**********************************************************************
*                                                                    *
*    #   #   ####   #   #   #####   ####     ###    #   #   #   #    *
*    ##  #   #      #   #     #     #   #   #   #   ##  #   #   #    *
*    # # #   ###    #   #     #     #   #   #   #   # # #    # #     *
*    #  ##   #      #   #     #     ####    #   #   #  ##     #      *
*    #   #   ####    ###      #     #   #    ###    #   #     #      *
*                                                                    *
*--------------------------------------------------------------------*
*       NEUTRONY - niezależne i nieregularne pismo komputerowe       *
*                        Ośrodka w Świerku                           *
*    Nr 7 (49) / 1999                                 5 maja 1999    *
**********************************************************************
 
W NUMERZE:
- Obscenia w Rozmaitościach i Czarnobyl przez komórkę
- Czarnobyl w ŻYCIU
- Czarnobyl w światowej pajęczynie
- Czarnobyl w bibliotekach świerkowych
- IEA w PLAYBOYu
- Szary i brzydki świerk w światowej pajęczynie
- Jednomandatowcy we Włoszech
- Światowe echa drugiej rocznicy

W NASTEPNYM NUMERZE:
- Sprawozdanie z Rady IEA
- Noc poślubna żony prawnika


**********************************************************************

Z OSTATNIEJ CHWILI:

TRAWA W ŚWIERKU POZIELENIAŁA

Gwałtownie rosnąca intensywność prac nazywanych w wojsku 'malowaniem
trawy na zielono' wskazuje, iż odkładana wielokrotnie wizyta w Świerku
wysokiej osobistości dojdzie wreszcie do skutku.

**********************************************************************

OSKARŻENIA I KALUMNIE

Niedawno spotkała mojego przyjaciela dość niemiła przygoda, los bowiem
zaprowadził go na ulice Marszałkowską w okolice Placu Unii. Gdy
przechodził obok Teatru Rozmaitości, jakiś zły duch podkusił go, aby
wejść do środka i zobaczyć, czy nie ma przypadkiem biletów na
najbliższe przedstawienia. Były! Na sztukę pod angielskim tytułem:
"Shopping and fucking". Tytuł jest tak prowokujący i szargający
wartości, że autor przekładu wolał zostawić go w wersji oryginalnej.
Parę dni przedtem przeczytał mój przyjaciel coś pozytywnego na temat
tej sztuki w gazecie, a w teatralnym folderze napisano: "Zdaniem
większości recenzentów sztuka świetnie trafia w swój czas, tworząc
gorzki, pełen ironii obraz kalekiego świata, w którym miłość jest
zwyczajna transakcja, handel narkotykami koniecznością i jedynie
kupowanie może przynieść radość".  W tej sytuacji trudno się dziwić
mojemu przyjacielowi, który zawsze był zwolennikiem awangardy w
teatrze, gdy tworzyli ja tacy mistrzowie jak Beckett, Ionesco i
Mrożek, dziś już szacowni klasycy, że kupił bilety na drugie po
premierze popołudniowe niedzielne przedstawienie.

Los okazał się niełaskawy i mój przyjaciel i jego Bogu ducha winna
żona zostali srodze ukarani za próbę pogwałcenia wartości.
Przedstawienie odbywało się na widowni, a na scenie siedzieli
widzowie, wśród nich, w pierwszym rzędzie, przyjaciel z żona. Nie
mogli więc oni wyjść w trakcie przedstawienia, gdyż wówczas musieliby
się przepychać między aktorami, tak że dotrwali jakoś do końca
pierwszego aktu, choć dłużył się on im niemiłosiernie.

Trudno oczekiwać od przyjaciela, który zna się na teatrze raczej
umiarkowanie, napisania recenzji tej sztuki, tym bardziej że widział
tylko jej polowe, ale warto, aby wyjaśnił nam powody, dla których
wyszedł z żona wcześniej z teatru.

W jego opinii teatr awangardowy, w odróżnieniu od klasycznego, wymaga
perfekcyjnej gry aktorów. W teatrze klasycznym często tekst broni się
sam, Szekspir lub Fredro nawet w ustach marnego aktora daje się jakoś
słuchać.  W sztuce awangardowej tekst jest albo trywialny albo nawet
całkowicie pozbawiony sensu. Kiedyś miął przyjaciel okazje obejrzeć
"Czekając na Godota" nie w Teatrze Współczesnym w słynnym wykonaniu
Michnikowskiego, Czechowicza i Kondrata (ojca inspektora Halskiego z
Ekstradycji), ale w jednym z prowincjonalnych polskich teatrów. Trudno
było dotrwać do końca przedstawienia.

Wróćmy do naszej sztuki wystawionej gościnnie w Teatrze Rozmaitości
przez Towarzystwo Teatralne, którego celem, jak czytamy w folderze,
"jest stworzenie teatru opisującego rzeczywistość, w której żyjemy,
przedstawiającego najbardziej istotne (niekiedy szokujące i bolesne!)
tematy współczesności". Cel szczytny i wypada mu przyklasnąć, warto
jednak zatrudnić przy jego realizacji jakiegoś dobrego reżysera i
niezłych aktorów.

Co do gry aktorów, to przyjaciel jako laik nie chciałby się za bardzo
mądrzyć, ale ma chyba prawo powiedzieć: Kiedyś chodziłem do teatru z
przyjemnością i oglądałem naszych wspaniałych aktorów z zapartym
tchem, dziś teatr mnie nudzi, a większość młodych aktorów denerwuje.
Na jeden aspekt tej sprawy chciałby on jednak zwrócić uwagę Szanownych
Czytelników. Dawniej, o ile nie zawodzi przyjaciela pamięć, aktorzy na
scenie mówili, od czasu do czasu podnosząc glos, aby dodać dramatyzmu
wypowiadanym słowom. Dzisiejszy aktor wywrzaskuje swój tekst, tracąc
możliwość przekazywania jakichkolwiek uczuć, które mogłyby powodować
kreowana przez niego postacią. Na przedstawieniu "Nocy Listopadowej" w
Teatrze Narodowym aktor grający Wielkiego Księcia Konstantego przez
kilkanaście minut krzyczy bez przerwy. Można podziwiać jego aparat
głosowy, ale co to ma wspólnego ze sztuka aktorska. W Teatrze
Rozmaitości jeden z aktorów też bezustannie krzyczy, a w przerwach,
dla zwiększenia ekspresji wydobywa z siebie straszliwe charczenie.
Inni aktorzy w tym przedstawieniu też nie żałują swoich strun
głosowych.

Rozlegający się w teatrach całej Polski wrzask młodych aktorów
zagłusza wszystko. Czasem tylko w Teatrze Telewizji można obejrzeć
nagranie z dawnych lat, posłuchać aktorów, którzy mówią i wrócić do
wspomnień dobrych czasów.


Suplement:

W związku z rocznica katastrofy w Czarnobylu, w Lublinie, a potem w
innych miastach Polski i oczywiście w Warszawie (Warszawiacy nie są
wcale mądrzejsi od mieszkańców mniejszych miast), rozeszła się wieść o
kolejnej katastrofie jądrowej. Jedni mówili o Czarnobylu, inni
twierdzili, że wybuch nastąpił w Charkowie, mimo że w tym mieście nie
ma elektrowni atomowej.

Aby uspokoić opinie publiczna, dziennikarze przybyli do Świerka
przeprowadzić wizje lokalna. Koronnym argumentem była pokazana potem
przez TVN rozmowa, którą nasz przemiły kolega, odpowiedzialny za
bezpieczeństwo jądrowe w Świerku, odbył ze swoim odpowiednikiem w
Czarnobylu. Pewien nasz znajomy, znany ze złośliwości, twierdzi, że
była to rozmowa na niby, a po drugiej stronie (nie wiemy czego, był to
bowiem telefon komórkowy, po drodze nie ma żadnego drutu, a fizyka
zaprzecza istnieniu eteru) nikogo nie było. My z cala stanowczością
odrzucamy te insynuacje, a niezwykle gładki sposób mówienia naszego
człowieka przypisujemy wyłącznie temu, że posługuje się on nienagannym
językiem rosyjskim. Poza tym uważamy, że każdy sposób jest dobry, gdy
chodzi o przekonywanie rozhisteryzowanych głupców.

                                                                   JAM

**********************************************************************

CZARNOBYL W ŻYCIU

26 kwietnia Paweł Paliwoda na drugiej stronie ŻYCIA skomentował
rocznice Czarnobyla opowiastka o kołchoźniku z Prypeci, który w samej
koszuli pobiegł w kierunku elektrowni. Co zobaczył - tego ŻYCIE co
prawda nie wie, ale sugeruje, że wiele. Przypominamy, że tajny zakład
produkcji plutonu do głowic nuklearnych (ukryty pod kryptonimem
"Czarnobylska Elektrownia Jądrowa im. W.I.Lenina") był otoczony w
promieniu 10 kilometrów strefa zasieków, ściśle kontrolowanych przez
wojska bezpieki. Do wnętrza strefy nawet w czasie awarii mogły wejść
tylko ściśle określone osoby.

Druga strona ŻYCIA nie grzeszy precyzją informacji. Np. w numerze z
dnia 5-05-99 zamieszczono zdjęcie z komentarzem, jakoby w jednym z
tajlandzkich banków mnisi buddyjscy zgromadzili ponad tonę złota. Jak
wiadomo klasztorom buddyjskim od dwóch i pól tysiąca lat doktryna
therawady (szkoły starych mistrzów) zakazuje gromadzenia nawet zapasów
żywności na najbliższych tydzień, o majętnościach i złocie nie
wspominając. Zdjęcie przedstawia leciwego mnicha w zgrzebnej szacie i
z torba żebraczą. Najprawdopodobniej odprawia modły za pomyślność
banku.

                                                                   MAR

**********************************************************************

CZARNOBYL W INTERNECIE

Z kronikarskiego obowiązku informujemy, że nic nam nie wiadomo, by
wirus komputerowy 'Czarnobyl' zaatakował kogokolwiek w Świerku. Jak
wiadomo swój swego nie ruszy.

**********************************************************************

CZARNOBYL W BIBLIOTEKACH ŚWIERKA

W bibliotekach IEA i IPJ oraz w Dziale Szkolenia i Doradztwa IPJ (ci
od wycieczek) można nabyć dwa profesjonalnie wydane raporty Polskiego
Towarzystwa Nukleonicznego.

"Analiza korzyści i zagrożeń związanych z rożnymi źródłami energii
elektrycznej" doc. Andrzeja Strupczewskiego to unikalne studium tzw.
zewnętrznych kosztów wytwarzania energii. Omówiony jest wpływ
emitowanych zanieczyszczeń na zdrowie ludności, przedstawiono miedzy
innymi korelacje okresów pracy poszczególnych zakładów z częstością
zgłoszeń do szpitali i zgonów. Wspaniale napisane porównanie
energetyki opartej na spalaniu paliw kopalnych i energetyki jądrowej.

"Awaria Czarnobylska - skutki zdrowotne w Polsce" - Dariusz Grafowski,
Edward T. Józefowicz, Julian Liniecki - to przedstawienie w możliwie
najbardziej obiektywny sposób rzeczywistego obrazu skutków awarii.
Przed opublikowaniem opracowania do dyskusji nad tekstem zaproszono
wybitnych przedstawicieli tych nauk medycznych, które wiążą się z
przedmiotem raportu. Stad można uważać, że wyrażone przez autorów
poglądy i opinie można uznać za wyważone.

Raporty dostępne są też w wybranych księgarniach naukowych i
technicznych Warszawy oraz większych miast Polski. Będą też do
kupienia na Politechnice Warszawskiej (MEiL). Osoby spoza tych
ośrodków oraz zainteresowani zakupami większych partii wydawnictw mogą
zamawiać egzemplarze u Marka Rabińskiego (rabinski@ipj.gov.pl).

                                                                   MAR

OD REDAKCJI:
Mamo chwałą nas... Nasz kolega redakcyjny jest wydawcą i kolporterem
wychwalanych przez siebie publikacji.

**********************************************************************

IEA W PLAYBOYu

Z zawodowego obowiązku (nic co świerkowe nie jest nam obce) wypada
opisać pojawienie się hali reaktora MARIA w tle pictorialu Joli
Fraszyńskiej - PLAYBOY nr 5 (maj 1999) str. 70-79. O postaci
pierwszoplanowej - "piękno, wdzięk i dreszczyk emocji w jednym" jak
określił to wstępniak Redakcji - nie będę opowiadał. Jak mawiał autor
encyklopedii staropolskiej - "koń jakim jest, każdy widzi".

Należy odnotować, że Instytut Energii Atomowej ani Świerk nie został w
całym numerze nawet wspomniany. Dyrekcja IEA chyba powinna zażądać
umieszczenia odpowiedniej notki w następnym numerze. Według informacji
wstępnych rzecz dzieje się "w pewnej tajemniczej elektrowni". Można
odnieść wrażenie, że Polska ma wreszcie elektrownie jądrową! Niestety
uwaga na stronie 71 pośrednio prostuje te nadzieje stwierdzeniem
"pomysł by umieścić Jole w wirtualno-kosmicznej scenerii ...". A więc
MARIA została zaszeregowana jako dekoracja z ery wyimaginowanych
podroży kosmicznych.

Nie sprawdziły się obawy, wyartykułowane przez NEUTRONY w podsumowaniu
dni otwartych Ośrodka, że pierwszym, co rzuca się wizytującym w oczy -
to brud i obdrapane ściany. Czytelnik (oglądacz?) PLAYBOYa nie zauważy
żadnych porozbijanych jąder walających się po kątach a pulpit sterowni
w reaktorze ani trochę nie jest brudniejszy od konsoli fabryki
landrynek czy innej mleczarni. NEUTRONY mają nadzieję, iż taki obraz
schludnego i przytulnego wnętrza - po którym dziewczyny chadzają w
strojach organizacyjnych związku naturystów - utrwali się na dobre w
świadomości mas.

                                                                   MAR
VOTUM SEPARATUM:
Odrutowana Pani J. Fraszyńska nie spowodowała we mnie żadnego
dreszczyku emocji (natomiast inne zdjęcia - tak). Prócz tego prasa jak
zwykle kłamie podając, że zdjęcia były robione w elektrowni, natomiast
wiadome igraszki na pulpicie sterowni mogły się źle skończyć - na
przykład przeziębieniem młodej i utalentowanej aktorki.
                                                            Jan Mrufka 

**********************************************************************

KAŻDY MA TAKĄ STRONĘ WWW, NA JAKĄ ZASŁUGUJE

Padają czasem pod moim adresem zarzuty, że moje artykuły
przedstawiające szaro-czarna rzeczywistość instytutowa mogą
kompromitować IPJ, szczególnie w oczach osób (czytelników) spoza
Instytutu. To kwestia dyskusyjna, w innym artykule przedstawiłem już
swój pogląd na tą sprawę ("Czy warto pisać do NEUTRONÓW").

Czy jednak nikt inny nie kompromituje starannie IPJ w oczach
zewnętrznego świata?

Zajrzyjmy więc na oficjalna stronę WWW Instytutu:

http://www.ipj.gov.pl

Strona główna nie imponuje szatą graficzną, tytułowy świerk jest szary
i brzydki, ale może komuś to się podoba (a może tak właśnie miało być,
aby wiernie oddać obraz rzeczywistości?). Druk drobny i trudno
czytelny ("Załóż Pan sobie większe czcionki w komputerze", poradził mi
jeden "fachowiec" - to ja już nie mam wątpliwości co do jego
kompetencji). W ogólnym "Info" jest trochę informacji o Instytucie,
ale już o profesorze Sołtanie, założycielu i pierwszym dyrektorze IBJ
jest TYLKO JEDNO ZDANIE (mniej więcej to, co napisałem)! Wstyd!

Poszukajmy więc dalszych informacji. I co znajdujemy?

Z oficjalnej IPJ-towskiej strony WWW cały świat może się dowiedzieć,
ze choć mamy jednego znakomitego profesora mającego 107 publikacji z
imponującym "impact factorem" 125.180 (to na szczęście prawda,
jesteśmy z tego dumni, ale czy tylko jednego?!), to już na przykład
Dyrektor Instytutu ma tylko jedną (!) publikację.

Jeszcze gorzej, gdyby ktoś z KBN zechciał przejrzeć te listy
publikacji: nie tylko jest ich znacznie, znacznie mniej, niż wykazuje
się w oficjalnych raportach dla KBN, to w dodatku na przykład osoba,
która chwali się zaszczytnym trzecim miejscem (ex equo z kimś innym) z
27 publikacjami i impact factorem 22.940, to tak naprawdę ma tylko 11
publikacji w recenzowanych czasopismach (z tego dwie w "Nukleonice"),
a pozostałe 17 to najróżniejsze komunikaty na konferencje i tym
podobne. Co by na takie oficjalne, poniekąd, informacje Instytutu
powiedział KBN powiewający słynna "Listą Filadelfijską"?

A jak jest z informacjami o Zakładach? Znowu cały świat może się
dowiedzieć, że np. w Zakładzie II pracuje tylko 5 osób, ale to i tak
dużo, bo w Zakładzie IV już tylko 4, w Zakładzie V - 3, a w Zakładach
VII i VIII - po 2 osoby. Znowu groza bierze, że KBN to odkryje, bo na
kogo wobec tego daje forsę??? Na Dyrekcję i Kierowników Zakładów z
powyższym zatrudnieniem?

A co na przykład może kandydat na doktoranta dowiedzieć się o Studium
Doktoranckim? - że ogłasza zapisy na rok akademicki 1998/99! Czas nie
stoi w miejscu, panowie odpowiedzialni!

Sięgnijmy więc chociaż do spisu telefonów. Znajdziemy tam sporo
numerów zaczynających się na 779-, a więc już dawno nieaktualnych.
Szukajmy dalej i dowiadujemy się ze zdumieniem, że taka sława światowa
jak profesor Sobiczewski to chyba w ogóle nie pracuje w IPJ - nie ma
Jego numeru telefonu ani żadnej informacji o Nim! Podobnie nie ma np.
numerów telefonów profesorów Łukaszuka i Wycecha i wielu, wielu innych
(m.in. autora tego artykułu, ale to ostatnie to drobiazg).

Może coś przegapiliśmy, to chyba niemożliwe, żeby o tylu osobach nie
było śladu - spróbujmy więc funkcji "Search":
"Not yet implemented... Sorry..."
No tak. No comment.

Panie i Panowie odpowiedzialni za Internetowy obraz IPJ, nie wypuszcza
się w świat niegotowych stron i ledwie zaczętych półproduktów, tym
można się bawić na swoim DOMOWYM komputerze. Od oficjalnych stron
Instytutu można i należy wymagać znacznie więcej. Tak nas wielosetmilionowy 
internetowy świat widzi! Jak się nie wie, jak zrobić
sympatyczną i ładną stronę o sobie, to proszę na przykład zajrzeć na
strony osobiste

http://www.fuw.edu.pl/~kurowska
http://www.fuw.edu.pl/~mszynk/index.html

... IPJ-otowskich doktorantek, Pań mgr Julii Kurowskiej i mgr
Marty Szynkarewicz, i od Nich się nauczyć! Na naukę nigdy za późno,
mam nadzieję!

Obecnie nie trzeba nikogo przekonywać, jak ogromną rolę informacyjną i
propagandową odgrywa we współczesnym świecie Internet ze swoimi
stronami WWW. Bez przesady dziesiątki, a może nawet setki milionów
ludzi szuka tam potrzebnych im informacji. Szczególnie prawdziwe jest
to dla młodzieży, która uwielbia Internetowe "surfowanie po sieci" i
stamtąd bierze nie tylko informacje, ale i ogólny pogląd o instytucji
reklamującej się na stronach WWW.

Jakiś czas temu na Sympozjum w Mądralinie padło pytanie, jaki jest
adres internetowy oficjalnej strony WWW Instytutu Problemów Jądrowych.
Nikt z obecnych przedstawicieli władz Instytutu nie potrafił na nie
udzielić odpowiedzi. Może i dobrze.

                                                        R. Kaczarowski

P.S. Dzięki uprzejmości pani Kasi Delegacz, która udostępniła
odpowiednie zbiory, NIEOFICJALNĄ książkę telefoniczną IPJ (wraz z
adresami e-mail) można znaleźć na stronie WWW:

http://india.ipj.gov.pl/telefony/default.htm

**********************************************************************

MAŁY WIELKI DZIEŃ W SŁONECZNEJ ITALII

"Una grande victoria, una giornata importantissima... - Wielkie
zwycięstwo, jeden z najważniejszych dni" - takimi słowami odpowiadał
Romano Prodi, zaraz po północy z 18 na 19 kwietnia, pytany co sądzi o
wyniku referendum we Włoszech, które zakończyło się dwie godziny
wcześniej. "Definitywny koniec systemu proporcjonalnego we Włoszech,
nareszcie będziemy mieli stabilny rząd, skończy się partiokracją".
Wtórowały tym słowom rozradowane twarze innych wybitnych polityków
włoskich: Antonio di Pietro - pogromcy Cosa Nostra, Mario Segni,
Gianfranco Fini... Wszystkie instytucje przeprowadzające sondaże po
dokonanym właśnie akcie głosowania, przewidywały, że frekwencja w
referendum przekroczyła 50%, a więc referendum jest ważne, werdykt
narodu włoskiego bezdyskusyjny: przeszło 90% głosujących opowiedziało
się za całkowitym odrzuceniem proporzionale, tj. przyznawaniem
mandatów parlamentarnych kandydatom z list partyjnych, a za
wprowadzeniem maggioritario - systemu całkowicie większościowego,
czyli za przyznawaniem mandatów tylko zwycięzcom w jednomandatowych
okręgach wyborczych tak, jak to się robi w USA, UK czy Kanadzie.

Wypada przypomnieć, że we Włoszech, przez prawie pół wieku,
obowiązywał partyjny system wyborczy, w przybliżeniu taki, jaki jest
dzisiaj zmora Polaków: wyborcy głosowali na listy partyjne,
obowiązywał tzw. próg wyborczy, lista krajowa itd. Dzięki takiemu
systemowi w ciągu 45 lat Włochy miały 51 rządów, rozpleniła się
korupcja polityczna, rozkwitła sycylijska Mafia, mediolańska Cosa
Nostra, kalabryjska N'Draghetta, neapolitańska Camorra, a struktury
tych zbrodniczych organizacji swobodnie penetrowały struktury państwa.

Dokładnie 6 lat temu, 18 kwietnia 1993 roku, po zaciętej batalii
wyborczej, po ujawnieniu niezliczonych skandali korupcyjnych w
polityce i gospodarce Włoch, przeprowadzono referendum ogólnonarodowe,
w którym Włochom zadano pytanie czy chcą nadal utrzymywać ten
partyjniacki system wyborczy? Włosi odpowiedzieli bez żadnej
wątpliwości: w referendum wzięło udział 77% wyborców, ponad 80% z nich
opowiedziało się za odrzuceniem systemu proporcjonalnego.

Trzeba wreszcie zdać sobie sprawę z podstawowej rzeczy: taka zmiana
systemu wyborczego, przejście z ordynacji proporcjonalnej na
większościowa lub na odwrót, nie jest tylko poprawka w ustawie o
ordynacji wyborczej, na podobieństwo tych wszystkich "poprawek", jakie
od 1989 roku są bez przerwy wprowadzane w Polsce, dzięki czemu już
pewnie pobiliśmy rekord świata w majstrowaniu przy ordynacji
wyborczej! Reforma systemu wyborczego, jakiej zażądali w referendum
Włosi, oznaczała zmianę rewolucyjną, kompletne przeoranie
demokratycznych struktur państwa, radykalną wymianę elity politycznej,
rozpad tradycyjnych partii politycznych i powstanie nowych,
funkcjonujących już na innych zasadach. Zdawali sobie z tego doskonale
sprawę politycy "starego systemu" we Włoszech, podobnie jak czują
pismo nosem politycy polscy. Dlatego stara elita polityczna uczyniła
wszystko, co tylko było w jej mocy, aby wynaleźć wszelkie możliwe
kruczki prawne i wykorzystać wszelkie drogi dla złagodzenia ciosu,
jaki zadało jej referendum wyborcze. W efekcie tych zabiegów udało im
się wyrwać z systemu większościowego przynajmniej tyle, że 25%, tj.
155 mandatów do Camera (odpowiednik Sejmu), i podobnie do Senatu,
nadal rozdzielanych jest z list partyjnych, na zasadzie
proporcjonalności. Tym niemniej 75% miejsc (475 mandatów), od 1994
roku obsadzanych jest w jednomandatowych okręgach wyborczych. Nawet
taka niepełna zmiana spowodowała rozpad wszystkich dotychczasowych
partii politycznych i wymieniła w ok. 80% skład obu izb parlamentu
włoskiego, a datę wyborów w nowym systemie wyborczym uznano za kamień
milowy w historii Włoch i mówi się od tej pory, że w 1993 roku
nastąpił koniec I Republice Włoskiej i powstanie Drugiej.

Twórcy II Republiki szybko jednak zdali sobie sprawę, że pozostawienie
tego bękarta proporcjonalności, owych 155 mandatów do rozdziału
pomiędzy listy partyjne, nadal zatruwa życie polityczne kraju, nadal
destabilizuje tworzone rządy, bo uniemożliwia wyłonienie stabilnej
większości rządzącej, jak to jest w Wielkiej Brytanii czy w innych
krajach, w których obowiązuje system całkowicie większościowy. W
Polsce, obrońcy obowiązującego systemu proporcjonalnego, często
posługują się fałszywym argumentem, że z powodu zmiany systemu
wyborczego we Włoszech do władzy doszli komuniści i że właśnie dlatego
nie możemy sobie w Polsce pozwolić, aby pójść śladem Włochów.
Pomijając już kwestie tego kto to są komuniści włoscy i czym się
różnią od komunistów polskich, warto wiedzieć, że sytuacja przedstawia
się inaczej. W I Republice komuniści zdobywali regularnie ok. 13
mandatów poselskich i senatorskich. W ostatnich wyborach we Włoszech
nowopowstała Partia Odrodzenia Komunistycznego (PRC) uzyskała zaledwie
32 mandaty na 630, a więc zaledwie 5%, przy czym komuniści wygrali
tylko w 12 okręgach jednomandatowych a pozostałe 20 mandatów uzyskali
właśnie z tej rakowatej części proporcjonalnej. Wystarczyło to jednak,
żeby zaczęli odgrywać rolę języczka u wagi i zwycięskie ugrupowanie
Ulivo, które zdobyło 291 mandatów, musiało wejść z nimi w sojusz, aby
móc utworzyć rząd. Widzimy co taka rakowata narośl oznacza: parę
miesięcy temu PRC odmówiła poparcia rządowi Romano Prodi'ego i
premierem został Massimo D'Alema, b. sekretarz partii komunistycznej i
naczelny "Unita".

Włoscy przywódcy ruchu na rzecz odrodzenia włoskiej demokracji nie
dali za wygraną i podjęli walkę o usuniecie tej choroby z organizmu
państwowego i życia narodowego. Od wielu miesięcy prowadzili uparta
walkę o likwidacje tej 25-procentowej pozostałości systemu
proporcjonalnego. Zawiązał się szeroki Komitet Promocyjny Referendum,
do którego weszli najświatlejsi przedstawiciele elity obywatelskiej
Włoch, politycy, dziennikarze, ludzie kultury i nauki, który prowadził
kampanie na rzecz referendum, odbywając setki spotkań, pisząc
artykuły, zbierając podpisy pod żądaniem referendum. Ich prace miała
uwieńczyć niedziela 18 kwietnia 1999.

Niestety. Kiedy o 1-szej nad ranem zamykano studio wyborcze RAI UNO i
promotorzy referendum rozchodzili się do domów, rozradowani
odniesionym sukcesem, wspaniałym odzewem wyborców, którzy w ponad 90%
powiedzieli: "SI" (tak), chcemy usunięcia tego proporcjonalnego wrzodu
- może jeszcze zanim dotarli do domów, już wiedzieli, że referendum
będzie nieważne, bo do jego ważności zabrakło 158.792 wyborców,
niecałe 0,4%, którzy nie pofatygowali się do urn wyborczych. Batalia o
uzdrowienie sceny politycznej Włoch została przegrana. Zwycięstwo
uniemożliwiła piękna pogoda i bezchmurne niebo nad włoskim butem.
Jeszcze nim rozpoczęto głosowanie komentatorzy polityczni pisali, że
wszyscy patrzą z nadzieją na niebo: jeśli będzie pochmurno lub będzie
padał deszcz - Włosi pójdą głosować, jeśli będzie piękna pogoda - będą
trudności z uzyskaniem quorum. I tak się, niestety, stało.

Co zrobią teraz Włosi, jakie wnioski wyciągną z nieudanego referendum
wyborczego? Czy Mario Segni, Gianfranco Fini, Valter Veltroni, Romano
Prodi, Antonio di Pietro znajda tyle energii i determinacji, żeby się
nie poddać, żeby doprowadzić do końca dzieło, które rozpoczęli na
początku lat 90-tych? Czy potrafią jeszcze raz zmobilizować Włochów,
żeby pokonali swoja bierność i obojętność, albo po prostu brak
rozeznania w mechanizmach politycznych i zrealizować te zamiary, jakie
zapisali w programie referendum?

A jaka lekcja wynika z tego dla nas, Polaków? Lekcja ukryta, ponieważ
polska elita polityczna uznała za stosowne schować, ukryć przed opinia
publiczna to wszystko co się dzieje na scenie politycznej Włoch: ani
jedna gazeta, jakie ukazały się w poniedziałek rano, ani jedna stacja
telewizyjna czy radiowa, nie poinformowały nawet Polaków o tym co
dzieje się we Włoszech, ani o batalii o ordynacje wyborcza, ani o
fakcie przeprowadzenia referendum, ani o jego wynikach. Zupełnie tak,
jakby Włochy były na innej planecie, jakby Rzym był stolica Saturna
lub Jowisza, jakby nie było Papieża - Polaka i tysięcy polskich
korespondentów pijących wino we włoskich trattoriach! Oczywiście,
referendum odbywało się w cieniu bomb zrzucanych na Jugosławię, w huku
silników setek samolotów startujących z włoskich baz wojskowych,
niosących śmierć i zniszczenie ludziom tej samej rasy, tej samej
karnacji skóry, sąsiadom, do których dopłynąć można łódka. Na pewno i
ten czynnik odegrał swoją rolę i powstrzymał wielu przed pójściem do
urn. Ale czy usprawiedliwia to te bataliony polskich żurnalistów,
którzy sprawę włoskiego referendum całkowicie przemilczeli? Przecież
pomimo bomb, pomimo wojny i tragedii Sokowa i całej Jugosławii -
referendum było pierwsza i najważniejszą informacja włoskich
dzienników telewizyjnych!

Zadaje te pytania, by tak rzec, w trybie retorycznym. Tzw. polska
klasa polityczna dobrze wie, co w trawie piszczy. Polska potrzebuje
większościowego systemu wyborczego jak kania dżdżu, ale jest to
ostatnia rzecz, jakiej życzyli by sobie nowi właściciele
Rzeczypospolitej. Dla nich być albo nie być to utrzymanie
społeczeństwa w niewiedzy i niezrozumieniu mechanizmów wyborczych:
gdyby Polska zrozumiała lekcje jakiej udzielili i udzielają nam Włosi
- ich dni i godziny byłyby policzone. Lepiej więc nie budzić licha,
póki śpi: ni pary z gęby na temat referendum we Włoszech!

Wrocław, 20 kwietnia 1999

OD REDAKCJI:
Okręgi jednomandatowe nie mają w łonie Redakcji jednoznacznego
poparcia. Czego jednak się nie robi dla zdobycia pozycji jedynego
pisma w Polsce, które artykułów na ten temat nie odrzuca, w
odróżnieniu od innych gazet, jeszcze przed przeczytaniem. Poza tym
Profesor Czachor, zagorzały promotor okręgów jednomandatowych, napisał
do nas tak miły list z okazji rocznicy pisma (patrz niżej), że nie
mogliśmy odmówić publikacji artykułu jego przyjaciela.

**********************************************************************

ECHA DRUGIEJ ROCZNICY

Data: 21 kwietnia 1999 13:47

Dobrze, że przypomnieliście drugą rocznicę istnienia NEUTRONÓW, bo
jeszcze zdążę w tymże dniu przesłać Szanownej Redakcji gratulacje i
życzenia dalszych pomyślnych lat i udanych numerów (pisma!)

Serdeczne pozdrowienia

                                                   Krystyna Józefowicz

OD REDAKCJI:
Rozumiemy, że życzenia dla redaktorów nie obejmują udanych 'numerów' w
innych dziedzinach.

----------------------------------------------------------------------

Temat: gratulacje jubileuszowe
Data: 22 kwietnia 1999 10:45

Szanowny Panie Redaktorze,

Dobre pismo nie musi być duże, natomiast musi mieć klasę i dobrych
autorów, i aktualne tematy. A mają to NEUTRONY.

Całej Redakcji przekazuje pozdrowienia i życzenia wytrwałości w tej
pustoszącej idylliczny spokój działalności - szczególnie w badaniach i
nauce oraz atomistyce.

                                                         Mirosław Roth

OD REDAKCJI: 
Jak to się mówi, nie ważne czy jest duży czy mały, grunt, aby był
wesoły.

----------------------------------------------------------------------

Temat: Gratulacje!
Data: 27 kwietnia 1999 16:12

Drodzy Koledzy - Redaktorzy,

serdecznie Wam gratuluję jubileuszowych 2 lat naświetlania opornych
umysłów przenikliwym strumieniem myśli i dowcipu, jaki niesie na swych
łamach najbardziej niezależne czytadło świata nowej epoki krzemiennej
(wszak nośnikiem jest Si, nie, jak zazwyczaj, C czyli papier) -
NEUTRONY!!!

Mnóżcie się i docierajcie do milionów - Andrzej Czachor

OD REDAKCJI:
Jak wiadomo Redakcja składa się z czterech panów. W jaki sposób mamy
się w tym gronie mnożyć - biez poł litra nie razbieriosz (jak mawiają
w Paryżu).

----------------------------------------------------------------------

Temat: Gratulacje!
Data: 27 kwietnia 1999 16:12

Szanowni Panowie Redaktorzy!

Proszę przyjąć moje serdeczne gratulacje z okazji drugiej rocznicy!
Jak widać, Wasz pomysł trafił na społeczne zapotrzebowanie, a ludziom
brakowało kontynuacji historycznego "Rezonansu". Życzę dalszych lat
owocnej pracy na świerkowej niwie!

Sławek Kaczarowski

P.S.
Opóźnienie życzeń wynikło z mojego wyjazdu do Murowańca na ostatnie
wiosenne narty. Żeby się zrehabilitować, załączam dwa zbiory (wyjątki
z LOG-file'i) pokazujące, kto (niestety przedstawia się tylko
komputer), kiedy i ile razy czytał NEUTRONY na stronach WWW. [...]
Podana jest całkowita liczba odwiedzin stron NEUTRONÓW, w tym z Polski
oraz liczba komputerów, z których te strony czytano. Dalej jest spis
adresów internetowych komputerów używanych do czytania, liczba
odwiedzin, oraz data ostatniej wizyty.

Oczywiście rekordy bija automatyczne przeglądarki internetowe (np.
"infoseek.icm.edu.pl" czy też "scooter.pa-x.dec.com" (USA)), ale nie
należy tych wizyt lekceważyć, bo odwiedzane strony są kopiowane i
trzymane w archiwach dla Internetowych przeszukiwań (SEARCH). Za to
później, gdy szukałem w Internecie np. hasła "IEA" (znalezione ok. 250
odpowiedzi), to już w pierwszych 50 było kilkanaście odwołań do
różnych numerów NEUTRONÓW, gdzie to hasło występowało w tekście.

Do ciekawostek należy zaliczyć powodzenie NEUTRONÓW w Szwecji,
Włoszech i Francji, były też wizyty z Anglii, Szwajcarii i USA (a
nawet z Kalifornii), nie mówiąc o polskich miastach, np. Poznań, Toruń,
Białystok, Gdynia, Częstochowa, Katowice, Lublin, Wrocław i inne -
aha, jeszcze Ciechanów!).

W sumie od umieszczenia NEUTRONÓW w Internecie (15.X.1998) czytano
Wasze pismo 877 razy (w tym 590 z Polski) używając 120 komputerów z
całego świata. Jest się czym pochwalić.

Jeszcze raz GRATULUJĘ POCZYTNOŚCI w kraju i zagranicą!

Łączę serdeczne pozdrowienia

                                                                 R. K.

**********************************************************************
*                                                                    *
*  Nowych Czytelników, którzy chcą regularnie otrzymywać NEUTRONY,   *
*  prosimy o przesłanie adresu swojej poczty elektronicznej          *
*  któremukolwiek z członków Redakcji.  W identyczny sposób prosimy  *
*  dostarczać materiały do publikacji.                               *
*                                                                    *
*--------------------------------------------------------------------*
*                                                                    *
*  REDAKCJA:                                                         *
*  Krzysztof Andrzejewski (IEA):      e02ka@cx1.cyf.gov.pl           *
*  Janusz Mika (IEA):                 mika@waw.pdi.net               *
*  Andrzej T. Mikulski (ORB):         mikulski@cx1.cyf.gov.pl        *
*  Marek A. Rabiński (IPJ):           rabinski@ipj.gov.pl            *
*                                                                    *
*--------------------------------------------------------------------*
*  Archiwalne numery NEUTRONÓW są dostępne pod adresem:              *
*  http://india.ipj.gov.pl/neutrony.htm                              *
*                                                                    *
**********************************************************************