[NEUTRONY]

NEUTRONY – niezależne i nieregularne pismo komputerowe Ośrodka Atomistyki w Świerku


Nr 5 (124) / 2005
2 czerwca 2005

W numerze:
  • Dekret Cyrankiewicza
  • Panieństwo jubilata
  • Damski komputr do Bessela

Półwiecze Instytutu Badań Jądrowych

Przed pięćdziesięcioma laty powołano Instytut Badań Jądrowych. Z tej okazji wszystkim Czytelnikom, którzy byli przy porodzie, oraz tym, którzy rośli wraz z jubilatem – składamy serdeczne gratulacje.

Redakcja


UCHWAŁA Nr 419/55
PREZYDIUM RZĄDU

z dnia 4 czerwca 1955 r.

w sprawie rozwoju badań w dziedzinie fizyki jądra atomowego i wykorzystania energii jądrowej dla celów gospodarki narodowej.

 

W celu dalszego rozwoju prac badawczych w dziedzinie fizyki jądra atomowego i wykorzystania energii jądrowej dla celów gospodarki narodowej, Prezydium Rządu postanawia:

§ 1

  1. Na wniosek Polskiej Akademii Nauk powołać:
    1. Komitet dla Spraw pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej, przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk, mający za zadanie planowanie i koordynowanie prac naukowo-badawczych z dziedziny fizyki jądrowej i pokojowego wykorzystania energii jądrowej oraz organizowanie szkolenia odpowiednich specjalistów,
    2. Instytut Badań Jądrowych Polskiej Akademii Nauk
    3. Dyrekcję Budowy dla realizacji inwestycji budowlanych i montażu.
  2. Szczegółowe akty o powołaniu powyższych instytucji zostaną przedstawione Prezydium Rządu w terminie do 25 [poprawione ręcznie] czerwca 1955 r.

§ 2

Powołać Komisję Rządową dla Spraw Pokojowego Wykorzystania Energii Jądrowej w składzie:

Przewodniczącego:

Pierwszy Zastępca Prezesa Rady Ministrów Hilary Minc

Z-cy Przewodniczącego:

Zastępca Przewodniczącego Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego inż. M. Lesz
Zastępca Sekretarza Naukowego Polskiej Akademii Nauk czł. koresp. PAN prof. dr. P. Szulkin

Członkowie:

Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Szkolnictwa Wyższego prof. dr. O. Achmatowicz
Członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk prof. dr. L. Infeld
Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk prof. dr. A. Sołtan

Sekretarz:

mgr. inż. M. Taube

Zadaniem Komisji Rządowej jest:

  1. okazanie wszechstronnej pomocy Polskiej Akademii Nauk i resortom w zakresie prowadzonych badań oraz w zakresie szybkiego rozwoju bazy materialno-technicznej dla prac naukowo-badawczych w dziedzinie wykorzystania energii jądrowej,
  2. sprawowanie ogólnego nadzoru nad przebiegiem prac związanych z wykorzystaniem energii jądrowej dla postępu technicznego.

§ 3

Zobowiązać Ministrów: Przemysłu Maszynowego, Przemysłu Motoryzacyjnego, Chemicznego, Energetyki i Szkolnictwa Wyższego do wydzielenia pracowników o odpowiednich kwalifikacjach dla pracy w Instytucie Badań Jądrowych w terminie i ilościach ustalonych przez Komisję Rządową.

§ 4

Zobowiązać Ministra Przemysłu Motoryzacyjnego do zlecenia wykonania prac projektowych związanych z budową reaktora i cyklotronu oraz Ministra Budownictwa Przemysłowego do wykonania prac budowlanych i montażowych.

§ 5

Upoważnić Przewodniczącego P.K.P.G. do zwolnienia wyżej wymienionych inwestycji od niektórych wymogów dokumentacyjnych.

§ 6

Zobowiązać Ministra Finansów do zabezpieczenia pokrycia finansowego wydatków na rok 1955 związanych z realizacją niniejszej Uchwały, zgodnie z preliminarzem złożonym przez PAN i zatwierdzonym przez Komisję Rządową.

§ 7

Zobowiązać Ministra Handlu Zagranicznego do realizacji dostaw, wynikających z porozumienia z ZSRR oraz innych dostaw, związanych z potrzebami prac badawczych i wykorzystaniem izotopów dla celów gospodarki narodowej.

§ 8

Zobowiązać Ministrów: Przemysłu Maszynowego, Przemysłu Motoryzacyjnego, Przemysłu Chemicznego, Ministra Hutnictwa, Energetyki i Łączności, każdego w swoim zakresie, do prowadzenia na zlecenie Komisji Rządowej prac badawczych i projektowych w podległych im Zakładach i Instytutach oraz do zabezpieczenia dostaw niebilansowanych maszyn, urządzeń, aparatury, materiałów i chemikalii.

§ 9

Zobowiązać Prezesa Państwowej Komisji Etatów do przydzielenia na rok 1955 etatów, zgodnie z zatwierdzonym przez Komisję Rządową wnioskiem Polskiej Akademii Nauk.

§ 10

Wykonanie Uchwały powierza się Prezesowi Akademii Akademii Nauk, Przewodniczącemu Komisji Rządowej, Przewodniczącemu Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego, właściwym Ministrom i Prezesowi Państwowej Komisji Etatów.

PREZES RADY MINISTRÓW
/Józef Cyrankiewicz/

Od Redakcji:

Uchwała ma postać dość niechlujnego maszynopisu. Zachowaliśmy pisownię oryginału.


Falstart „atomistyki"

Na początku roku 1954 pracowałem jako starszy asystent w Katedrze Budowy Aparatów Elektromedycznych i poza obowiązkami dydaktycznymi zajmowałem się projektowaniem, konstruowaniem i remontowaniem sprzętu medycznego. Praca ta przynosiła mi dużo satysfakcji. Inspirowany nieustannie przez prof. Juliusza Kellera poświęcałem sporo czasu na „fantazjowanie", to jest obmyślanie nowych metod i urządzeń mogących rozwiązać trudne problemy diagnostyki i terapii medycznej. Za jedną z ważniejszych dziedzin uważano kardiologię. Prof. Keller opracował pierwszy w Polsce (a może nawet w świecie) wektokardiograf, pozwalający przestrzennie obserwować w czasie prądy czynnościowe serca. Myśleliśmy nawet o konstrukcji „sztucznego serca", choć zdawaliśmy sobie sprawę z ogromnych barier technologicznych i materiałowych.

W końcu lutego zadzwonił do mnie nieznany mi wtedy docent Buras z Instytutu Fizyki UW na Hożej prosząc, abym pierwszego marca w południe przyszedł do niego na rozmowę. Nie był to dobry termin, bowiem w tym właśnie dniu o godzinie 13 miałem ślub w Urzędzie Stanu Cywilnego na Pradze. Razem z przyszłą małżonką poszliśmy więc na Hożą. Ona czekała na mnie na dole, a ja poszedłem do gabinetu docenta nie bardzo wiedząc po co. Kiedy wszedłem do gabinetu, docent Bronisław Buras powitał mnie z uśmiechem i powiedział, że chce abym pracował u niego w całkowicie nowej, niezwykle ciekawej dziedzinie, o której – niestety – nic konkretnego nie może mi w danej chwili powiedzieć. Ja na to odpowiedziałem, że pracuję w bardzo ciekawej i perspektywicznej, a także pożytecznej dla ludzi dziedzinie i że nie przewiduję zmiany swoich zainteresowań. Uprzejma wymiana argumentów przez obie strony trwała 15–20 minut bez rezultatu, po czym pożegnałem się z docentem i szybko zbiegłem do narzeczonej, uważając sprawę za zakończoną. Udało nam się złapać taksówkę, dzięki czemu niewiele spóźniliśmy się na życiowo ważną uroczystość (Świadkowie i Rodziny już się trochę denerwowali). Tematu rozmowy na UW w ogóle nie poruszaliśmy.

Nie był to – niestety – banalny epizod. W dniu 2 czerwca 1954 r. na zaproszenie docenta Bronisława Burasa znów pojawiłem się w jego gabinecie na Hożej, ale tym razem spotkałem tam swoich kolegów z Politechniki: Jerzego Aleksandrowicza, Andrzeja Janikowskiego, Przemysława Szulca i Antoniego Wasilewskiego z Instytutu Radowego. Na wstępie doc. Buras dał nam do podpisania zobowiązania, dotyczące zachowania tajemnicy, po czym poinformował nas, że Decyzją Prezydium Rządu tworzymy zalążek jednostki organizacyjnej, która ma za zadanie zbudowanie w Polsce doświadczalnego reaktora atomowego. I tak dowiedziałem się, że rozpoczynam pracę w Zakładzie Fizyki Elementarnych Cząstek Polskiej Akademii Nauk. Formalne przeniesienie z Politechniki do ZFECz odbyło się w sposób typowy dla owych czasów bez mojej wiedzy i zgody. Były to lata nakazów i przydziałów pracy... Pozwolono mi jedynie kontynuować obowiązki na Politechnice do końca roku akademickiego 1953/54, tj. do końca września. Wiem, że Katedra miała do mnie wtedy ogromny żal. Po wielu, wielu latach, kiedy w Ministerstwie Energetyki i Energii Atomowej Pani Kadrowa zażyczyła sobie, abym przedstawił świadectwo pracy z Politechniki Warszawskiej, miałem z tym kłopot. Kierownik Działu Kadr PW powiedział wprost, że nie może znaleźć żadnych dokumentów na temat zwolnienia mnie z pracy na Politechnice. Wyjaśniłem mu, że powodem było zapewne to, że w owych latach tego rodzaju transfery ludzi odbywały się – jak np. w moim przypadku – na telefoniczne polecenia odpowiednich osób. Przyznał, że już słyszał o tym, jak to się wtedy załatwiało.

Niewtajemniczonych może intrygować fakt, że wszyscy zaproszeni przez doc. Burasa byli związani z Sekcją elektromedycyny na wydziale Elektrycznym PW. Wyjaśnienie jest proste. Buras dowiedział się o naszej specjalności od swojego znajomego. Profil kształcenia na „Elektromedycynie" odpowiadał jego oczekiwaniom. Znaliśmy fizykę atomową i jądrową, mieliśmy do czynienia z promieniowaniem jonizującym, jego źródłami i metrologią, konstruowaliśmy różne przyrządy elektroniczne. (Ja swoją praktykę dyplomową odbywałem przez prawie pół roku w Gdańskiej Akademii Medycznej, mieszkając na jej terenie.) Posiadaliśmy zatem wiedzę teoretyczną i praktyczną, która mogła być bardzo przydatna przy realizacji trudnego i odpowiedzialnego zadania stawianego przez Rząd.

Moja praca w pokoiku na Hożej (początkowo bywałem tam zwykle po południu, bo rano miałem zajęcia na PW) zaczęła się najpierw od studiowania masy dokumentów oznaczonych np. literami ORNL lub LASL – tu był kolejny numer (ORNL – Oak Ridge National Laboratory, LASL – Los Alamos Scientific Laboratory), na których były pieczątki „Unclasified" albo „Declasified". Czuwała nad nimi pani mgr Kowalska (prawa ręka Burasa), budząca ogromny respekt. Raporty te zawierały mniej, lub bardziej obszerne informacje, schematy, rysunki i zdjęcia dotyczące szeroko pojętej fizyki i techniki jądrowej. Były informacje o pomiarach fizycznych, badaniach materiałowych itp. Ponieważ na studiach poznaliśmy zasady budowy i działania reaktorów atomowych, to bez trudu dawałem sobie w tym „gąszczu" radę. Trafiłem np. na opis budowy pierwszego grafitowego stosu atomowego i pierwszych prób Fermiego na nim. Mnie, oczywiście, najbardziej interesowały raporty dotyczące aparatury i metod pomiarowych. Jednym z takich był opis elektrometru z kondensatorem dynamicznym z całą teorią jego działania. Drugim źródłem informacji były czasopisma, a zwłaszcza numery amerykańskiego miesięcznika „Nucleonics", w których znajdowały się ciekawe wiadomości o rodzącej się technologii wykorzystania energii jądrowej i zagadnieniach prawnych. Trafiałem tam również na opisy pierwszych wypadków „jądrowych", zmuszające do poważnych przemyśleń.

Pewnego dnia przeprowadziliśmy się do odremontowanych baraków po „Metrobudowie" na ulicy Panieńskiej na Pradze, nad Wisłą. (Dziś stoją tam wieżowce mieszkalne.) Zaczynała działać „administracja". Pojawili się wartownicy. Dostaliśmy samochód – Skoda furgon, który pełnił też rolę „limuzyny" dla Kierownictwa. Kierowcą był pan Kowalik. Na początku lipca zawiózł mnie do Gliwic, abym z tamtejszego Instytutu Onkologii mógł zabrać pół grama radu w platynowych igłach. Przekazano je nam w pojemniku ołowianym, który z pewnością nie zapewniał wymaganej osłonności i dlatego ustawiliśmy go tuż przy tylnej klapie auta. Oprócz tego załadowaliśmy parę butli z tlenem i wodorem (mieliśmy odpowiednie zezwolenia), bo dla organizującego się warsztatu, w którym „złotą rączką" był p. Józef Tyński, były one bezcenne. W drodze powrotnej mieliśmy „drobny" kłopot, bo urwały się cybanty trzymające tylną oś. Na szczęście Kowalik miał we wsi blisko trasy rodzinę, która poratowała go w potrzebie. Tym nie mniej do Warszawy dojechaliśmy Skódką wlokącą swój „zad" tuż nad ziemią.

Igły radowe zostały dostarczone do Instytutu Chemii Ogólnej, gdzie prof. Jerzy Minczewski przerobił je na źródło neutronów Ra-Be. Źródło to było potrzebne do pomiaru jakości grafitu „reaktorowego", który pewnego dnia został w drewnianych skrzyniach przywieziony z Raciborza na Panieńską. Dla zachowania tajemnicy skrzynie wnosiliśmy do hali baraku, aby następnie grafitowe bloki układać w „stos atomowy". Robiliśmy to odziani w laboratoryjne białe fartuchy i nie trudno sobie przedstawić, jak one potem wyglądały. Początkowo pracowali wszyscy naukowcy, nawet doc. Buras i prof. Wilhelmi, ale po pewnym czasie "pilne obowiązki" oderwały ich od tej brudnej roboty.

Stopniowo na Panieńskiej pojawiali się nowi ludzie. W pierwszym rzędzie należeli do nich William McLeod, który zajmował się problemami dotyczącymi chemii, oraz jego towarzysz Robert Trent mówiący o sobie, że jest fizykiem. Była to bardzo sympatyczna para o kontrastującym wyglądzie: Robert był szczupły, a William dość gruby. Przypominali wprawdzie Flipa i Flapa, ale rzeczowym podejściem do spraw naukowych bardzo nam imponowali. Mówili dość dobrze po polsku. Inną osobowością na Panieńskiej był Olgierd Wołczek, znany później jako świetny popularyzator nauki. Zawsze bardzo zajęty biegał po Zakładzie z prędkością nadświetlną, ale poproszony o radę nigdy jej nie odmawiał. Posiadał niezwykle bogatą wiedzę teoretyczną i umiejętności praktyczne. Miał uszkodzone jedno oko (podobno w wypadku podczas eksperymentów chemicznych), lecz na jego pogodnej twarzy zawsze widziałem życzliwy uśmiech.

Ułożenie grafitowego stosu zbiegło się z dostarczeniem neutronowego źródełka. W tym celu w warsztacie przygotowano specjalny pojemnik osłonowy. Prof. Minczewski opowiadał, że kiedy wykonane przez jego zespół źródełko przenosili na wędce z pomieszczenia „gorącego" laboratorium do tego pojemnika, po IChO poszła fama, że ładują „bombę atomową".

Z tym źródełkiem mieliśmy jeszcze dwie przygody. Była do niego przywiązana nylonowa żyłka, ale chyba węzeł był niewłaściwy, bo pewnego razu źródełko urwało się i spadło za grafitowy stos. Zwłaszcza Jurek Aleksandrowicz namęczył się wtedy solidnie, aby na odległość za pomocą cienkich rurek ponownie przewlec żyłkę i przywiązać ją solidnie do ucha w źródełku.

Druga przygoda była poważniejsza, ponieważ z pierwszych pomiarów wynikało, że źródełko jest nieszczelne. Pomiarami kierował dr Robert Trent i on zdecydował, że źródełko trzeba ponownie zalutować. Cała operacja odbywała się „wieczorową porą" w niezwykłej scenerii (zwłaszcza dla mogących ją obserwować mieszkańców nieodległego bloku mieszkalnego). Brali w niej udział: dr Trent, Aleksandrowicz, Janikowski, Szulc i ja – wszyscy w białych kitlach. Niewielka metalowa kapsułka była przytrzymywana na taborecie za pomocą długiego prostego manipulatora, jeden z nas trzymał w ręku dużą lutownicę, drugi podawał cynę, ktoś jeszcze miał w rękach dawkomierz Victoreen'a, aby badać poziom promieniowania. Robert czuwał i dyrygował czynnościami i chyba dzięki temu cała operacja zakończyła się powodzeniem. Źródełko zostało uszczelnione. Czy był wtedy sens i czas, aby zastanawiać się nad tym, jakie dawki przy całej tej operacji otrzymaliśmy?

Dużym problemem był brak niezbędnej aparatury i przyrządów pomiarowych. Niektóre z urządzeń zamawialiśmy korzystając z posiadanych kontaktów i znajomości. W ten sposób udało się podsunąć pomysł kolegom w Zakładzie Radiotechniki prof. Groszkowskiego, aby opracowali dekatrony, czyli lampy liczące do 10, potrzebne do zbudowania przeliczników. Potem okazało się, że dekatrony „Wolińskiego" są lepsze od oryginalnych lamp Philipsa. Sporo aparatury zamówiliśmy u doc. Kosackiego w Przemysłowym Instytucie Telekomunikacji na Ratuszowej. Chodziło nam zwłaszcza o przeliczniki i zasilacze stabilizowane.

Poza takimi „kumoterskimi" kontaktami powszechnie obowiązywała w kraju żelazna zasada planowania i przydziałów. Aby dostać coś poza planem potrzebne były zgody decydentów na najwyższych szczeblach władzy. Doc. Buras zdecydował więc, że trzeba pojechać na Targi Poznańskie z odpowiednimi glejtami i tam wprost na stoiskach zarezerwować potrzebne nam przyrządy. Do Poznania wydelegowano mnie i Tolka Wasilewskiego. Operacją przerzutu zajął się pan Szajnberg (człowiek zajmujący się na Panieńskiej wszystkim), który zadzwonił do kogoś na lotnisko Okęcie i powiedział: „Mam dwóch ludzi do przerzucenia do Poznania dziś". W ten sposób ja poleciałem najbliższym rejsem LOTu, ale ponieważ Tolek się już nie zmieścił, to załadowano go do małej awionetki, którą odbył wspaniałą (jak potem opowiadał) podróż. Zadanie zostało wykonane. Na Targach udało się nam parę cennych przyrządów zakupić za pośrednictwem Central Handlu Zagranicznego, które nie mogły nam odmówić na mocy wspomnianej na wstępie Decyzji Prezydium Rządu.

Mistrzem w zdobywaniu deficytowych materiałów był zaopatrzeniowiec pan Lelental, starszy już reemigrant z ZSRR, którego podziwiałem za wysiłki wkładane w naukę (robił zaocznie maturę). Czasem prosił o pomoc, której mu chętnie udzielaliśmy. Kiedyś powiedział mi, że jak zrobi maturę, to będzie „kimś". Miał zasadę, że w ciągu dnia załatwia tylko jedną sprawę. Ale ją załatwiał! Ogromnym jego sukcesem było np. zdobycie kilkunastu słupów telegraficznych, potrzebnych do zainstalowania lamp oświetlających teren. Takie słupy były objęte ścisłym planowaniem i nie sposób było je dostać poza planem. Pan Lelental, wyposażony w odpowiednie pisma trafił aż do gabinetu ministra. Tam usiłowano go zbyć, ale on dla podkreślenia wagi sprawy powiedział, że rozumie, że Pan Minister jest zajęty, ale dlatego kazał kierowcy czekać tak długo, aż sprawa zostanie załatwiona. I po kilkunastu minutach wyszedł z odpowiednią zgodą! Nie wiem, czy udało mu się zdać tę wymarzoną maturę i stać się „kimś".

Innym sposobem ściągania potrzebnych nam rzeczy było jeżdżenie po zakładach przemysłowych i chemicznych w Polsce, celem przeglądania ich magazynów i wybierania pasujących nam urządzeń i materiałów. W tym celu mieliśmy legitymacje pracowników Zakładu Urządzeń Naukowo-Technicznych (ZUNT), podlegającego Centralnemu Zarządowi Przemysłu „ERG". Mówiąc wprost – był to przemysł zbrojeniowy. Dało mi to okazję do zwiedzenia kilku zakładów „bez adresu". Niestety, mimo posiadania takich legitymacji nie dostawaliśmy z ZUNT żadnej pensji ekstra. Posiadanie dwóch legitymacji czasami sprawiało nawet pewien kłopot. Trzeba było pamiętać, gdzie, co załatwiamy. Jedną legitymację nosiłem w lewej kieszeni, a drugą w prawej. Przydarzyło mi się kiedyś, że pomyliłem legitymacje, ale na szczęście było to w Polskiej Akademii Nauk, gdzie na takie drobiazgi zwracano mniej uwagi. Wiele zamówień dotyczyło odczynników, które zamawiał McLeod. Pamiętam, jak kiedyś magazynier na Żeraniu przyjmujący kolejną partię odczynników powiedział mi ze zdumieniem: „Panie inżynierze, przecież ‘to coś' w tej małej flaszeczce jest droższe od złota!". Niestety nie pamiętam nazwy tego związku, a szkoda.

Atmosferę tajemnicy pogłębiały procedury, których musieliśmy przestrzegać. Bardzo mi brak osobistych notatek z tamtych czasów, choć świadomie wolałem nie ryzykować i ich nie robić. Wszystkie prace wykonywane w laboratorium, obliczenia, projekty, schematy, trzeba było zapisywać w notatnikach przeszytych i opieczętowanych. Wszelkie materiały, notatniki, raporty, czasopisma itp. potrzebne do pracy trzeba było przechowywać w kartonowych pudłach, które po zakończeniu roboczego dnia należało zamknąć i zaplombować plastelinową plombą w kapslu od piwa przybijając swoją pieczątkę z określonym numerem. Kartonowe pudło zdawało się następnie do tajnej kancelarii, gdzie pani Baumacowa każdy ruch pudełka ewidencjonowała w swoim specjalnym zeszycie: „Przyjął – Zdał".

Podobny rygor obowiązywał na bramie. Jeden z techników postanowił sobie nawet zażartować ze strażników i próbował wynieść bez przepustki „paczkę". Tą paczką był duży blok suchego lodu (zestalony CO2), zawinięty w kilka warstw papieru pakowego i elegancko obwiązany sznurkiem. Strażnik, oczywiście, paczki nie pozwolił wynieść i schował ją – zgodnie z przepisami – do szafy pancernej na wartowni. Następnego dnia, kiedy technik upomniał się o swoją paczkę okazało się, że papier jest pusty. Suchy lód przez noc wyparował. Kłopot polegał na tym, że w nocy nastąpiła zmiana strażnika i proceduralnie groziły „straszne rzeczy". Ale jakoś udało się sprawę załatwić, bodajże przy udziale Szajnberga.

Organizacja Zakładu była dopracowywana na bieżąco. Pewnego dnia doc. Buras dokonał podziału naszych obowiązków: Janikowskiemu polecił przygotowanie opracowania i produkcji liczników GM, Aleksandrowicz miał się zająć sprawami reaktora, natomiast Szulcowi i mnie przypadły sprawy elektroniki i automatyki. W pracach nad projektem reaktora brało udział jeszcze parę osób. Nad fizyką reaktora czuwał prof. Zdzisław Wilhelmi. Nie pamiętam np. kto zajmował się aspektami budowlanymi.

Pod koniec stycznia 1955 r. (chyba 21 stycznia) odbyło się na Panieńskiej zebranie całego zespołu, który pracował nad pra-projektem reaktora. Każdy z obecnych referował swój odcinek projektu. Pamiętam, że w części dotyczącej sterowania przewidywaliśmy pionierskie zastosowanie systemów składających się z trzech równoległych torów pomiarowych, których wskazania mały być porównywane wg zasady „każdy z każdym", przy czym zgodność dwóch kanałów miała służyć jako prawidłowy odczyt. Reaktor miał być stosem grafitowym, mającym oddzielne kanały paliwowe, kanały na pręty regulacyjne i kanały dla powietrza chłodzącego. Referowanie poszczególnych fragmentów projektu wraz z dyskusją trwało długo. Biorący udział w tym „seminarium" płk. Mieczysław Taube z Państwowej Komisji Planowania Gospodarczego zauważył, że ilość plutonu, jaka będzie powstawała w reaktorze podczas jego pracy będzie wystarczająca dla małej bomby atomowej! Chyba miał to być żart. Wydawało się, że projekt w pierwszym przybliżeniu jest już akceptowany. Ale w pewnym momencie prof. Wilhelmi zaczął coś liczyć, a następnie zgłosił swoje wątpliwości. Moc reaktora była uzgodniona, proponowano odpowiedni do tej mocy przedmuch powietrza i tu pojawił się problem, czy aby wymagany napór powietrza nie zdmuchnie całego grafitowego stosu! Wobec takich zasadniczych obiekcji uznano, że projekt należy generalnie przepracować. I to był pierwszy „falstart atomistyki".

Dobrze, że później Związek Radziecki zaoferował Polsce kupno gotowego reaktora doświadczalnego (bodajże za 12 mln rubli), co dało nam możliwość bezpiecznego i twórczego opanowania techniki reaktorowej, czego najlepszym dowodem było zwiększenie mocy naszej „Ewy" do poziomu najwyższego we wszystkich „demoludach", mających podobne reaktory. Byłem pełen podziwu dla Jurka Aleksandrowicza, na którego barki nałożono ogromny ciężar budowy „Ewy". Starsi „guru" w tej dziedzinie najwidoczniej sądzili, że dla nich bezpieczniej będzie powierzyć to zadanie młodemu inżynierowi – z uwagi na ryzyko ewentualnego niepowodzenia (czytaj „katastrofy"). Jurkowi się udało, brawo!

Ale „atomowa maszyneria" ruszyła. Pewnego dnia doc. Buras z towarzyszącym mu pułkownikiem Taube zabrał nas na Żerań, aby obejrzeć baraki hoteli dla budowniczych Elektrociepłowni. Zastanawiano się, czy jest to odpowiednie miejsce na rozbudowę Zakładu. (Pamiętam, że rozważano również lokalizację w fortach Modlina.) Na Żeraniu Jeden z siedzących pod barakiem robotników powiedział coś w rodzaju: „stale tu tacy przyjeżdżają", na co Taube półgłosem zareagował słowami „za dwa tygodnie ich tu nie będzie". Tak się też stało. Powstający potem Instytut Badań Jądrowych uzyskiwał w ten sposób bazę do swojego powstania i rozwoju.

Przeniesienie się na Żerań, a zwłaszcza powstanie Instytutu Badań Jądrowych otwierało przede mną inny etap życia. Po pierwsze, odeszły (przynajmniej w moim przypadku) problemy z procedurami przestrzegania zasad tajności. Pewnego dnia pani Baumacowa wezwała mnie, odebrała pieczątkę i powiedziała, że wszystkie moje notatki „jako tajne" zostaną zniszczone. Było mi ich trochę szkoda, bo niektóre z pomysłów nie zachowały się w pamięci w stopniu wystarczającym do ich odtwarzania. Ale nie było też takiej potrzeby, bo systemy sterowania reaktorem przyjechały w komplecie dostawy. W zamian pojawiły się nowe problemy – budowy urządzeń do badań fizycznych, w szczególności analizatorów amplitudy. Jednym z pierwszych przyrządów, jaki zbudowałem w tempie przyśpieszonym kolegom detektorowcom (konkretnie Jasiowi Lesińskiemu) był np. synchroskop do pomiaru czasu martwego liczników Geigera-Millera (był to niejako produkt uboczny mojej pracy dyplomowej na Politechnice).

Na Żeraniu pojawiały się nowe obowiązki. Rozpoczęła się aktywna działalność związkowa, w wyniku której powierzono mi kierowanie Pracowniczą Kasą Zapomogowo-Oszczędnościową. Jest pewien epizod z tego czasu, dotyczący angielskiego chemika, którego poznałem jako Williama McLeoda, a który po nastąpieniu epoki jawności powrócił do swojego właściwego nazwiska Ian'a Campbella.

Tu mała dygresja – Robert Trent również powrócił do swojego pierwotnego nazwiska – w rzeczywistości nazywał się Denis O'Connor i pod tym nazwiskiem wydał jedną z pierwszych Polsce książek o podstawach atomistyki. W Anglii, jak wiadomo, wielu naukowców było sympatykami socjalizmu, a nawet komunizmu. Obaj Anglicy przybyli do „egzotycznego" kraju, jakim była dla nich Polska, ze względów ideowych, chcąc nam pomóc. Thank you, Friends! Potem obaj zdecydowali się powrócić do macierzystego kraju, prosząc Królową Angielską o przebaczenie. Przypuszczam, że było to spowodowane szokiem, jaki wiązał się z XX-tym Zjazdem KPZR, na którym Chruszczow ujawnił ogrom zbrodni Stalina. Dla wielu ludzi oznaczało to kompletny krach idei, którym byli oddani.

Wróćmy jednak do PKZP. Campbell opuszczając Polskę nie pozostawił żadnych dyspozycji, co do pieniędzy zaoszczędzonych na jego koncie. Od koleżanek chemiczek udało mi się jednak dostać adres do niego w Anglii. W odpowiedzi na mój list Ian podał nazwisko i adres swojej byłej gosposi w Polsce, polecając aby całość jego pieniędzy jej przekazać, co niezwłocznie wykonałem. Jakie były dalsze losy Anglików po ich powrocie do macierzystego kraju – nie wiem. Podobno Ian Grant Campbell wstąpił do zakonu i został mnichem. Może ktoś z „Dinozaurów" na Żeraniu ma na ten temat więcej wiedzy, którą mógłby się z nami podzielić.

Wiele wody w Wiśle upłynęło od tamtych czasów. Zawsze, kiedy jakieś sprawy wzywają mnie do IChiTJ na Żerań z sentymentem patrzę zwłaszcza na te stare baraki. Wielokrotnie odnawiane, mają wymienione okna i drzwi, choć ich żywot był planowany tylko na lat kilkanaście, może dwadzieścia. To, że Polska Atomistyka nadal w nich działa ponad 50 lat jest chyba fenomenem w skali światowej!

Jerzy I. Chmielewski


Przed pięćdziesięciu laty

W 1955 roku wspinałem się właśnie w Tatrach, gdy otrzymałem telegram od mego ojca, bym natychmiast wracał do Warszawy. Czekał tam na mnie list z wezwaniem na ulicę Panieńską i tam bez dalszych ceregieli zamustrowano mnie wraz z setką innych świeżych absolwentów fizyki, chemii i pokrewnych specjalności do pracy w świeżo powstałym Instytucie Badań Jądrowych. Dlaczego tak się stało? Już w 1953 roku ówczesny prezydent USA Dwight Eisenhower zainicjował program „Atom for Peace" proponujący zastosowanie dotychczas ściśle wojskowej dziedziny do celów pokojowych. Sowiety nie mogły pozostać z tyłu i niedługo potem postanowiły zaoferować krajom satelickim wybudowanie reaktorów doświadczalnych. Była to propozycja nie do odrzucenia, no i trzeba było zadbać o zaplecze organizacyjne i badawcze – to był początek IBJ, a także reaktora EWA.

Mustrując nas nikt nie pytał czy chcemy, w końcu to były czasy nakazów pracy, ale też spośród absolwentów nikt specjalnie nie protestował – energia nuklearna była wówczas bardzo „in" i praca zapowiadała się interesująco. Co więcej kończył się stalinizm, nadchodziła odwilż i praca w nowym układzie i nowoczesnej dziedzinie bardzo pozytywnie oddziaływała na nasze nastroje. Przyjmował nas do pracy tzw. personalny, rodzaj twardziela „po linii" lubiącego przypominać swą chwalebną przeszłość w AL-owskiej partyzantce i mającego zwyczaj zwracania się do rozmówców per „wy". Trzeba tu dodać, że do administracji świeżo utworzonego Instytutu trafiło wiele ludzi z właśnie niedawno rozwiązanego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – władze musiały coś z nimi zrobić. Czasy jednak się zmieniły i ów personalny, z pewnością ubek trafił na jednego z ciętych w języku moich kolegów z roku, nazwijmy go O., który zaczął mu odpowiadać w „pluralis maiestatis", to znaczy per „my". I poskutkowało – od tego czasu personalny przeszedł na formę „pan, pani". Instytut posiadał początkowo dwie lokalizacje: na Panieńskiej w starych barakach po Metrobudowie i podobnych barakach na Żeraniu, na ulicy Dorodnej. We wrześniu zaczęto nas szkolić, bowiem nawet bardzo podstawowe gałęzie technologii nuklearnych nie były w Polsce znane i nie były wykładane na ówczesnych wyższych uczelniach. To były nie tylko zupełnie nowe sprawy – od Alamogordo i Hiroszimy upłynęło zaledwie 10 lat – były one też supertajne ze względu na wyłączne wówczas zastosowania militarne. Wykłady prowadzone były głównie w barakowym „campusie" ulicy Dorodnej, część ćwiczeń praktycznych prowadzono też w barakach na Panieńskiej. I też wszystko co można było tajne. Po Warszawie żartowano o kiepskiej i kosmatej pomysłowości „służb" – jak można kamuflować tajne działania „jądrowe" pojęciami „panieńska" i „dorodna"?

Dwóch najważniejszych naszych wykładowców nosiło nazwiska Campbell i O'Connor, mówiło bardzo chropowatą polszczyzną i nawet spytać się nie było wolno skąd się wzięli w komunistycznej Polsce tuż po nie tak całkiem wygasłym stalinizmie. Byli to jednak bardzo kompetentni i sympatyczni ludzie i nasze szkolenie posuwało się niezwykle szybko. Podejrzewaliśmy – co zresztą znacznie potem okazało się prawdą – że byli to brytyjscy komuniści, którzy „zmienili strony". Niebawem zresztą jeden z nich stał się nagle McLeodem – dlaczego, pozostaje tajemnicą ówczesnych „służb". Po kilkunastu latach dowiedzieli się oni nareszcie czym jest realny komunizm i ponownie zmienili strony wracając do ojczyzny. W czasie szkolenia doszło do pewnego incydentu obrazującego, od jakiego poziomu kompetencji IBJ zaczynał swą działalność. Słuchaliśmy wtedy wykładu z dozymetrii. Wykładał Campbell bądź już McLeod, który demonstrując dozymetr elektroniczny chodził z nim po sali i pokazywał słuchaczom wartość tła promieniowania. Słychać było rzadkie trzaski w głośniczku. Gdy zbliżył się jednak do okolic drzwi w tylnej części sali dozymetr zaczął trzaskać jak szalony i w końcu się zatkał. Okazało się, że tuż za ścianą, w małym pomieszczeniu przeznaczonym na toaletę umieszczono źródło Rad-Beryl, gdzie naświetlaliśmy folie pomiarowe w ramach naszych ćwiczeń. Było ono od strony wejścia dobrze osłonięte cegłami z ołowiu oraz borowanej parafiny. Tak, ale tylko od tej strony, bowiem z drugiej źródło świeciło wprost na cienką drewnianą, barakową ściankę. Źródło było jednak niezbyt mocne i nikomu nic się nie stało.

Przed kilku laty budowano na rozkaz Wielkiego Słoneczka Narodów tunel metra pod Wisłą, poczynając od ulicy Panieńskiej. Linia miała sięgać z Targówka na Wolę i nie chodziło tu wcale o komunikację miejską. Tunel o gabarytach szerokotorowych kolei sowieckich miał przede wszystkim służyć zaprowadzeniu pokoju w Europie, to znaczy służyć do bezpiecznej przeprawy przez rzekę czołgów i innych mebli do tego pokoju – stąd tak duże gabaryty. Wybudowano już większość jego przejścia pod Wisłą – może ktoś jeszcze pamięta sporą rurę sterczącą z Wisły obok mostu Śląsko-Dąbrowskiego nieopodal Nowego Zjazdu – to był właśnie koniec tunelu. Stalin umarł, pieniędzy zabrakło, projekt zarzucono, tunel zalano i została tylko wielka dziura w ziemi zakryta deskami oraz kilka zagrzybionych baraków. Ludkowi warszawskiemu wyjaśniono, że napotkano na kurzawkę nie do przezwyciężenia i metra nie będzie. Druga lokalizacja na Dorodnej stanowiła też zbiorowisko baraków tyle, że było ich więcej i w nieco lepszym stanie.

Mimo wszystko początek był udany i wszystko, no może prawie wszystko, działo się sprawnie i szybko. Tak więc na przykład w ciągu roku czy nawet w krótszym okresie zbudowano na Panieńskiej tzw. grafitowy zestaw wykładniczy służący do ćwiczeń oraz do kalibracji metod pomiarowych niezbędnych w fizyce reaktorowej. Mało tego, te kilka ton grafitu o znacznej gęstości i tzw. nuklearnej czystości wyprodukował zakład w Raciborzu nie mający dotychczas pojęcia o tego rodzaju produkcji.

Skończyliśmy wielotygodniowy kurs, zdaliśmy egzaminy i zaczęła się normalna praca. Przydzielono mnie do fizyki reaktorowej, a ta początkowo mieściła się w dwóch pokojach starego budynku fizyki na Hożej, tejże starej Hożej gdzie studiowałem. Wszystko było tajne do obłędu, na drzwiach nie było żadnych napisów, żadnych luźnych kartek papieru, notować wolno było tylko w stukartkowych zeszytach szkolnych o ponumerowanych kartkach, które po pracy wkładało się do stalowych kasetek przyśrubowanych do podłogi i zamykało na klucz. Otrzymaliśmy nawet zadanie: zaprojektować czysto polski reaktor eksperymentalny moderowany grafitem, z uranem naturalnym i chłodzony gazem. Sęk w tym, że nasza znajomość fizyki reaktorowej była bardzo, ale to bardzo fragmentaryczna. Mieliśmy jedną jedyną książkę Glasstone'a na ten temat i kilka numerów amerykańskiego pisma „Nucleonics" o zabawnym malutkim formacie i to było wszystko. Tak więc częściowo zamieniliśmy się w Kolumbów odkrywających wszystko na nowo. Najgorszą częścią pracy było dokonywanie obliczeń, po prostu produkowanie liczb. To była epoka jeszcze przedkomputerowa, choć o kilka ulic dalej koledzy z roku budowali z mozołem coś, co nazywano wtedy mózgiem elektronowym. Suwaki logarytmiczne w tego rodzaju obliczeniach były za mało dokładne, więc sporo czasu trawiliśmy nad kręceniem korbką arytmometru marki Facit i szperaniu w tablicach funkcji matematycznych, głównie funkcji Bessela. W tamtych czasach robiono tak na całym świecie i do fizyków reaktorowych przylgnęła nawet nazwa „Bessel function physicist".

Gdzieś na wiosnę 1956 przeniesiono nas na Panieńską i otrzymaliśmy pierwszy „komputer". Tym komputerem była piątka dziewcząt zwanych rachmistrzyniami i zaopatrzonymi w wielkie i hałaśliwe arytmometry elektryczne, można powiedzieć – software z hardwarem. Naszym zadaniem było programowanie to znaczy przygotowanie ogromnych formularzy, które panienki wypełniały liczbami według instrukcji umieszczonych w nagłówku. Ubocznym efektem tej innowacji było ożywienie życia uczuciowego niektórych z naszych kolegów, bowiem nasze rachmistrzynie były i urodziwe i sympatyczne. Nie potrzeba dodawać, że mimo rachmistrzyń produkowanie wyników w owych czasach było pracą długotrwałą i mozolną, choć stosowane modele matematyczne były raczej prymitywne i mało skomplikowane. Przywiązywaliśmy jednak wtedy chyba więcej uwagi by te modele przed oddaniem do rachunków były sformułowane poprawnie i bezbłędnie choćby ze względu na szacunek dla pracy naszych dziewczyn. Teraz mamy metody wielce skomplikowane oparte na zaawansowanych teoriach i korzystające z ogromnych baz podstawowych danych i podchodzimy do ich realizacji numerycznych z większą nonszalancją, bowiem komputer się nie męczy i korzystanie z niego obecnie właściwie nic nie kosztuje.

Nasz barak na Panieńskiej był w takim stanie, że musieliśmy na pokrytej linoleum podłodze obrysować kredą miejsca niebezpieczne, to znaczy takie, gdzie stąpnięcie groziło załamaniem. W baraku bywało też piekielnie zimno, a bywało też i nudno i by się rozgrzać i rozerwać wymyślaliśmy różne swawole. Tak więc rozgrzewaliśmy się kiedyś skokami przez krzesła na kawałku zdrowej podłogi, gdy drzwi otworzyły się i do naszej salki wkroczyły trzy osoby: profesor Andrzej Sołtan, ówczesny dyrektor IBJ w towarzystwie dwóch laureatów nagrody Nobla – Jeana Perrin (1926) i Johna Cockrofta (1951). Zwiedzali właśnie nasz Instytut, ale o ich wizycie w naszym zakładzie zapomniano nas uprzedzić. Dzięki poczuciu humoru naszych znakomitych gości całe zdarzenie nam się upiekło. Warto może tu dodać, że większość mego życia zawodowego spędziłem pracując w barakach: poczynając od Panieńskiej i Świerku, poprzez Brookhaven, Los Alamos i Paul Scherrer Institute w Szwajcarii.

Nasze rachmistrzynie przetrwały z nami aż do 1962 roku, gdy w Pałacu Kultury i Nauki uruchomiono superkomputer owych czasów: Ural-2. Przetrwały wprawdzie z nami, ale i trochę bez nas. Pracownia rachunkowa miała oczywiście szefa, jednego z naszych kolegów. Był on po męsku zazdrosny o swoje kobiety i w ogóle zachowywał się trochę jak pasza w stosunku do swego haremu. Zazdrosny był zwłaszcza o jedną, zresztą o wyróżniającej się urodzie, a ta z kolei wpadła w oko i w serce innemu z naszych kolegów – potem nawet się pobrali. Gdy w drugiej połowie 1957 roku przeniesiono nas z Panieńskiej do biurowca żerańskiej elektrociepłowni, zazdrosny „pasza" nie podążył za nami, lecz przeniósł swój seraj w nieznane miejsce. Po prostu utajnił. Nie było to widocznie trudne w czasach idiotycznych kajecików szkolnych zamykanych w stalowych kasetach i byłych ubeków w administracji. No, ale jednak rachmistrzynie pracowały dla nas i wprawdzie kontakt mieliśmy odtąd mieć jedynie przez gońców, niemniej tajemnica długo się nie utrzymała. Aby dostać się do naszego „komputera" trzeba było się udać do PKiN, przejść przez bibliotekę PANu, dostać się do małej windy w bocznym skrzydle i wjechać na trzecie czy czwarte piętro. Poza rachmistrzyniami z „paszą" urzędowali tam panowie budujący prawdziwy komputer. Pomysł był dobry – właśnie jakaś polska wytwórnia zabawek zaczęła bezwstydnie kopiować duńskie klocki Lego. Kupowano więc te klocki i wewnątrz montowano proste obwody elektroniczne zaopatrzone w blaszki kontaktowe. Wystarczyło odpowiednio składać owe kostki by zbudować elementy komputera. Jak wiele podobnych projektów w owym czasie w Polsce na zbudowaniu komputera się skończyło – nie było oprogramowania przyjaznego dla użytkownika.

Chyba w 1958 roku uruchomiono reaktor EWA i niebawem ośrodek w Świerku zaczął się zaludniać – przeniesiono tam nasz zakład z elektrociepłowni w roku 1960. Ale dla nas prawdziwy przełom nastąpił w 1962 roku – kupiono ogromną sowiecką machinę Ural-2 i zainstalowano ją w PKiN. Był to na ówczesne czasy rodzaj superkomputera: kilka tysięcy lamp próżniowych, aż 20 kB pamięci ferrytowej (gdyby znano wówczas pojecie „byte"), 5000 operacji na sekundę. Nie była ona wprawdzie własnością IBJ, ale mogliśmy z niej korzystać, to znaczy co pewien czas spędzać przy niej noce, bowiem pracowała ona w systemie „open shop" – użytkownik był jednocześnie operatorem. Maszyna padała przeciętnie co 5-6 godziny, więc wykonywanie bardziej ambitnych programów stanowiło loterię. Nasze rachmistrzynie przekwalifikowały się na operatorki teleksów, przy pomocy których dziurkowało się taśmy papierowe zawierające programy i dane. Wejście i wyjście Urala mimo znacznych udoskonaleń wprowadzonych już w Polsce było szczytem prymitywizmu, ale trzeba przyznać, że język wewnętrzny maszyny był bez porównania łatwiejszy w użyciu od języków innych ówczesnych komputerów. O asemblerze ani o kompilatorach nikt nawet nie marzył. Pisaliśmy więc programy na specjalnych formularzach w języku maszynowym i nawet nie było to takie specjalnie trudne.

Czym jednak nasz zakład w zasadzie się zajmował? Sporządziliśmy więc kiepski, studyjny projekt owego grafitowego eksperymentalnego reaktora na uran naturalny. Był także pomysł, by używać go jako źródła promieniowania gamma dla sterylizacji żywności. Potem jednak okazało się, że nic z tego nie będzie, przyjaciołom zza Buga nie podobała się zbyt duża polska samodzielność w takich przedsięwzięciach. Natomiast przyjaciele zza Tatr i Sudetów mieli jeszcze ambitniejsze plany – chcieli wybudować wręcz elektrownię opalaną uranem naturalnym i też w odpowiednim czasie dostali po łapach, choć ich prace były już daleko zaawansowane. Z projektem tym zapoznaliśmy się w Moskwie. W grudniu 1956 roku wysłano piątkę z nas do Tiepłotechniczeskoj Łaboratorii – tajnego jak wszystko w Sowietach instytutu nuklearnego. Był to czteromiesięczny bardzo owocny pobyt obfitujący w wiele i interesujących i czasem zabawnych spotkań, zdarzeń oraz konfrontacji. Ale to jest odrębna historia wykraczająca poza ramy tego wspomnienia.

Energia atomowa była wówczas modna, postępowa i nie napotykała na opór społeczny jak się to stało w 20 lat później. Na cały świecie powstawały więc najrozmaitsze i najdziwniejsze projekty. Sowieci bąkali coś o lokomotywie nuklearnej dla kolei transsyberyjskiej. My natomiast przez pewien krótki czas badaliśmy wraz z rozmaitymi instytucjami na Wybrzeżu możliwość budowy w polskich stoczniach ogromnego masowca o napędzie nuklearnym. Ale były to rzeczy zupełnie nie realne, więc coraz więcej czasu poświęcaliśmy teorii i pisaniu doktoratów. Zaczęliśmy też wyjeżdżać na roczne lub nieco dłuższe stypendia zagraniczne, przede wszystkim do USA. I ten właśnie okres – pierwszą połowę lat 60-tych można uznać za zamknięcie „heroicznych" czasów początku IBJ.

Jacek Arkuszewski


REDAKCJA:
Krzysztof Andrzejewski
Marek A. Rabiński (http://www.ipj.gov.pl/pl/links/rabinski.htm)

Adres Redakcji – neutrony@nuclear.pl
Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY, prosimy o przesłanie na adres listy wysyłkowej neutrony.lista@nuclear.pl pustego e-maila z wypisanym w temacie "subscribe" (koniecznie małymi literami).

Numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem: http://neutrony.nuclear.pl