.

Już na kilka miesięcy przed seminarium okazało się, że znalezienie zainteresowanych zabraniem głosu przedstawicieli ruchów ekologicznych jest wręcz niemożliwe. Wszyscy po kolei odmówili, obawiając się kompromitacji przed audytorium złożonym ze specjalistów, niepodatnych na populistyczne argumenty ćwierćinteligentów. Co bardziej doświadczeni weterani ekonauki zdołali się bowiem już przekonać, że, po pierwsze, energetyka jądrowa jest najlepszym zabezpieczeniem źródeł odnawialnych, które, jak wiadomo nawet ekofundamentalistom, są niesłychanie podatne na warunki atmosferyczne, i, po drugie, bez państwowych dopłat "jedynie słuszne źródła" nie wytrzymają konkurencji na liberalizującym się rynku energii.

Jednak próżnia wciąga i nieobecność uznanych autorytetów zielonej strony wykorzystali drugo-, żeby nie powiedzieć, trzeciorzędni jej przedstawiciele, nie wspominając o obecnych na sali "pampersach " ekologii. Stąd w przerwach między interesującymi wystąpieniami ściągniętych na tę okazję specjalistów od atomów mogliśmy usłyszeć o myszach i komarach latających po sarkofagu oraz radzieckich łodziach podwodnych, które wpływają do naszych ekologicznie i narodowo czystych hut na przetop.

"Wydarzeniem" okazało się wystąpienie przedstawiciela sojuszu prawie pół tuzina zielonych stowarzyszeń. Już na wstępie obarczył on atomistów odpowiedzialnością za brak na sali większej liczby jego zwolenników. Szkoda, że organizatorzy nie poinformowali go o tym, iż koledzy ci nie przyszli z własnej woli, pomimo wielokrotnych zaproszeń i uporczywych namów ze strony Agencji. Następnie występujący rzucił kilka sloganów o zbędności wszelkich energetycznych technologii jądrowych, które już na dniach zostaną zastąpione absolutnie nowymi źródłami, nie zdradził jednak jakimi. Mowa była wyraźnie o źródłach, a nie tylko o odpowiedniku metody przechodzenia jezdni na zielonym świetle i dorabianiu się w ten sposób majątku za zaoszczędzone mandaty. Kolejne slogany dotyczyły przekazywania dotacji rządowych na rozwój energetyki atomowej - zgromadzeni przedstawiciele jądrówki nie dowiedzieli się jednak, kto i gdzie je rozdaje, a jak na razie to przecież z nałożonych na nich podatków dopłaca się do nieekonomicznych technologii "odnawialnych". Mówca zaś w międzyczasie kilkakrotnie zdołał też udowodnić, że nic nie wie o powszechnie znanym w niektórych kręgach fakcie wliczenia w cenę energii z elektrowni atomowych zarówno wszelkich kosztów ich likwidacji, jak i zagospodarowania do końca świata odpadów. Później mieliśmy jeszcze "powtórkę z historii": rzecz o spisku wegetujących w kryzysie imperialistów, którzy zrzucają na nas ze spadochronów stonkę ziemniaczaną ... przepraszam - przestarzałe reaktory.

Kiedy z ust przemawiającego padła informacja o wyłożeniu w przedsionku materiałów wyjaśniających wszystko - natychmiast zaopatrzyłem się w pełny ich komplet. Lektura nie wyjaśniła mi jednak, co miałoby już wkrótce zastąpić energię przemian jądrowych oraz wszelkich ich pochodnych (energii słonecznej, wiatru, biomasy - wszystkie przecież są wtórną formą energii termojądrowej Słońca). Natomiast znalazłem tam, i to już w trakcie wystąpienia zainteresowanego, notkę prasową o bohaterskim wejściu ekologów na diabelski sabat atomistów. Wystąpienie przemawiającego było bowiem zaledwie dodatkiem do rejestrowanej przez telewizję zadymy pod hotelem. Kiedy tylko wyłączono kamery, przedstawiciel sojuszu zielonych federacji opuścił gniazdo atomistów nie czekając na ripostę sali. W ten sposób zainteresowany samospełnił swoją deklarację, iż z pewnością nie doczeka się odpowiedzi. Sam więc nie mogłem uzyskać odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego ulotek, których były całe stosy, obrońcy ekologii nie zadrukowali po obu stronach kartek, co by uchroniło przed toporem połowę drzew zużytych na papier. Odrębnym zagadnieniem jest sens drukowania liczących po dwadzieścia stron elukubracji, w których zestawiono między innymi liczbę posiadanych przez państwa G8 głowic jądrowych z tonami plutonu z reaktorów energetycznych oraz z liczbą reaktorów, w których pluton spala się w formie mieszaniny tlenków uranu i plutonu bezużytecznej do produkcji głowic. Zdaniem autorów ma to o czymś świadczyć, tylko nie wiadomo o czym. Tuż obok reaktory w Kozłoduju zostały nazwane "najniebezpieczniejszymi na świecie". Chłopaki z RBMK (typ czarnobylski) w Sosnowym Borze pod Petersburgiem pewnie nie mogą przeboleć utraty przewodnictwa w tej konkurencji. Kolejna ryza zmarnowanego przez ekologów papieru udowadnia brak poczucia humoru i wyobraźni geometrycznej. Jakiś czeski spawacz przy piwie zażartował sobie z łowców antyjądrowej sensacji stwierdzając, że jedną z rur Temelina obrócono o 180 stopni. Przypomina mi się scena z filmu rosyjskiego, kiedy to dwóch robotników na wąskim podwórku konstatuje, że trzymana przez nich rura jest za krótka. Po dłuższym namyśle (i przy pełnej akceptacji swego szefa) z wielkim trudem, podwórko jest bowiem naprawdę wąskie a rura naprawdę długa, obracają ją o 180 stopni wzdłuż krótszej osi symetrii. Pewnie niektórzy ekolodzy się tego nie domyślają, ale pomimo wykonania tej skomplikowanej operacji rura w dalszym ciągu miała tę samą długość. Półobrót wokół drugiej osi też nie zmieniłby tego faktu.

Kolejną niekonsekwencją, jakiej się dopatrzyłem w omawianym wystąpieniu, było wykorzystywanie koncepcji Gai. Skupionych pod sztandarami tej idei nikt pewnie nie zaznajomił z pełnią poglądów autora koncepcji żyjącej planety - Jamesa Lovelocka, zadeklarowanego zwolennika energetyki jądrowej.

Telewizyjną relację z zadymy pod Victorią wyemitował WOT. Muszę przyznać, że trochę mnie to zaskoczyło. Lokalny program stołeczny korzystnie wyróżniał się dotychczas rzetelnością. Ale widocznie i na Jasną dotarło oszołomstwo.

MAR


Korespondencja

Korespondencja doc. Zbigniewa Wernera z Biurem Prasowym Ministerstwa Finansów na temat nakładów na naukę w budżecie 2003 (2738 milionów w porównaniu z 3330 milionami w roku 2002).

Pytanie doc. Wernera:

Dlaczego udział procentowy wydatków na rozwój nauki i techniki w PKB i w budżecie, będąc i tak na poziomie co najwyżej 1/5 udziału w innych krajach europejskich (0.4% PKB wobec 2-2.5%), systematycznie maleje w kolejnych budżetach RP? Czy Ministerstwo Finansów dostrzega dodatnią korelację pomiędzy poziomem finansowania prac naukowych i technologicznych a tempem rozwoju ekonomicznego danego kraju, czy uważa, że jest ona ujemna i szanse rozwoju są tym większe, im mniejsze są nakłady na te cele? Proszę o przykłady. Z tych samych powodów proszę o uzasadnienie zmniejszania nakładów na szkolnictwo wyższe.

Odpowiedź Biura Prasowego (w wersji oryginalnej):

Rząd dostrzega fakt niedofinansowania polskiej nauki i ma świadomość, że musi się to zmienić. Podjęte zostały działania w celu poprawy polityki państwa we wspieraniu nauki. Trwają właśnie prace nad powołaniem Ministerstwa Nauki, którego powołanie przyczyni się do sprawniejszej koordynacji polityki naukowej państwa. Budżet na rok 2003 jest w znacznym stopniu obciążony płatnościami sztywnymi (prawie 70% całości wydatków), które są skutkiem konieczności spłaty zobowiązań lub wynikają z zapisów ustawowych. Wobec tak małego pola manewru w wydatkach publicznych, rząd przy zachowaniu dyscypliny finansowej nie mógł zwiększyć środków na wiele ważnych dziedzin, w tym na naukę.

Ministerstwo Finansów podejmuje działania mające na celu restrukturyzację polskich finansów publicznych, co da większą swobodę rządowi w kierowaniu większej ilości środków publicznych na dziedziny priorytetowe, jaką niewątpliwie powinna być nauka. Większa elastyczność wydatków kształtowania wydatków publicznych z jednej strony, a rosnąca gospodarka dostarczająca coraz wyższych dochodów budżetowych z drugiej strony, powinna w nadchodzących latach umożliwić znaczne zwiększenie nakładów publicznych na tak ważną dla przyszłości naszego kraju dziedzinę, jaką jest nauka.


Źle się dzieje w państwie niemieckim

W ostatnim okresie, czyli od momentu wyborów do Bundestagu, które wygrała koalicja socjaldemokratów i zielonych, w Niemczech sporo się wydarzyło. Niestety jest mało powodów do zadowolenia. W każdej niemal dziedzinie problemy się piętrzą i nie ma nikogo, kto by dostarczył recepty na ich rozwiązanie. W normalnie funkcjonującym państwie tym kimś jest rząd. Tu jednak władze państwowe nie są w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją. A sytuacja jest bardzo trudna, w niektórych dziedzinach nawet katastrofalna. Jak do tego doszło? Niewątpliwie po części winę ponosi recesja panująca na całym świecie i olbrzymie koszty związane z walką z terroryzmem światowym. Niemcy, jak wiadomo, są zależne od eksportu i zła koniunktura światowa natychmiast odbija się negatywnie na sytuacji gospodarczej kraju. Stąd też wysokie i ciągle wzrastające bezrobocie. Przewiduje się, że na przełomie roku osiągnie 4,5 miliona. W połączeniu w drożyzną po wprowadzeniu euro powoduje to słabą koniunkturę wewnętrzną. Sprzedaje i produkuje się coraz mniej. Coraz trudniej jest w związku z tym utrzymać miliony bezrobotnych, odbiorców pomocy socjalnej, rencistów, których stale przybywa. Niemiecki system socjalny jest u progu bankructwa. Wzrastają składki na emerytury, na opiekę zdrowotną. Płaci się coraz więcej podatków. Niezadowolenie społeczne sięga zenitu i winą obarcza się rząd. Przed wyborami nikt nie wspominał o nadciągających czarnych chmurach nad republikę. Zarówno koalicja rządząca jak i opozycja zajęte były walką wyborczą. Najważniejsze to wygrać wybory, a potem to jakoś będzie. Beztroska postawa polityków mści się z nawiązką. Naród jest zbulwersowany i czuje się po prostu oszukany przez rząd kanclerza Schroedera. Opozycji nie wiedzie się o wiele lepiej, choć ona winą obarcza socjaldemokratów i zielonych. Wciąż społeczeństwo dowiaduje się o kolejnych podwyżkach podatków i opłat lub innych cięciach finansowych w różnych dziedzinach. Dotyczy to zarówno bogatych jak i biednych. Od przyszłego roku wszystkim będzie gorzej się powodzić. W wielu dziedzinach nie czyniono nic przez całe dziesięciolecia w nadziei, że prosperity będzie trwać wiecznie. To była wielka pomyłka dziejowa całych pokoleń polityków niemieckich. Niemcy w większości dziedzin znajdują się teraz na szarym końcu w Unii Europejskiej. Służba zdrowia, szkolnictwo, nauka, finanse państwowe to pięty achillesowe Niemców. Rząd nie ma koncepcji na wyjście z kryzysu, opozycja zresztą też nie. Naród to widzi i dlatego czuje niechęć i nienawiść do polityków. Obrady Bundestagu przypominają magiel, gdzie wszyscy nawzajem obrzucają się inwektywami. Połączone jest to z wybuchami śmiechu i dobrą zabawą, podczas gdy kraj pogrąża się w chaosie i kryzysie. Przypomina to trochę orkiestrę na Titanicu. Różnica polega tylko na tym, że ta orkiestra nie pójdzie na dno wraz ze statkiem. Politycy niemieccy mają zapewnione wysokie pobory i emerytury, prywatne ubezpieczenia zdrowotne i popłatne synekury w postaci członkostwa w różnych radach nadzorczych wielkich koncernów lub firm półpaństwowych. Ich postawa niewiele różni się od postawy tych, co w dawnych czasach twierdzili, że rząd zawsze się wyżywi. Taka to niestety przykra prawda i nie ma tu wielkiej różnicy między systemem totalitarnym a demokracją. Dochodzą do tego olbrzymie afery finansowe, w które zamieszane są wszystkie niemal partie polityczne. Zaczęło się od Helmuta Kohla, potem przyszła kolej na SPD, a na koniec mamy wielką aferę finansową FDP związaną z postacią Juergena Moellemana, który jest po prostu politycznym gangsterem, podobnym do Nixona, a może nawet gorszym.

Marek Mika


Unia Trojga Narodów

W Kraju trwa ostra, emocjonalna debata pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami wejścia do Unii. Zwolennicy przedstawiają liczne korzyści z wejścia.

Po pierwsze, ostatecznie zniknie porządek jałtański i nareszcie będziemy żyć w Europie, tak jak się to nam słusznie należy z racji zasług historycznych - vide choćby Przedmurze Chrześcijaństwa. Drobne różnice cywilizacyjne i obyczajowe wynikające, oczywiście, z 45 lat PRL-u naprawimy w biegu. Już teraz, niejako antycypując podniesienie naszych standardów czystości na poziom europejski, ruszyła akcja likwidacji miejsc "śmierdzionośnych" w Warszawie zainicjowana przez "Gazetę Wyborczą".

Po drugie otrzymamy sporo etatów do obsadzenia w Brukseli, co przyczyni się do zmniejszenia bezrobocia w Kraju. Sporo miejsc pracy związanych z Unią powstaje również w Polsce. Są to miejsca związane z dystrybucją napływających do Kraju funduszy Unijnych. Duża część tych funduszy, która pozostanie po wykonaniu prac i analiz związanych z samą dystrybucją, pójdzie tam, gdzie będą najbardziej potrzebne. Według analiz ekspertów może to być nawet 9.78% sum otrzymanych z Unii.

Po trzecie, w skali globalnej może się okazać, że nie będziemy tzw. płatnikiem netto do Unii, czyli będziemy dostawać więcej niż wpłacamy, albo ujmując sprawę prosto z mostu - nie będziemy dokładać do upadającej gospodarki RFN.

Jeśli nie wejdziemy, to według zwolenników wejścia ma na nas spaść siedem plag egipskich. Może nawet dojść do tego, że z kilka lat będziemy musieli prosić o wsparcie naszej akcesji w takich np. Czechach.

Tymczasem spojrzyjmy na niewejście z drugiej strony. Niewejście stworzy nam historyczną szansę podniesienia prestiżu Polski, zwiększenia wpływów międzynarodowych naszego państwa i podniesienia dobrobytu. Wystarczy wrócić do sprawdzonej historycznie tradycji jagiellońskiej i stworzyć inną unię - Unię Tych Co Nie Weszli, to znaczy Polski, Ukrainy i Białorusi! Będziemy w niej liderem pod względem gospodarczym, kulturowym i cywilizacyjnym! Zyskamy nowe ekologicznie czyste tereny weekendowe. Ukraina zaprasza cudzoziemców i daje ziemię prawie darmo. Jakież pole do popisu dla naszych rolników! Znając potrzeby naszych słowiańskich sąsiadów w tym zakresie otrzymamy ogromny rynek zbytu na nasze samochody, telewizory, pralki itp. Nasz przemysł odżyje. Jeśli chodzi o promocję naszej kultury, to mamy już radio daleko na wschód od Bugu. Zazdrośnicy wymyślają niestworzone rzeczy na temat jego powstania, ale kieruje nimi prymitywna zawiść. zazdroszczą jeszcze jednemu Polakowi, któremu się udało. Tymczasem wiadomo przecież od stuleci, że na tamtych terenach zawsze można było wszystko załatwić, jeśli tylko ktoś umiał się dogadać jak człowiek z człowiekiem, z pominięciem władzy, oczywiście.

Iwanko Mruwczuk


O wyższości Świąt Bożego Narodzenia ...

Koledzy z IPJ zawsze patrzyli na nas z IEA z odrobiną wyższości. Teraz są już bardziej pewni swojej przewagi. Otóż w okresie Świąt mają dwutygodniowy urlop, a my musimy pracować.

Skromni IEA-owcy


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski: k.andrzejewski@cyf.gov.pl
Janusz Mika: mika@waw.pdi.net
Marek A. Rabiński: rabinski@ipj.gov.pl (http://www.ipj.gov.pl/pl/links/rabinski.htm)

Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej któremukolwiek z członków Redakcji. W identyczny sposób prosimy dostarczać materiały do publikacji.

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://india.ipj.gov.pl/neutrony